Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2014

nowy "zestaw obowiązkowy"

Jeden znajomy uznał, że chce się nauczyć robić naprawdę dobry sernik i powtarza ten sam przepis w kółko nieznacznie zmieniając "parametry". Oczywiście jego koledzy i znajomi nie mają nic przeciwko niewyczerpanym dostawom sernika. Jest to jednak podejście skrajnie różne od mojego. Jeżeli dany przepis nie rzucił mnie na kolana za pierwszym podejściem, to drugiej szansy nie dostanie. M. się trochę ze mnie podśmiewa z tego powodu, bo u mnie nic dwa razy się nie zdarza ...
Nie do końca prawda, ale nawet w recepturach sprawdzonych i powtarzanych po wielokroć pewne szczegóły są modyfikowane, dodawane, odejmowane.
A jednak, dla tych dwóch przepisów zrobię wyjątek. Bo są warte powtórzenia, powalają na kolana i ręka sama sięga po kolejny kawałek.
Pierwszym jest moja wariacja na temat sernika*, a drugą makowiec z samej masy makowej, wyborny.

sernik piernikowy
1000g (1kg) twarogu dwukrotnie zmielonego
100 g masła
5 jajek (białka i żółtka osobno)
1/2 szklanki drobnego cukru trzcinowego
1/2 szklanki płynnego miodu
50 g kaszy manny
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
1 1/2 łyżeczki przeprawy do piernika
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki cynamonu + do posypania wierzchu
 +masło, 2 łyżki bułki tartej i po 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika i cynamonu do wysmarowania i wysypania formy

wszystkie składniki powinny być temperatury pokojowej
W misie miksera rozetrzeć masło z cukrem do otrzymania puszystej i jasnej masy. Dodawać żółtka po jednym i zmiksować. Stopniowo dodawać twaróg, dalej ucierając. Dodać kaszę manną, proszek do pieczenia, mąkę ziemniaczaną, miód, przyprawy; wymieszać. Białka ubić na sztywno i delikatnie wmieszać do masy serowej.
Piec w wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 23 cm, przez około 60 minut w temperaturze 170°C. Wystudzić w wyłączonym i lekko uchylonym piekarniku.

 makowiec czekoladowy
400 g maku **
80 g masła, w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki miałkiego brązowego cukru
2/3 szklanki płynnego miodu
50 g suszonej żurawiny
50 g orzechów włoskich, posiekanych
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
4 jajka, białka i żółtka oddzielnie
100 g gorzkiej czekolady, startej na tarce***
2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

Mak sparzyć: zalać wrzątkiem i zostawić do ostudzenia. Dokładnie odcisnąć z nadmiaru wody, np. w lnianym ręczniczku kuchennym.
Masło utrzeć z cukrem na jasną, puszystą masę (np. mikserem). Dodawać żółtka, jedno po drugim, dalej ucierając. Dodać zmielony mak, miód, bakalie, startą czekoladę, zmielone migdały, ekstrakt i wymieszać. Skosztować - w razie konieczności dodać więcej miodu lub ekstraktu migdałowego.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z masą makową.
Formę o średnicy 24 wyłożyć papierem do pieczenia. Do formy przełożyć masę makową. Piec w temperaturze 175ºC przez 40 - 50 minut.
 *jako "bazy" używałam tych dwóch przepisów: 1, 2
 **ja używam "fabrycznie" zmielonego (co znacząco ułatwia pracę), w opakowaniach po 200 g, dlatego trochę zmieniłam proporcje oryginalnego przepisu
Zwykły mak należy zalać wrzącą wodą (do pokrycia), odstawić do wystudzenia, odsączyć z nadmiaru wody, dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem. 
** nie należy rezygnować z czekolady - jest stosunkowo mało wyczuwalna, ale wzbogaca smak i pomaga w uzyskaniu dobrej "tekstury"

poniedziałek, 20 stycznia 2014

wow będzie





Uparłam się i przy drugim podejściu zostały wykonane łabędzie z ptysiowego ciasta i cytrynowego kremu mascarpone. Nie wyglądają jak te"oryginalne", cukierniane, ale są. 
W moim wykonaniu składały się głównie z tego kremu, bo "korpusy" zrobiłam zdecydowanie za małe. Pan w cukierni , jak się dowiedziałam, robi je za pomocą szprycy z końcówką o kształcie gwiazdki. Musi mieć dużą szprycę :).
W każdym razie ciasto ptysiowe jest bardzo proste, a efekt wizualny zakładam, że zależy od zdolności/wyćwiczenia.

ptysiowe łabędzie
125 ml wody (pół szklanki)
szczypta soli
50g masła
75 g mąki
2 jajka
opakowanie serka mascarpone (250g)
kilka łyżek (do smaku) lemon curda* 
ew. cukier puder

Wodę i masło umieścić w garnuszku (ja dodałam jeszcze łyżkę cukru), podgrzewać aż masło się rozpuści i emulsja zacznie wrzeć. Zdjąć z ognia, wrzucić mąkę i mieszać aż masa będzie w miarę gładka i odchodzić od ścianek. Ostudzić** ciasto, ubić jajka (ze szczyptą soli) i wymieszać z masą. Nałożyć do szprycy i wyciskać kształty (proponuję z tej ilości 2-3 kadłuby wielkości pięści +4-5 głów, w razie gdyby "się zepsuły"). Piec w piekarniku nagrzanym do 200*C przez ok 30 minut. Przekuć (żeby powietrze sobie mogło wyjść), ostudzić.Wierzch odkroić, przekroić na pół, to będą skrzydła.
Mascarpone wymieszać z lemon curdem***, nałożyć (można za pomocą szprycy, ale widelec też się nada) do korpusów, wetknąć głowy i skrzydła. Można oprószyć cukrem pudrem.

* można kupić, można zrobić
** ważne! Ptysie nie będą chciały rosnąć jeśli jajka zostaną dodane do gorącego ciasta
*** można wymieszać mascarpone pół na pół z ubitą śmietaną kremówką, żeby było bardziej kremowe

wtorek, 14 stycznia 2014

pleśniak

Jakoś w zeszłym tygodniu postanowiłam zrobić M przyjemność i upiec pleśniaka, bo daawno temu wspominał, że lubi, a jest to ciasto niewymagające żadnych specjalnych składników, z wyjątkiem kwaśnego (!) dżemu, który tak się składa, że miałam (robiłam specjalnie kwaśny z przeznaczaniem do wypieków). Okazało się, że M., jak to M. był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, ale ciasto przerosło nasze (z Jego, to nie trudno, ale moje) oczekiwania. Pychota. Fakt, że w dużym stopniu zmieniłam proporcje: ciasto-dżem i pianka z białek (na korzyść dżemu i pianki). W styczniu piekłam już 2 razy i w obu przypadkach zniknęło błyskawicznie (zdjęcie zrobione ostatniemu kawałkowi, z drugiego "miotu", wieczorem tuż przed tym jak go pochłonęliśmy, więc jakość zdjęcia nie zachwyca). Pozwolę sobie tylko podkreślić, że warunkiem koniecznym smaczności ciasta jest kwaśny dżem.

