Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2011

Cmentarzysko Zapomnianych Książek



"W Warszawie codziennie na śmietnik trafia około trzystu książek !!! Rocznie to aż 100 000 egzemplarzy !!! Dlaczego tak się dzieje w mieście, które walczy o miano Europejskiej Stolicy Kultury? Czy można te woluminy uratować?

Dużą cześć książek można by uratować, znaleźć im nowy dom gdyby zmienić model dystrybucji.- mówi Waldemar Szatanek warszawski antykwariusz - Tzn. dziś książka jest za tania lub za droga. A często jedno i drugie na raz . Paradoks? Pozornie. Otóż niektóre książki są bowiem za tanie by z ekonomicznego sensu opłacało się je trzymać na półkach w antykwariacie, mieć je w sprzedaży. Wynika to oczywiście z cen lokali w Warszawie, kosztów prowadzenia biznesu itp.
A za drogie ? Ludzi nie stać by je masowo kupowali. Tak przynajmniej twierdzą pytani: Dlaczego tak mało kupują książek?
Od lat antykwariusze, bibliotekarze zastanawiają się co robić . Lokale nie są bowiem z gumy i nie są w stanie pomieścić wszystkich książek które do nas trafiają. A jako przyjaciele książek nie możemy przecież spokojnie patrzeć jak lądują na śmietniku."

Regulamin

W Cmentarzysku nie kupujesz książek , stąd zabierasz książki by nie trafiły na makulaturę.

Płacisz przy wejściu , dostajesz za to torbę możesz dzięki niej wynieść tyle książek do niej zmieścisz.

Książki w Cmentarzysku są używane, w stanie różnym i może się zdarzyć że nie znajdziesz tylu książek ilu byś chciał. Zastanów się przed wejściem . Nie zwracamy za bilety nawet jeśli nic nie wybierzesz.

Cennik
- 30 zł - bilet normalny
- 25 zł - bilet ulgowy
(studencki, emerycki lub gdy przyniesiesz i zostawisz przynajmniej 10 książek)
- 5 zł - bilet dla Twojego znajomego , rodziny , przyjaciela - jeśli wybieracie do jednej torby

Poniedziałek - piątek :11.00 - 19.00
Sobota :11.00 - 14.00
Niedziela - nieczynne

Szadkowkiego 2A Warszawa Bemowo

niedziela, 5 czerwca 2011

leniwa niedziela

Dziś w Izabelinie były targi książki. Fajna sprawa. Na początku snułam się z kąta w kąt nie mogąc znaleźć nic dla siebie, ale potem zauważyłam nowy katalog szkółkarski (a przecież to wstyd żeby bądź co bądź ogrodnik nie posiadał katalogu) i książeczki dla dzieci z cudnymi obrazkami i książkę o intrygującym tytule "Ekologia miasta"i jeszcze bardzo pouczającą, budzącą wspomnienia książkę "Kampinoskie bobry". A mama popełniła strategiczny błąd i dała mi dwa banknoty ze stwierdzeniem, że są dla mnie i mogę wydać. No więc wydałam.
Największą trudność sprawiło wybranie 2 z pośród 4 książek dziecięcych które mi się spodobały. Pięknie wydane, cudne obrazki, tak piękne, że koniecznie musiałam je mieć. W końcu wybrałam "Księgę jagód mrówki Zofii" oraz "Księgę grzybów mrówki Zofii" (dostępne były jeszcze kwiaty i drzewa) i po przejrzeniu muszę przyznać, że najdzie się nawet całkiem sporo gatunków których nie znam (zwłaszcza grzybów).

Oprócz tego, po uszy wpadałam w akcję kwiatożerców. Syrop z kwiatów czarnego bzy nastawiłam (ale jeszcze nie gotów jest) upiekłam szarlotkę z kwiatami robinii akacjowej (akacji*) i wybieram się nazbierać płatków róży do truskawkowego deseru.