Pleśniak
(mała porcja*)
100g masła
 3 jajka
1 i 1/2 szklanki mąki
łyżka kakao
3/4 łyżeczki proszku dopieczenia
1/3 szklanki + łyżka cukru
słoiczek kwaśnego dżemu**

Białka oddzielić od żółtek, odłożyć. Z masła, żółtek i mąki z łyżką cukru i proszkiem do pieczenia zagnieść ciasto (ja pomagałam sobie małymi ilościami zimnej wody, bo bardzo słabo się klei). Podzielić je na 3 części (jedna, na spód może być trochę większa), do jednej dodać kakao (i znów zagnieść), wszystkie włożyć  do lodówki na ok. 2 godziny aż stwardnieją. Tuż przed wyjęciem ciasta z lodówki ubić białka na sztywną pianę, pod koniec dodając 1/3 szklanki cukru (po trochu). Po wyjęciu ciasta z lodówki  rozdrobnić (ja robiłam palcami, ale przepis podaje żeby zetrzeć na tarce do jarzyn) większą jasną kule równomiernie na wyłożoną papierem blachę*, posmarować w miarę grubo i równomiernie dżemem, rozdrobnić na to ciemną kulę z kakao, przykryć to pianą z białek, a na wierzch rozdrobnić mniejszą jasną kulę.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180*C na 40-50 minut

*używałam formy do tart 10x40 cm
a korzystałam z przepisu na moich wypiekach, zmniejszając porcję z grubsza o połowę,
** mój słoiczek jest trochę mniejszy niż te do których byłam przyzwyczajona w Polsce, ma ok 200 ml

sobota, 14 września 2013

śliwka nocą

 Ostatnio się zwyczajnie niem wyrabiam. Dostałam skrzynkę kwaśnych śliwek  i dwoję się i troję żeby je przerobić na coś zanim odejdą z tego padołu łez. Palce z pozadzieranymi skórkami pieką żywym ogniem przy obieraniu kwaśnych owoców, a śliwki bezczelne za nic nie chcą oddawać pestek. O zdjęciach nawet nie ma co wspominać, bo wracam ostatnio o 19 do domu kiedy dobre światło dzienne do zdjęć jest tylko wspomnieniem.
 Jak na razie mam dwie partie dżemu ze śliwek z czarnym bzem z przepisu lo. Polecam użyć kwaśnych śliwek - mnie kwaskowaty dżem smakuje bardziej i do ciast też będzie lepszy. No i ciasto z kwaśnymi owocami. Użyłam kwaśnych zarówno śliwek jak i jabłuszek (spady) dlatego do oryginalnego przepisu dorzuciłam dodatkowe 50 g cukru i 2 łyżki miodu ( a także skórkę cytrynową dla smaku). Ciasto wyszło pyszne i kwaskowate; może nie tak ładne, ale ze śliwkami o poszarpanych krawędziach i misją żeby upchnąć ich na cieście jak najwięcej (w końcu po coś obrałam ich aż tyle !) należało się tego spodziewać.

Jogurtowe ciasto z kwaśnymi owocami

295 g mąki pszennej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej
150 g drobnego cukru do wypieków
2 duże jajka
100 g płynnego miodu lub golden syrupu
1 szklanka (250 ml) jogurtu naturalnego, najlepiej greckiego
150 ml oleju słonecznikowego lub rzepakowego
skórka otarta z 1 cytryny
1 kg śliwek (lub więcej!)
3-4 kwaśne jabłka

Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej (czyli najpier wyjąc z lodówki). Śliwki wypestkować, jabłka obrać i pokroić w dorobną kostkę.
Mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cukier - przesiać, odłożyć.
Do większego naczynia wbić jajka, dodać miód, jogurt, olej i skórkę cytrynową. Wszystko wymieszać widelcem do połączenia. Wsypać suche przesiane składniki i wymieszać widelcem (mieszając w jednym kierunku), tylko do połączenia.
Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Jabłka wysypać w miarę równą warstwą na dnie. Przełożyć na nie ciasto, wyrównać (jest gęste). Na wierzchu poukładać (gęsto) odpestkowane śliwki, rozcięciem ku górze. Ciasto można piec w większej prostokątnej blaszce lub okrągłej o średnicy 25 cm. Im mniej ciasta a więcej śliwek, tym smaczniejsze :-).
Piec w temperaturze 175ºC przez około 50 minut, ale zazwyczaj dłużej (zależy to od owoców), do suchego patyczka. Wyjąć, lekko przestudzić w formie, następnie uwolnić z formy. Wystudzone lub lekko ciepłe oprószyć cukrem pudrem i podawać.

wtorek, 13 sierpnia 2013

agrestowo-cytrynowy głupiec, na jogurcie

Tak właściwie, to gooseberry fool jest deserem z duszonego agrestu wymieszanego z custardem lub (w wersji "dietetycznej") mieszanką bitej śmietany z jogurtem. W mojej wersji celem zachowania kwaskowatego smaku agrestu jest on wymieszany z jogurtem naturalnym (a przy okazji jest to bardziej dietetyczne) i służy do przełożenia biszkoptu (a to już mniej, ale za to jakie dobre!). Również celem zachowania kwaskowatości agrest dusiłam z minimalną ilością cukru, tak tylko, żeby puścił sok i się nie przypalał oraz wymieszałam lemon curd z jogurtem.

Ciasto jest bardzo orzeźwiające, kwaskowate i "lekkie". Pyszne. Polecam zwłaszcza zdodatkiem skórki cytrynowej do biszkoptu.

mój agrestowo-cytrynowy głupiec, na jogurcie
350 g agrestu
1/2 słoiczka lemon curdu*
2 opakowania (250g) gęstego jogurtu naturalnego
5 jajek
3/4 szklanki cukru +3 łyżki
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej
opcjonalnie: świeżo starta skórka cytrynowa

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (ja to robię na bardzo wolnych obrotach miksera).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto (można wmieszać skórkę cytrynową - polecam). Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (lub dłużej, do tzw. suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.
Agrest umyć odszypułkować, włożyć do garnuszka, zasypać 3 łyżkami cukru i wstawić na mały ogień. Dusić pod przykryciemaż zrobi się miękki, ale nie rozpadający się. Wystudzić.
Kiedy już wszystko wystygnie wymieszać agrest z 1 1/2 opakowania jogurtu. Z pozostałym jogurtem wymieszać 3-4 duże łyżki lemon curda. Obiema masami przełożyć biszkopt.
*u mnie tym razem kupny, ale można zrobić

poniedziałek, 28 stycznia 2013

słoneczna cytrynka

Śnieg na szczęście już stopniał i zrobiło się cieplej. Chodzenie cały dzień w mokrych butach i spodniach jest żadną przyjemnością. Kupowanie kwiatów w śniegu wydaje się dziwne, a jak wiadomo każda ilość śniegu w Londynie jest klęską żywiołową. Teraz wymówek na "nie chce mi się iść do pracy" jest mniej i nie chce się jeszcze bardziej. Poprawiam sobie więc humor słonecznym, żółtym swetrem i żółtymi rajstopami, spódnicą, wysokimi obcasami i cytrynową tartą.

tarta cytrynowa*
2 cytryny
3 jajka
120 g masła
4 kopiaste łyżki mąki psennej
2  kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej/kukurydzianej
ok. 100 g cukru

Trochę ponad połowę (ok 80 g) masła pokroić na drobną kosteczkę i zagnieść z przesianymi mąkami (odłożyć 1/2 łyżki mąki pszennej) żółtkiem (odłożyć białko) , łyżką cukru i odrobiną skórki cytrynowej. Wylepić formę (u mnie keksówka i i jedna tartaletka) wstawić do lodówki. Cytryny mocno naciskając przeturlać po blacie, zetrzeć skórkę i wycisnąć sok do rondelka, dorzucić resztę masła i 1/2 łyżki mąki, wymieszać i podgrzać. W jednym jajku z grubsza oddzielić żółtko od białka (tak żeby 1/2 białka odłożyć, a żółtko z resztą wrzucić do miseczki i) wymieszać z pozostałym jajkiem i ok 40 g cukru (50 lub więcej jeśli wolimy krem cytrynowy słodki nie kwaśny) na w miarę jednolitą masę, wlać połowę gorącego soku z cytryny, wymieszać, przelać do rondelka z resztą gorącego soku i podgrzewać cały czas mieszając aż zgęstnieje. Nagrzać piekarnik na 180*C podpiec ciasto na złoto (ok 10 min, najlepiej z papierem i fasolą lub kulkami do pieczenia na wierzchu), rozsmarować krem cytrynowy w wystudzonym , podpieczonym cieście1 1/2 odłożonego białka ubić z resztą cukru (ok 50 g) na sztywną pianę, którą rozsmarować na wierzchu (można zrobić ładne wzorki). Wstawić całość do piekarnika na 10-15 minut aż piana na wierzchu będzie lekko złota.  








*przepis znalazłam na kombajnie, zmniejszyłam proporcje o ok 1/3 i ilość cukru (bo chciałam krem kwaśny)

wtorek, 1 stycznia 2013

indulgence

W Nowym Roku wszystko ma się zmienić. Będziemy zdrowiej jeść, regularnie ćwiczyć (i w moim przypadku intensywnie szukać pracy).
Ale na razie był jeszcze Sylwester prawda?
Ostatnie chwile pobłażania, dogadzanie sobie rozpływającym się w ustach, intensywnie czekoladowym i absolutnie przepysznym ciastem Dawida Lebowitz'a i grzanym winem z kubka termicznego.


  A do drugiej kieszeni pomarańczka i aparat i idziemy obejrzeć fajerwerki przy London's Eye...

I nic to, że mosty zamknięto, ludzie darli się jak opętani i ktoś urządził nam prysznic z piwa imbirowego czy śmierdzącej podróbki szampana.
Nie daliśmy się za to wrzucić do wielkiej kałuży i udało mi się wyjść tłumu razem z moją czapką. No i pokaz był fajny. Ach i znalazłam bransoletkę




czekoladowe ciasto Dawida Lebowitz'a
250g gorzkiej czekolady
120g masła
65g cukru  (1/3 szkl.)
4 duże jajka w temp. pokojowej osobno białka i żółtka
2 łyżki mąki
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Formę (autor sugeruje keksówkę, ale każda inna, nieduża forma też się nadaje) wyłożyć papierem do pieczenia. W dużej misce postawionej nad garnkiem z gotującą się wodą rozpuścić czekoladę razem z masłem i wymieszać do uzyskania gładkiej masy. Do przestudzonej masy dodać połowę cukru, żółtka i mąkę. Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną masę. Stopniowo dodawać cukier. Wymieszać delikatnie pianę z masą czekoladową (lekkie do ciężkiego). Wlać masę do formy i wygładzić; piec 35 minut, aż ciasto stanie się pośrodku lekko sztywne.

słówko dnia: indulge - dogadzać, pobłażać, kaprysić, oddawać się nałogowi, cierpliwie znosić czyjeś kaprysy (indulgence - pobłażanie)

czwartek, 29 listopada 2012

happy birthsday to me



M. zrobił mi wczoraj niespodziankę biorąc wolne w środku tygodnia, specjalnie na moje urodziny. Nic mi wcześniej nie powiedział, a nawet żeby nie zepsuć niespodzianki wstał i poszedł na 7 rano na siłownię. Twardziel. Z resztą wyszło mu troszkę gorzej, bo cały dzień mżyło (dziś dla odmiany było ładnie), a ścieżka spacerowa, którą wybraliśmy prowadziła przez tereny gazowni (o fu, ale zaiwania) i w dodatku okazała się ślepą uliczką. Trudno.
Mimo wszystko miło go było mieć obok.
No i pozwoliło mi zrobić fajny, dwudaniowy obiad urodzinowy (i to przed 19). W którym główną rolę odgrywała gruszka i ser pleśniowy.
Po pierwsze była sałatka. W oryginale stąd, ale ja trochę pozmieniałam: pistacje na orzechy włoskie, miód z sosu na łyżkę lemon curda, no i ser był za bardzo jak camembert, a za mało jak ser z niebieską pleśnią, no i dodałam ze 2 garście pokrojonej sałaty lodowej. Wyszło naprawdę przyzwoicie, ale na przyszłość jednak poszukam sera o mocniejszym smaku.

 sałatka z gruszką i serem pleśniowym
1 1/2- 2 gruszki (zależy od wielkości)
kawałek (ok. 200 g) sera z niebieską pleśnią
2 garście rukoli
2 garście pokrojonej/porwanej sałaty lodowej
garść orzechów włoskich

1 1/2 łyżki octu balsamicznego
1 łyżka lemon curda
2 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz
opcjonalnie: ząbek czosnku

Sałatę i rukolę ułożyć na talerzu, gruszki pokroić w plastry lub pół-plastry (polecane jeśli gruszka twarda), ser w kostkę, ułożyć na sałacie . Składniki sosu lekko podgrzać (do rozpuszczenia się lemon curda), wymieszać, orzechy pokruszyć na wierz, polać sosem.

Po drugie był przepyszny, zapiekany camembert z sosem kahlua. Tu jedyne co zmieniałam, to trochę za długo podgrzewałam sos i zrobił się karmel, nie było to jednak zamierzone. Dlatego po przepis odsyłam do Any-Marii. Powiem tylko, że danie to szybkie, wykwintne i spokojnie wystarcza na obiad dla dwójki, o ile poda się je z chlebem, choć gruszki (lub krakersy jak sugerowane jest w przepisie) też świetnie pasują.

A na deser był tort-nie-tort czyli jesienna wersja "pani Walewskiej", która chodziła za mną już od jakiegoś czasu i tylko szukałam pretekstu żeby ją zrobić. Z tortem to ciasto ma wiele wspólnego i i warstwy są (sporo warstw) i krem jest, tylko, że ciasto kruche zamiast biszkoptowego, trochę płaskie ni żeby wbić świeczki trzeba by było uprzednio wywiercić na nie dziurki. Z ciastem było trochę kłopotu (częściowo z mojej winy). No i na koniec uważam, że choć dobre jest zdecydowanie za słodkie. Powideł trzeba używać koniecznie kwaśnych, no i trzeba rozważyć zmniejszenie ilości cukru. Przepis pochodzi z "Moich wypieków" z moimi modyfikacjami.

jesienna pani Walewska
kruche ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
125 g masła, zimnego
1/3 szklanki cukru pudru
3 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 opak. cukru wanilinowego

3 białka
1/2 szklanki cukru
1/2 słoiczka powideł śliwkowych (u mnie czekoladowych z tego przepisu)
100 g łuskanych orzechów włoskich, posiekanych
Krem:
250 ml mleka
1 żółtko
1 1/2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej/kukurydzianej
1 1/2 łyżki cukru (moim zdaniem można zrezygnować)
1/2 opak. cukru wanilinowego (moim zdaniem można zrezygnować)
75 g masła, w temp. pokojowej
50 ml likieru orzechowego (lub innego pasującego - u mnie kahlua)
polewa:
ok. 80 gorzkiej czekolady (w oryginale pół na pół z mleczną, ale ja uznałam, że za słodko)
40 g masła
2-3 łyżki likieru (zamiast czekolady mlecznej)

    Z podanych składników zagnieść kruche ciasto, podzielić na 2 części, rozpłaszczyć, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 2 h.
    Formy o wymiarach 22 x 22 cm (ok.500 cm2) wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia. Obie części schłodzonego ciasta wyłożyć do form, wylepić dno, wyrównać. Posmarować połową powideł śliwkowych (ja zapomniałam, więc dodałam jedną warstwę powideł, po pieczeniu).
    Białka ubić w misie miksera na sztywną masę, pod koniec dodając cukier, łyżka po łyżce. Połowę ubitych białek nałożyć na powidła*, posypać połową orzechów włoskich.
    Piec w temperaturze 180°C przez około 45 - 50 minut. W taki sam sposób postąpić z resztą ciasta kruchego by powstały dwa jednakowe blaty.
    Przygotować krem. Jedną szklankę mleka zagotować z cukrami. Drugą zmiksować z żółtkami i mąką (jak na budyń), dodać do gotującego się mleka, zagotować. Ostudzić, przykrywając folią spożywczą.
    Masło utrzeć na puch. Stopniowo dodając wystudzony budyń, cały czas ucierając (miksując). Stopniowo dodawać alkohol, ucierając.
   (polewa) W małym garnuszku umieścić masło, roztopić. Zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę, poczekać do jej roztopienia, mieszając od czasu do czasu.
   Nałożyć krem na pierwszy placek wyrównać. Przykryć drugim blatem, odwracając go uprzednio warstwą orzechowo - śliwkową do dołu i polać polewą czekoladową. Ciasto schłodzić. Przechowywać w lodówce.