szarlotka z kwiatami akacji i rabarbarem
3 duże słodkie jabłka
5-6 ogonków liściowych rabarbaru
5-6 łyżek cukru (z "czubkiem")
2-3 garście kwiatów robinii (akacji)
0.5 szklanki wody
łyżeczka soku z cytryny
1 łyżka budyniu waniliowego w proszku/mąki ziemniaczanej**
dowolne kruche ciasto z cynamonem do wylepienia foremki (ja robiłam "na oko" więc nie podaję przepisu)

rabarbar pokroić drobno, posypać cukrem i smażyć aż zmięknie. Dodać jabłka pokrojone w drobną kosteczkę, skropić sokiem z cytryny, dodać troszkę wody i podgrzewać aż będą miękkie. Na koniec dorzucić oskubane z szypułek kwiaty robinii i wymieszać. Po 2-3 minutach dodać budyń rozpuszczony w reszcie wody i mieszać aż masa zgęstnieje.
Zagnieść ciasto (koniecznie z cynamonem, raczej słodkie), wylepić formę (u mnie była keksówka), można zostawić trochę do przykrycia. Wyłożyć przestudzoną masę jabłkową i piec w temp. 180*C do złocistego koloru ciasta.

Ciasto wyszło fenomenalne, akacja nadała leciutki intrygujący posmak, masa delikatna, ciasto dorobinę ostrzejsze w smaku. Super się komponowało. A czas przeszły bo już nie ma



*u nas mówi się na to drzewo akacja - mylnie, akacja rośnie w Afryce i naszego klimatu by nie przetrwała, w przeciwieństwie do robinii, która świetnie sobie radzi (i jest doskonałym fitoremediantem)
** mąka się nam skończyła, więc dodałam odrobiny budyniu i wyszło b. smakowite

niedziela, 20 lutego 2011

czekoczekolada


czekoladowego weekendu ciąg dalszy. Od razu przyznaję, że jestem leniwa i zamiast to wszystko ugniatać miksować i wyrastać wrzuciłam składniki do maszyny do chleba, nacisnęłam "dough" i wróciłam do łóżka na te 1,5 godziny kiedy maszyna pracowała za mnie. Więc może moje bułeczki nie są tak mięciutkie i wyrośnięte ale za to się wyspałam.

czekoladowo-maślane bułeczki z rodzynkami
125ml ciepłego mleka
30g suchych 14 świeżych drożdży
450g mąki pszennej
50g kakao
100 g cukru
1 łyżeczka soli
2 duże jajka
łyżeczka esencji waniliowej
skórka z cytryny i pomarańczy (zrezygnowałam)
125 g miękkiego masła
90 g drobno-połamanej gorzkiej czekolady
100 g namoczonych rodzynek (i 60ml płynu z ich moczenia)
żółtko do posmarowania

mleko wymieszać z drożdzami i odstawić na 15 min do wytworzenia piany, dodać 75g mąki i płyn z rodzynek (ok 60ml), wymieszać, przykryć zostawić (30 min do podwojenia objętości)
w dużej misce wymieszać składniki sypkie ze skórką i esencją, dodać zaczyn i za pomocą miksera wmieszać w to masło. Zamocować do miksera hak do ciasta i na średnich obrotach wyrobić wszystko na jednolitą masę. Odstawić w wysmarowanej olejem misce do podwojenia objętości (ok 1h). Wyrobić urośnięte ciasto, podzielić je na 19-20 mniej więcej jednakowych porcji i łyżką nakładać do środka czekoladę wymieszaną z rodzynkami. zawijać w kulki, odstawić do wyrośnięcia (30 min). Rozgrzać piekarnik do 200*C, posmarować bułeczki żółtkiem i piec ok 10-15 minut.

Polecam z kwaśnym dżemem. np. takim
O i pochwalę się zakupami, dość spontanicznymi, wczorajszymi.
Odkryłam empik outlet i zaowocowało to książką Wojciech Amaro, która choć o gotowaniu traktuje, to do kucharskich bym jej nie zaliczyła. Bo w warunkach domowych te przepisy brzmią trochę nierealnie (przynajmniej w mojej kuchni, gdzie używam miksera starszego ode mnie i takiegoż blendera), ale inspiracją zdecydowanie być może, no i ma piękne zdjęcia.
A na torbę wpadłam poszukując drożdży i avocado i jakoś tak musiałam ją mieć