słowko dnia: insatiable - nienasycony

poniedziałek, 19 listopada 2012

chwileczka

Na chwilę wpadliśmy "do domu" korzystając z krótkiego window of the oportunity. "Do domu" czyli do Warszawy, do rodziców podczas gdy przynajmniej tymczasowo dom znajduje się w Londynie.
Na pogaduchy ze wszystkimi moimi Milusińskimi zrobiłam sernik, który podzielony na kilka pudełek jeździł ze mną na kolejne spotkania. Podobno idealnie utrafiłam w gusta faceta Majki i nieźle zdziwiłam matkę mojego M. (gdyż sernik piekłam o 12 w nocy w sobotę). Przepis chodził za mną coś koło tygodnia odkąd zobaczyłam go tu, został jednak zmodyfikowany: 1. zamiast gruszek jabłka*,  2. więcej kajmaku zero cukru 3. kruchy spod zamiast mielonych ciasteczek

sernik ziomowy
500g mielonego sera na serniki (ja dałam troszkę więcej)
400 g (cała puszka) kajmaku
3 spore jajka
1,5 łyżki mąki

ok. 70g (1/3) kostki masła
kopiasta łyżeczka przyprawy do piernika
ok 80 g mąki

3-4 jabłka obrane, pokrojone w drobną kostkę
2-3 łyżeczki cynamonu

Mąkę, masło i przyprawę do piernika zagnieść i ciastem wylepić dno tortownicy o śr. 20 cm. Podpiec na złoto w temp180*C ostudzić. Ser zmiksować z kajmakiem, jajkami i ew. mąką (ja dodałam bo ciasto wydało mi się bardzo rzadkie). Wylać na przestudzone ciasto. Jabłka dokładnie wymieszać z cynamonem (tak, żeby każda kosteczka była pokryta) rozsypać równomiernie na wierzchu masy sernikowej. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180*C na 40-45 minut. Brzeg powinien lekko się zrumienić, a środek pozostać wilgotny i drgający przy poruszeniu. Jeżeli wierzch za szybko się rumieni, trzeba go przykryć kawałkiem folii aluminiowej. Wyłączyć piekarnik, otworzyć drzwiczki i pozostawić sernik do wystudzenia. Wstawić do lodówki na noc.
UWAGA: Kroić na bardzo małe kawałki, bo piekielnie słodki, ale równie dobry. Można też zmniejszyć ilość kajmaku oczywiście :D
Wspomniałam może że  tej wersji robi się go naprawdę szybciutko ?


A z miasta tęskniłam najbardziej oczywiście za Pałacem, zwłaszcza w tych uroczych kolorkach.

*jabłka trzeba było zutylizować - mama dostała, a my nie przepadamy za najpopularniejszymi, polskimi jabłkami jakimi są Szampiony (Šampiony lub Shampiony) jest to odmiana francuska dlatego napisy na straganach Championy, Czampiony czy Czempiony są z gruntu złe i błędne. A oprócz tego odmiana charakteryzuje się żółtawo-zieloną skórką w podłużne smugi czerwieni (niemalże jabłko w pionowe paski) oraz żółtawym, słodkim i lekko ziarnistym miąższem.

słówko dnia z dedykacją dla Ani : soft-boiled egg- jajko na miękko

niedziela, 16 września 2012

banan, beza, bita śmietana

Kiedy zobaczyłam ten wpis u Cukrowej Wróżki nabrałam strasznej ochoty na tort bananowy z bezą. Pomysł chodził za mną przez jakiś czas i czekał na okazję, więc w rezultacie wyewoluował w coś takiego:Prawdę mówiąc myślałam, że zawierając bananowy biszkopt i banana w plasterkach będzie bardziej bananowy (dlatego postanowiłam lekko złamać ten smak bazylią w bitej śmietanie, ale jej dałam za mało) i jako całość przepis nie będzie przeze mnie powtarzany, ale sam bananowy biszkopt jest grzechu warty (już zrobiłam drugi i zniknął w oka mgnieniu), a i bita śmietana z bazylią też może być ciekawym dodatkiem do deseru.

tort bananowy

2 banany
5 jajek + 2 białka (na beziki)
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej + łyżka
1/2 szklanki brązowego cukru
opakowanie śmietany 30 lub 36 %
spora garść liści bazylii
100 g drobnego cukru

bananowy biszkopt: Białka ubić na sztywno, stopniowo, dalej miksując, dodawać do nich brązowy cukier (po łyżce), potem stopniowo dodawać mąki (ja zwykle przesiewam do miski, naprzemiennie z dodawaniem żółtek), po jednym żółtku (dodać 3, 2 nam zostaną), a na końcu 3/4 bardzo dokładnie rozgniecionego widelcem banana. Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (jest to modyfikacja tego przepisu).
Pozostałe 2 białka bić na sztywno, stopniowo dodawać cukier i łyżkę mąki ziemniaczanej (można dodać troszkę soku z cytryny lub octu winnego) łyżką wyłożyć masę na papier do pieczenia (lub wycisnąć szprycą w ładne "kopczyki") piec w temp ok 150*C przez 15-25 minut
Ubić śmietanę, bazylię drobno poszatkować, wymieszać. Resztę bananów, pokroić. Zostawić kilka plasterków do dekoracji resztę rozłożyć na wystudzonym biszkopcie. Przykryć bitą śmietaną, dołożyć bezy (część pokruszyć) i plasterki zostawione do dekoracji.

słówko dnia to talk shop- rozmowy o pracy

sobota, 15 września 2012

jabłka? winne! I cytrynowa kruszonka

Taki milutki wypiek do sobotniej popołudniowej kawy czy herbaty, ale najlepszy popijany winem, które zostaje po "marynowaniu" jabłek - wychodzi taka jasna sangria.
Pomysł na jabłka marynowane w białym winie znalazłam we wrześniowym numerze "Kuchni", ale jak to ja zrobiłam wszystko po swojemu.

strucla z winnymi jabłkami i cytrynową kruszonką
przepis stąd, mocno zmodyfikowany
2 szklanki mąki pszennej
1 szklanka
1 duże jajko
3 czubate łyżki cukru
1/4 łyżeczki soli
3 łyżki masła, roztopionego
7 g drożdży świeżych

2 jabłka
1,5 szklanki białego wina wytrawnego, lub półwytrawnego
2 łyżki stołowe cukru z prawdziwą wanilią i kardamonem
garstka goździków
skórka otarta z 1/2 cytryny

2 łyżki masła
4 łyżki mąki
3 łyżki cukru
starta skórka i trochę soku z cytryny

Zrobić zaczyn* dodać pozostałe składniki i wyrobić, pod koniec dodając roztopiony tłuszcz. Wyrabiać tak długo, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Przełożyć do miski, przykryć lnianym ręczniczkiem, pozostawić do podwojenia objętości (około 90 minut).
W tym czasie wino z cukrem i przyprawami zagotować, wrzucić pokrojone w grubą kostkę jabłka i gotować jeszcze pół minuty. Zostawić do ostygnięcia (w oryginale było na godzinę).
Kiedy ciasto wyrośnie, krótko je wyrobić (można podzielić na 2 części lub zrobić jedną dużą struclę). Rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 x 35 cm, lub trochę większy, delikatnie podsypując mąką. Na rozwałkowane ciasto wyłożyć nadzienie (czyli odsączone jabłka, wino można przelać przez sitko i spożyć pycha) tylko na środku, wzdłuż dłuższego boku. Ciasto zwinąć w roladę, składając na 3 części (pierwszą, dolną częścią ciasta przykrywamy część z nadzieniem, następnie składamy raz jeszcze, zwijając jak roladę; boki podkładamy pod spód).
Gotową struclę ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (lub ułożyć w okrągłej blaszce z kominkiem, albo keksówce), oprószyć mąką, przykryć lnianą ściereczką, pozostawić do ponownego wyrośnięcia (około 30 minut). Przed samym pieczeniem struclę naciąć wzdłuż ostrym nożem, prawie do samej blaszki nie przecinając końców strucli, należy zostawić około 5 cm z każdej strony nie rozcięte oraz posmarować jajkiem/żółtkiem roztrzepanym z 1 łyżką mleka, posypać kruszonką
Piec w temperaturze 190ºC przez około 30 minut, do złotego koloru. Wyjąć z piekarnika, po kilku minutach przełożyć na kratkę, wystudzić.

* dla nowicjuszy - podgrzać mleko (ciepłe, ale nie parzy w palec, ja zwykle zużywam całe podane w przepisie do tego celu), wsypać łyżkę cukru, 2 łyżki mąki, wkruszyć drożdże, wymieszać na jednolito. Odstawić w ciepłe miejsce bez przeciągów na jakieś 15-20 minut. Niekonieczne jeśli korzystamy z drożdży suszonych, ale wtedy używa się połowę ilości (4 g)

słówko dnia sth went pear -shaped - coś poszło nie tak jak było zaplanowane
(u nas kształt gruszki ma jakby ładniejsze znaczenie - z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt, zdefiniuj kształt gruszki [ Jaskier z Wiedźmina cytowane z pamięci])

środa, 12 września 2012

tęsknię...


Tęsknię rozpaczliwie wręcz za M., ale tęsknię też już trochę za Warszawą, Pałacem Kultury i beztroskim życiem, chociaż przecież jeszcze tu jestem. Przeprowadzam się już i dopiero za 2 tyg. i jestem lekko przerażona.Na razie jednak mogę jeszcze robić zdjęcia jagodowego Pałacu zza szarej zasłony deszczu, podejrzliwie spoglądać na tęczę ze sztucznych kwiatów na Placu Zbawiciela (podobno stoi tam od czerwca) i piec serową struclę z jagodami.Serowa strucla z jagodami
przepis stąd, mocno zmodyfikowany
2 szklanki mąki pszennej
1 szklanka
1 duże jajko
3 czubate łyżki cukru
1/4 łyżeczki soli
3 łyżki masła, roztopionego
7 g drożdży świeżych

Zrobić zaczyn* dodać pozostałe składniki i wyrobić, pod koniec dodając roztopiony tłuszcz. Wyrabiać tak długo, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Przełożyć do miski, przykryć lnianym ręczniczkiem, pozostawić do podwojenia objętości (około 90 minut).
Nadzienie z twarogu:
300 g twarogu półtłustego lub tłustego
1 żółtko (+ 1 i łyżkę masła jeśli rezygnujemy z ajerkoniaku)
kilka łyżek cukru (więcej jeśli rezygnujemy z ajerkoniaku), może być waniliowy
1/3 szklanki ajerkoniaku
garść płatków migdałowych
+ opcjonalnie 2-3 garści jagód (u mnie borówki amerykańskiej)

Przygotować nadzienie: wszystkie składniki włożyć do miski, rozgnieść (widelcem lub tłuczkiem do ziemniaków) i wymieszać (nie ma konieczności mielenia twarożku, dobrze smakuje, jeśli są wyczuwalne grudki).
Wyrośnięte ciasto krótko wyrobić rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 x 35 cm, lub trochę większy, delikatnie podsypując mąką. Na rozwałkowane ciasto wyłożyć nadzienie tylko na środku, wzdłuż dłuższego boku. Ciasto zwinąć w roladę, składając na 3 części (pierwszą, dolną częścią ciasta przykrywamy część wysmarowaną nadzieniem, na brzegu przykrycia dorzucamy rządkiem jagody, następnie składamy raz jeszcze, zwijając jak roladę; boki podkładamy pod spód).
Gotową struclę ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (lub ja u mnie ułożyć w okrągłej blaszce z kominkiem), oprószyć mąką, przykryć lnianą ściereczką, pozostawić do ponownego wyrośnięcia (około 30 minut). (Przed samym pieczeniem można struclę naciąć wzdłuż ostrym nożem, prawie do samej blaszki nie przecinając końców strucli, należy zostawić około 5 cm z każdej strony nie rozcięte oraz posmarować jajkiem roztrzepanym z 1 łyżką mleka, posypać kruszonką).
Piec w temperaturze 190ºC przez około 30 minut, do złotego koloru. Wyjąć z piekarnika, po kilku minutach przełożyć na kratkę, wystudzić.

* dla nowicjuszy - podgrzać mleko (ciepłe, ale nie parzy w palec, ja zwykle zużywam całe podane w przepisie do tego celu), wsypać łyżkę cukru, 2 łyżki mąki, wkruszyć drożdże, wymieszać na jednolito. Odstawić w ciepłe miejsce bez przeciągów na jakieś 15-20 minut. Niekonieczne jeśli korzystamy z drożdży suszonych, ale wtedy używa się połowę ilości (4 g)

P.S. słówko dnia to culture vulture - dosłownie sęp na sztukę, czyli ktoś obyty, kulturalny i na bieżąco

wtorek, 14 sierpnia 2012

plum

Ta pogoda mnie dobija. Chodzę non stop śpiąca, ciągle lekko znudzona i zmulona. Mam wrażenie, że wszystko co robię, czym się interesuję i co myślę jest takie płytkie i powierzchowne. Nic mi się nie chce. Nawet ciasta z budyniem, śliwkami i cynamonową kruszonką.
Jak na mnie jest niemal ortodoksyjne. To dlatego, że przychodzili dziadkowie.
Moim zdaniem ciasto jest trochę za mało słodkie - śliwki były kwaśne, ale innym smakowało (choć mama zapytana co je odpowiedziała, że szarlotkę - może przez tą kruszonkę?). Natomiast sam budyń z dodatkiem mleka kokosowego był obłędny naprawdę mocno musiałam się powstrzymywać (forego*), żeby nie wyjeść go osobno.

Inspiracją był ten przepis, ale potraktowałam go ... jak widać. Nie byłam pewna jak dziadkowie reagują na kokosa** (nie każdy musi lubić), więc z motywu przewodniego stał się ledwie wyczuwalną nutą, zamiast czereśni (już po sezonie, szkoda) użyłam śliwek, a do nich mój ukochany cynamon** pasuje świetnie. Tak oto:
kruche cisto z budyniem, śliwkami i cynamonową kruszonką

150 g mąki pszennej
100 g mąki ziemniaczanej
50 g cukru
150 g masła (schłodzonego)
1 jajko

2 opakowania budyniu (śmietankowy lub kokosowy)
małą puszka (165 ml) mleka kokosowego
2 i 1/2 szklanki mleka
4 łyżki cukru (o ile budyń niesłodzony)

600-700 g owoców (śliwek)

100 g masła
100 g mąki pszennej
50 g cukru
50 g mąki ziemniaczanej

Spód: do miski przesiać obydwie mąki, dodać cukier i pokrojone na kawałki masło. Rozetrzeć palcami całe masło z mąką i cukrem, aż powstanie kruszonka (drobne okruchy ciasta), następnie dodać jajko i szybko zagnieść ciasto łącząc wszystko w jednolitą kulę. Ciasto włożyć do lodówki na 1 godzinę. Rozwałkować pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia na placek o wymiarach nieco większych niż forma. Przenieść ciasto razem z dolnym papierem do formy, odkleić górny arkusz. Przyciąć wystające brzegi ciasta i dokleić brakujące miejsca. Spód podziurkować widelcem i wstawić do lodówki na pół godziny. Piekarnik nagrzać do 160 stopni.
Wstawić blaszkę z ciastem do piekarnika i piec przez 25 minut na blado złoty kolor.