poniedziałek, 7 czerwca 2010

różowa chmurka

Dzisiaj będzie coś podobnego do panny kotki tyle, że ... starszego(?), bardziej ... naszego (?)
Już zaczęłam żałować, że nie posiadam starych książek kucharskich i że mimo chęci nie mogę się chociaż otrzeć o vintage cooking - cykl pomysłu Ani ze Strawberries from Poland .
Okazuje się, że chyba mogę. Choćby otrzeć, nawet jeśli nie jestem całkiem pewna czy to ładnie tak się podłączać do cudzych idei.
Zerknęłam i okazało się, że nasza "Kuchnia Polska" ta z pomarańczową, odpadającą okładką w kwiatki została przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne wydana w roku 1976.
Czyli jest stara - a przynajmniej ponad półtora raza starsza ode mnie.
Przepisy wychodzą z niej bardzo dobre, ale zawsze byłam nią trochę rozczarowana. Najpierw dlatego, że zdjęcia były w niej co najwyżej średniej jakości i zupełnie nie zachęcały do jedzenia, a "ozdobniczki" i obrazki bardzo nieudanie udawały secesyjne. Ta książka jest po prostu najzwyczajniej brzydka. A jeszcze na dodatek pachnąc starą książką jednocześnie nie robi tego tak jak powinna*.Potem kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki w gotowaniu denerwowała mnie niepomiernie (nadal denerwuje), ale już nie z powodu obrazków. Niby składnia gramatyka znajome, słowa też wcale nie jakieś staropolskie. A "kwiatki" wyskakują co rusz. Ani słowa o tym co to znaczy, że cebulę trzeba zeszklić, ani jak ugotować syrop "do nitki", "do piórka"**, jak się zaparza pianę z białek, po jakiego grzyba przesiewa się mąkę, jakim sposobem wyżyłować mięso (zagnieść ciasto ?!).
Część z tych rzeczy teraz już wiem, części nadal bym się nie podjęła, ale wtedy nie wiedziałam nawet co to jest stolnica. Wszędzie w tej książce jest odsyłanie do przepisu wcześniejszego (i co z tego, że jest 20 stron dalej?), a w dziedzinie przeliczania miar do tej pory jestem analfabetką***. Używając tej książki kucharskiej byłam więc nieodmiennie bardzo nieszczęśliwa. Nie jest to książka dla bardzo początkujących kucharek.

Pamiętając te katusze wybrałam przepis prosty. Tylko 7 linijek tekstu tylko 4 składniki w tym woda. Powinno się udać.
Na początek przepis bez modyfikacji:
"Mus z kaszy manny

8-10 dkg manny, 1/2 l wody, 10dkg cukru, cytryna lub kwasek cytrynowy

Przyrządzić syrop z 1/2 l wody i cukry. Kaszę rozmieszać z 1/4 l wody, wlać do wrzącego syropu, mieszając gotować około 15 minut, aż się dobrze rozklei. Wlać do kamiennej miski, ubijać trzepaczką na puszystą masę. Przyprawić do smaku cytryną lub kwaskiem, wyłożyć na salaterkę popłukaną zimną wodą, zastudzić. Podawać z syropem owocowym. Mannę można również gotować na wodzie z dodatkiem kwaśnego soku, np. z żurawin lub porzeczek. Podawać z bitą śmietaną."

różowa chmurka
Do "gotować około 15 minut" szło mi świetnie (bez modyfikacji się oczywiście nie obyło, ale szczęśliwie przebrnęłam przez przeliczanie składników na pół porcji i dolałam odrobinę syropu aroniowego) i tu zaczęły się schody. Co to znaczy "aż się dobrze rozklei"?! Dobrze załóżmy, że wiem. Tu pod koniec gotowania "wtarłam" przez sitko 3 truskawki i dolałam łyżeczkę rozpuszczonej żelatyny - tak żeby na pewno stężało. Ale znowu : nie mam kamiennej miski! Może plastikowa wystarczy? I najgorsze : jaką trzepaczką ?! Taką lekko okrągłą z kilku drutów czy może tą przypominającą spiralę i przeznaczoną do jajek (tą wybrałam pożyczywszy wcześniej ten cenny i deficytowy sprzęt od matki Lubego, nadal nie jestem pewna czy to aby nie był błąd)?
Poubijałam sobie z wątpliwym rezultatem i z braku cytryny z sokiem z limonki. Przełożyłam do silikonowych foremek muffinopodobnych(wyszły 3), zamiast do salaterki i wstawiłam do lodówki.

Mimo mego dramatyczno-płaczliwego tonu całość wyszła całkiem całkiem: w ładniutkim różowym kolorze, obłędnie pachnąca truskawką, śmieszna w konsystencji i w smaku nic a nic nie przypominająca kaszy manny, której nie lubię (mama lubi, dlatego w ogóle wzięłam się za ten przepis). Myślę, że zasłużyła (całość) na bardziej romantyczną nazwę.