Budyń: W szklance rozpuścić dwa budynie, dodać 4 łyżki cukru (jeśli budynie zawierają już cukier, nie trzeba go już dodawać). Zagotować mleko kokosowe z resztą mleka krowiego. Gdy mleko się zagotuje wlać rozpuszczony budyń jednocześnie szybko mieszając. Pogotować kilkanaście sekund i odstawić z ognia.
Owoce pokroić na połówki i wyjąć pestki.
Zwiększyć temperaturę w piekarniku do 180 stopni. Przygotować kruszonkę: do miski przesiać obydwie mąki, dodać cukier i pokrojone na małe kawałeczki zimne masło. Rozcierać palcami masło z resztą składników aż powstanie kruszonka (drobne okruszki ciasta)
Na podpieczony i ostudzony spód wyłożyć połówki owoców (rozcięciem do góry). Przykryć warstwą budyniu i posypać kruszonką. Wstawić do piekarnika i piec przez 35 minut na lekko złoty kolor.

*wspomniałam, że intensywnie uczę się angielskiego ? słówko na dziś forego - odmawiać sobie przyjemności, zrezygnować
** o kokosie pisałam tu, a o cynamonie tu

sobota, 21 lipca 2012

rozpusta imieninowa

Mama M. poprosiła mnie o ciasto na imieniny. Akurat trafiła na nagromadzony przez długi czas niepieczenia entuzjazm, więc jej "impreza" imieninowa zamieniała się w słodką orgię.
Była moja wariacja na temat tiramisu ( z sosem z octu balsamicznego i creme de cassis* zamiast kawy i dużą ilością malin, bardzo owocowa propozycja) i
tort bezowy z wiśniami i nutą herbacianą
9 białek
450 g miałkiego cukru
1 1/2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
1 1/2 łyżeczki octu balsamicznego

(1 1/2 raza ten przepis)
2 opak. śmietany 36%
wiśnie

80 ml mleka
80 ml śmietanki 30/36%
3 torebki herbaty earl gray
2 łyżki cukru
2 żółtka

Białka ubić na sztywno. Pod koniec ubijania dodawać po łyżce miałkiego cukru, mąkę ziemniaczaną i ocet.
Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia. Na papierze narysować okrąg, nieduży, dwadzieścia kilka cm średnicy. Wyłożyć na niego masę białkową. (ja zrobiłam jeden cały blat i jeden "obwarzanek") Wstawić do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i po 5 minutach przykręcić temperaturę do 150 stopni. Piec 1,5 godziny. Studzić w uchylonym piekarniku.

W międzyczasie wyrwać biednym wisienkom ich małe, drewniane serduszka (czyli wydrylować) i przygotować sos herbaciany: śmietanę, mleko i herbatę umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż całość zawrze. Ostawić (torebki wyjąć i wycisnąć). Żółtka utrzeć z cukrem na puszysto, powoli, mieszając wlać zawartość garnuszka, a następnie całość znów wlać do garnuszka i podgrzewać, aż sos zgęstnieje.

Ubić śmietanę. Wyłożyć ją na bezę, polać sosem, dorzucić wiśnie, przykryć drugą warstwą (opcjonalnie).




letnie "tiramisu"
[uwaga duża porcja !]
opakowanie biszkopcików
2 koszyczki malin
3 opakowania serka mascarpone (łącznie 750g)
3 żółtka
pół szklanki (do smaku) likieru amaretto/toffi/tiramisu

2 łyżki gorzkiego kakao

4 łyżki octu balsamicznego
4 łyżki creme de cassis
2 łyżki wody

Żółtka utrzeć. Po trochu dodawać serek mascarpone i likier (do smaku) aż do połączenia wszystkiego w gładką masę.

Likier porzeczkowy (creme de cassis) , ocet balsamiczny i wodę wymieszać, maczać w otrzymanej biszkopciki i układać ściśle na dnie naczynia (można polać resztką sosu jeśli zostanie).

Nałożyć cienką warstwę kremu mascarpone na biszkopty, ułożyć na tym połowę malin, przykryć resztą kremu.
Oprószyć wierzch kakaem, ułożyć na nim resztę malin. Najlepiej podawać schłodzone.

*Inspirację dotyczącą octu balsamicznego i malin zaczerpnęłam stąd, ale ze względu na brak wody różanej wykorzystałam (kiedyś tam) creme de cassis i tak mi zasmakowało, że będę korzystać częściej (zwłaszcza, że ten który posiadam to podróba i bez octu nie smakuje tak dobrze)

czwartek, 12 kwietnia 2012

powrót wiedźmy marnotrawnej

Święta Święta i po Świętach...
Dawno mnie tu nie było. Bawię się z komputerem w chowanego, a powodem jest moja praca magisterska. O raju, ależ mi się jej pisać nie chce ! Na razie lenistwo wygrywa z paniką (że nie zdążę), ale mam wyrzuty sumienia robiąc co innego np. pisząc posta na blogu. Wychodzi na to, że póki jej nie napiszę będę pojawiać się nieregularnie (a takie wielkie miałam plany!)
Dziś o mazurkach, bo choć Święta były minęły, to te mazurki były tak pyszne, że głupio nie wspomnieć.
Pierwszy makowo-kajmakowy "deska" jest naprawdę znakomity i stanowi miłą odmianę dla tych wszystkich kruchych spodów. Bardzo słodki, bardzo prosty w dekoracji ( a przy tym... dekoracyjny;) i całkiem oporny na wysychanie.
Mazurek makowo-kajmakowy "deska":
stąd
200g maku,
1 łyżka mąki ziemniaczanej,
1 łyżka bułki tartej,
100g cukru,
3 jajka,
1/4 szklanki mleka,
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej,
aromat migdałowy
do dekoracji -

3/4 puszki słodzonego mleka skondensowanego
1/2 tabliczki ciemnej czekolady

Mak sparzyć, osączyć i zmielić trzykrotnie. Utrzeć żółtka z cukrem, dodać mielony mak, mąkę ziemniaczaną, bułkę tartą i mleko. Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z ciastem makowym. Dodać sodę i aromat migdałowy. Wylać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec 30-35 minut w temperaturze 180 stopni.

Puszkę mleka skondensowanego włożyć do garnka i gotować pod przykryciem 3 godziny. Schłodzić. Gotowy kajmak rozsmarować na spodzie makowym. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i przy pomocy pędzelka namalować na kajmaku wzór deski.


Drugi podpatrzyłam u Asi z Kwestii Smaku i z racji ciągot do jedzenia kwiatów (zaraziłam się od pinkcake) postanowiłam zrobić. Absolutnie nie żałuję. Masa z serka mascarpone i konfitury z płatków róży jest obłędna! Kremowa, intrygująca i pysznie słodka (ale nie przesłodzona). Ciasto mnie trochę irytowało - było zbyt kruche przez co uzyskanie i utrzymanie ładnego kawałka ciasta było niemal awykonalne

mazurek różany
170 g mąki pszennej
80 g mąki ziemniaczanej
50 g cukru
150 g zimnego masła
1 jajko

200 g konfitury z płatków róży
250 g serka mascarpone
100 g płatków migdałów, lekko zrumienionych na suchej patelni

Do miski przesiać mąkę pszenną i ziemniaczaną. Dodać cukier i pokrojone na kawałki masło. Rozetrzeć palcami masło z mąką aż powstanie drobna kruszonka, następnie dodać jajko i szybko zagnieść ciasto łącząc wszystkie składniki w jednolitą kulę. Zawinąć w folię i włożyć do lodówki na godzinę.
Ciasto rozwałkować podsypując wałek i blat mąką lub wkładając ciasto pomiędzy dwa arkusze papieru do pieczenia - razem z papierem przenieść do formy. W razie potrzeby ugnieść ciasto palcami w formie i wylepić nim brakujące miejsca (ciasto może się porwać). Spód podziurkować i wstawić do lodówki na czas nagrzania piekarnika lub na około pół godziny. Piekarnik nagrzać do 160 stopni. Wstawić blaszkę z ciastem i piec przez około 35 - 40 minut na lekko złoty kolor, ostudzić w formie. Dokładnie ostudzić. Należy uważać, bo spód będzie delikatny i kruchy.
W dniu podania mazurek posmarować kremem różanym: wymieszać konfiturę różaną z serkiem mascarpone i rozsmarować na spodzie. Posypać płatkami migdałów. Można udekorować świeżymi płatkami róży.

Wspomniałam już kiedyś, że idealny mus czekoladowy to serek mascarpone i gorzka czekolada roztopiona w kąpieli wodnej. Teraz zaczyna dochodzić do tego, że każdy krem do ciasta w moim wykonaniu zawiera ten serek . A wszystkie są pycha (o tym pewnie jeszcze napiszę, ale się nie zarzekam).
A tak, mazurek różany chciałabym dodać do akcji kwiatożerców.

niedziela, 19 lutego 2012

przekładaniec czekoloadow-imbirowy


Kolejne ciasto, które chodziło za mną od pewnego czasu. I tym razem nie chodziło o przepis, który wzbudził u mnie rządzę ciastka tylko o uporczywą myśl, że zjadłabym biszkopt czekoladowy przełożony kremem imbirowym. Miało być niewymyślne, prostokątne i nie ozdobione i niekoniecznie ładne (i ładne nie było ;). Po prostu. Było kilka koncepcji jak wykonać tę moją zachciankę, ale w końcu stanęło na tym :

ciasto czekoladowe
(ten przepis, z Kwestii Smaku, zmodyfikowany)
200 g gorzkiej czekolady (60% kakao)
200 g masła, pokrojonego na kawałki
1 łyżka rozpuszczalnej kawy
170 g mąki pszennej
szczypta soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
25 g kakao
400 g brązowego cukru (miałam tylko biały więc dałam go 200 g)
3 średnie jajka
75 ml maślanki (jogurtu naturalnego)

Czekoladę z masłem i kawą rozpuszczoną w 125 ml zimnej wody. Rozpuścić (w mikrofali lub kąpieli wodnej - ja zrobiłam w mikrofali, a wodę dodałam w późniejszym etapie) Nie podgrzewać za bardzo masy. Mąkę przesiać do misy razem z solą, proszkiem do pieczenia, sodą oczyszczoną i kakao. Dokładnie wymieszać z cukrem. Jajka wbić do miski i roztrzepać mikserem na jednolitą masę (nie ubijać). Wymieszać z maślanką (tu dodałam wodę).
W jednej misce delikatnie wymieszać łyżką masę z czekolady, mąkę z dodatkami i masę z jajek. Przelać do formy i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec przez 1 godzinę i 25 minut. Po upieczeniu sprawdzić patyczkiem czy jest już suchy. Na wierzchu ciasta powstanie bardziej twarda skorupka, a całe ciasto może się troszkę zapaść. Jest to zjawisko normalne. Ciasto ostudzić w formie, następnie przełożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia i stężenia.

krem imbirowy
500 ml śmietany kremówki
250 g sera mascarpone
spory kawałek kłącza imbiru*
pół szklanki cukru (do smaku)

Kłącze imbiru obrać, zetrzeć na tarce, umieścić w garnuszku ze śmietanką i cukrem, zgotować. Odstawić do przestudzenia i przecedzić przez sitko. Śmietankę porządnie schłodzić, ubić na sztywno i stopniowo dodawać ser.

uwagi:
1. Żeby krem był żółty (ja chciałam) można na etapie gotowania można dodać do śmietanki kilka nitek szafranu lub kilka kropel barwnika na etapie ubijania
2.Ponieważ pamiętam czasy kiedy nie było to dla mnie oczywiste chciałabym podkreślić: żeby śmietana kremówka się ubiła musi być naprawdę dobrze schłodzona co oznacza, że potrzebuje min paru godzin w lodówce
3. Wykonanie kremu przedstawiało parę trudności np. nie trywialnym pytaniem było czy po zagotowaniu śmietanki można ją jeszcze ubić (znalazłam taki przepis i się wyjaśniało): tak


czwartek, 9 lutego 2012

bo na ochotę nie ma rady

Nie przepadam za ciastami z kremem. Nie jestem fanką budyniu. Do tej pory kremówki mogły dla mnie nie istnieć. Ale odkąd zobaczyłam przepis na kremówkę tu (okraszony komentarzem na temat wyższości domowych wypieków nad kupnymi) nie mogłam przestać o niej myśleć.
Zrobiłam.
Większość dzisiejszego dnia spędziłam zabierając się do pracy, albo robiąc ową upragnioną kremówkę.
A potem się okazało, że mój braciszek urobił mamę na truskawki.
Czasem jednak młodsi bracia się przydają - choćby po to żeby w połowie lutego można było raczyć się domową kremówką z truskawkami. Bomba! M. stwierdził, że jest to jedno z najlepszych ciast jakie w ostatnim czasie upiekłam, a przecież on celuje w ciasta owocowe, kwaskowate i sam stwierdza, że ciast z kremem nie lubi.

kremówka
(stąd)
ciasto:
2-2,5 szkl. mąki krupczatki
1 kostka masła (stara kostka - 250 g)
3 łyżki kwaśnej śmietany
3 żółtka
szczypta soli, szczypta cukru
krem:
1 szkl. cukru + 1-2 łyżki cukru z wanilią
3 łyżki mąki
150 g masła
4 żółtka
1/2 l mleka

+ cukier puder

Ciasto: mąkę (z solą i cukrem) posiekać dokładnie z zimnym masłem, dodać zimną śmietanę i żółtka, zagnieść szybko ciasto, dobrze schłodzić (najlepiej przez noc). Rozwałkować cienko na placek wielkości podwójnej dużej blachy, przekroić na pół, upiec w 200'C, ostudzić.

Krem: Cukier i cukier z wanilią wymieszać z mąką, utrzeć z masłem na bardzo gładką masę. Pod koniec wetrzeć żółtka. Do kremu powoli wlewać wrzące mleko, następnie całość gotować na wolnym ogniu cały czas mieszając, aż masa dobrze zgęstnieje. Przestudzonym kremem przełożyć płaty ciasta, schłodzić, posypać cukrem pudrem

P.S. użyłam słowa "kremówka" tylko 6 razy (łącznie z tym) doceńcie moją powściągliwość ^^

czwartek, 27 października 2011

zdefiniuj kształt gruszki


Z jakiegoś powodu zostałam uznana za wdzięczny obiekt do wpychania mu owoców. Cóż może dlatego że takim jestem ? Z Majkowsi wróciłam obarczona jabłkami (piękne ligole), kilogramem tarniny (zostanie przerobiona na nalewkę przez Wojciecha) i plecakiem pełnym małych brązowawych i niezbyt urodziwych gruszek, które przerobić musiałam sama.
Przyznam się że mi to ciasto nie smakuje. Za słodkie, za miękkie za bardzo maślany spód. Ale M. i Młody uznali je za dobre, a jeśli eksperyment będę powtarzać to mocniej podpiekę ciasto.


tarta gruszkowa z kawową nutą
ok 1,5 kg małych gruszek
200 g masła
1 żółtko
150 g mąki (pół pszennej, pól pełnoziarnistej, u mnie mieszane ziarna)
3-4 łyżki cukru
pół szklanki mocnej kawy
3/4 szklanki cukru
szklanka wody

Zagnieść ciasto (mąka mniejsza ilość cukru, masło, żółtko), wylepić nim formę i wstawić do lodówki. Cukier z 2 łyżkami wody umieścić w rondelku, podgrzewać mieszając aż się rozpuści i nabierze ładnego bursztynowego koloru, dolać wodę (jak przestanie wrzeć) kawę zdjąć z ognia. Wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 170*C piec ok 15 minut, do złotego koloru.
Gruszki obrać pokroić na 3 plastry. 2 zewnętrzne plastry ułożyć ciasno na podpieczonym cieście, z 3 wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę, kotkę posypać szczeliny między plastrami, a następnie polać wszystkie gruszki syropem kawowym i wstawić do piekarnika na 30-40 minut

czwartek, 29 września 2011

złota, moja, jesień

Dzisiaj nie było źle. O 6 rano odemknęłam lewe oko, odemknęłam prawe i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jestem całkiem rześka. Prawie wyspana (a całkiem wyspana jest stanem niemożliwym do uzyskania). Należy się cieszyć takim zjawiskiem, zwłaszcza, że niedługo trzeba już myśleć nad zmianą kołdry na puchową, a pierwszą czynnością po wyjściu z domu będzie skrobanie szyb.
Pfuj!
Jesień jest też porą kiedy Wiewiórka przynosi po 2-3 nornice lub myszy (dalej umownie zwane myszami) dziennie i rozpoczyna się mój dylemat. Co z tym stworzeniem zrobić?! Problem, który nurtuje moją mamę (rozkopią ogródek!) niemal mnie nie dotyczy, niech kopią. Muszę natomiast wybrać. Być niedobrą dla mojego ukochanego, słodkiego kotka (który jest bardzo z siebie dumny i za każdym razem nawołuje żebyśmy przyszli popatrzeć) czy może dla tego drobnego, uroczego stworzonka, wachlującego w przerażeniu wąsikami ? Jest jeszcze jeden problem: A jeśli złapie ją znów, albo ją uszkodziła?
Zwykle wygrywają wyrzuty sumienia. Mysz ląduje w słoiku*, a Wiewiór przez kolejne 15 minut obwąchuje cały pokój w poszukiwaniu ukradzionej zdobyczy.
Jesień bywa zrzędliwą staruchą, mokrą i zimną lub dziewczyną, z tym niepokojącym typem urody, który z jednej strony przyciąga kolorystyką i słońcem (zbyt chłodnym jednak), lecz budząc niepokój chłodem, zapachem butwiejących liści nasuwając myśli o śmierci

Więc, żeby sobie przypomnieć, że jesień ma również dobre strony wykonałam ciasto. Składniki reprezentują to co w jesieni lubię: pigwę (upojny zapach!), jarzębinę (śliczna i jadalna) i gruszki (dobre do przetworów lub skarmienia mojego mężczyzny)
Ukochany mój ojciec podsumował to tak:
" To ciasto było bardzo ... dziwne"

Może i dziwne, ale mi smakuje:
jesiennik
2-3 garście przemrożonej jarzębiny
4 owoce pigwy
1 kg gruszek
3/4 szklanki cukru
szklanka wody

175g zimnego masła
300 g mąki
łyżeczka soli
2 łyżki cukru pudru
3-4 łyżki zimnej wody
(ciasto stąd, z tym, że ja dodałam cukru)

Z cukru i wody ugotować syrop. Pigwę pokroić na drobne kawałeczki, wrzucić do syropu razem z jarzębiną. Gruszki obrać i pokroić w nieduże plasterki. Wrzucić na patelnię, dodać pozostałe owoce odsączone z syropu (syropu nie wylewać! fajny np do herbaty). Wymieszać, podgrzeć, odparować wodę, postawić do ostygnięcia.
Ciasto zagnieść, wylepić nim formę, nałożyć owoce. Przykryć resztką ciasta pic prze 35-40 minut w temp 220*C do złotego koloru

A w jesieni lubię jeszcze:
-poranne mgły widziane zza okna nagrzanego już samochodu
-iluminację cmentarzy
-kasztany na ulicy
-orzechy!
-płaszcze
-wchodzić do metra czując cieplejszy powiew na twarzy
- i pewnie jeszcze kilka rzeczy

* w drodze na zewnątrz. Mama stosuje eutanazję, ale jakkolwiek nie mam wyrzutów sumienia jedząc mięso czy nosząc skórzane buty, to zabijanie tylko by zabić...

poniedziałek, 19 września 2011

Hura Hura Hura !

M. wrócił. Cały, może nie do końca zdrowy, ale bez trwałych uszkodzeń i jestem z tego tytułu szczęśliwa.
Zamówił sobie dobre ciasto na powrót, a że chciałam być pewna, że zamówienie zostanie zrealizowane zrobiłam dwa: sernik bananowy Nigelli, ale lekko zmodyfikowany i również lekko zmodyfikowaną tartę z gruszkami.
A oprócz tego zapisałam się na intensywny, trzytygodniowy kurs rosyjskiego (co jest kolejnym powodem do szczęścia), a mimo to damy radę wpaść na kilka dni do Gdańska, bo kurs jest w godzinach porannych od poniedziałku do czwartku. Absolutny amok. Stęskniłam się i za Maćkiem i za rosyjskim i za morzem. I mogę to wszystko mieć. Naraz.

ciasta synchroniczne*

spód do obu ciast:
200 g masła
225 g mąki
25 g gorzkiego kakao
25 g ( 2 łyżki stołowe) cukru pudru

ciasto zagnieść, wylepić nim formy, wstawić do lodówki. Zabrać się za przygotowanie reszty ciast.

masa sernikowa
500 g białego sera
3 b. dojrzałe banany
4 jajka
sok z połówki cytryny
3-4 łyżki cukru

Ser jeśli zachodzi taka potrzeba zmielić (na koniec zmielić też banany, odpada połowa roboty z czyszczeniem maszyny), jeśli nie "rozdziabdziać" banany widelcem, dodać sok z cytryny i wymieszać z resztą składników.

schłodzone ciasto włożyć do piekarnika na 10-15 minut, po podpieczeniu to w formie do tarty odstawić do wystygnięcia.
Masę serową, wylać na drugi z podpieczonych spodów i w kąpieli wodnej (druga, większa blaszka wypełniona do połowy wrzątkiem, dookoła sernikowej) piec ok. godziny w temp 180*C

wierzch gruszkowy
3/4 kg małych gruszek ulęgałek( lub 2-3 standardowe)
2-3 łyżki śmietany (u mnie 18%)
2 jajka
opakowanie cukru waniliowego/ wanilinowego
2-3 łyżki soku z cytryny
100 g gorzkiej czekolady ( 70% kakao)


czekoladę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, gruszki obrać, pokroić na dość grube (1,5 - 2 cm) plastry i pozbawić gniazd nasiennych tudzież łykowatych części. Śmietanę wymieszać z jajkami, sokiem z cytryny, cukrem.
Startą czekoladę wysypać w miarę równo na ostudzone, podpieczone ciasto, ułożyć na niej ciasno plastry gruszek (ponakrawać je na wierzchu) i zalać masą jajeczono-śmietanową, tak by nie polać gruszek po wierzchu.
Piec 30 minut w temp 180*C

*pieczone równolegle

P.S. pierwsze zdjęcie jest właśnie z maćkowego wyjazdu. M. jest strasznie oburzony, że wybrałam właśnie to, bo on zrobił znacznie ładniejsze z tarasu schroniska Cappena Margherita i optował za wybraniem właśnie tamtego. Ale to bardziej pasuje do mojej wizji artystycznej i kropka.