*to znaczy w aromacie starego papieru brak tej charakterystycznej nuty pasty do podłóg, która jest obecna w każdej porządnej bibliotece, a już na pewno w każdej pożądnej bibliotece mego dzieciństwa
** no dobrze jestem niesprawiedliwa. Gdzieniegdzie podane jest, że syrop "do piórka" to to samo co syrop 3 stopnia oto przepis na tenże syrop
"syrop 3 stopnia
30dkg cukru, 1/8l wody 1/2 łyżki octu (3%) [te same proporcje podano dla wszystkich syropów]
Przyrządzić syrop jak wyżej [ z wody wrzącej, cukru i octu ugotować syrop - wielce pomocne, kiedy się nie wie jak ugotować ten syrop!], gotować do takiej gęstości, aby próba dała ^piórka^. Używa się go do zaparzania piany, przyrządzania nugatów i pomadek."
***wszędzie dekagramy, a wagi perfidnie pracują w gramach! Nie powiem nawet ile razy z 10 dkg zrobiłam 10g albo nawet 1 kg - koszmar (zdarzało mi się to głównie przy przeliczaniu przepisu na 1/2 porcji bądź odwrotnie)
P.S.
Na pierwszym zdjęciu jest mój spóźniony prezent na dzień dziecka pod postacią kapelusza. Jest śliczny! Taki mocno damski, trochę frywolny lekko "gangsterski"

piątek, 14 maja 2010

o deszczu i o książkach

Znowu pada. Bo dawno nie padało, bo dawno nie byliśmy zalani.
Dawno nie byłam mokra.
A z drugiej strony szary i burzowy maj ma w sobie to coś. Coś wisi w wilgotnym, aksamitnym, gęstym powietrzu. Coś oprócz wilgoci, zapachu bzu i mokrej ziemi. Jakiś mroczny klimat, tajemnica, od której niemal możnaby krajać powietrze nożem. Ciekawe czy z takich wykrojonych kawałków dałoby się tę tajemnicę wydestylować (oto prawdziwa alchemia, ot co!)?
Muszę przyznać że taki klimat drżącego niepokoju mi odpowiada. Podoba mi się ta ołowiana szarość kontrastująca ze świeżą zielenią, ten groźny pomruk burzy; atmosfera buntu i oczekiwania.
Nawet nie klęłam i nie narzekałam kiedy zmokłam idąc po odbiór papierów. W końcu z cukru nie jestem, nie rozpuszczę się, a i ciepło dziś było nawet pomimo strumyków spływających mi z włosów za kołnież*. W małej siateczce podskakiwały w rytm moich kroków chorendalnie drogie truskawki, w ilościach niedużych, roztaczając zniewalający zapach, kiedy w moich nowych, zieloniutkich kaloszach** szybkim krokiem zmierzałam na spotkanie.
Jak już powiedziałam truskawki były koszmarnie drogie, ale nie mogłam się powstrzymać, tak pachniały tak kusiły ( a śliczne były a M. lubi truskawki bardzo).
Z truskawkami nic nie będzie bo żeśmy je z M. zjedli, a potem poszliśmy na Warszawskie Targi Książki (swoją drogą minusem tej pogody jest też, że w ten weekend w Warszawie dzieje sie mnóstwo ciekawych imprez***, ale w deszczu z nimi ciężko będzie)
Maciej zakupił jakąś książkę o czterotysięcznikach, jakiś wywiad z Bukowskim ("Unia Sowiecka czy Związek Europejski") i "Notatki na mankietach" Bułchakowa, które to dwa lata temu, na ferie pożyczyłam z biblioteki, pozwoliłam M. przeczytać, a on zgubił (chociaż tyle, że zdążyłam przeczytać). Było to nawet to samo wydanie. Pożartowaliśmy z antykwariuszami, zwiedziliśmy całą salę wystawową (w moim ukochanym Pałacu***). Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam kilka książek, które chciałabym mieć (głownie kulinarne) i niewiele, które chciałabym przeczytać. Wiem, że jedno drugiego teoretycznie nie wyklucza, ale gdybym kupowala wszystkie książki, które czytam, a nawet tylko te które przeczytałam i chc potem mieć (nie znowu taki duży procent) to puściłabym z torbami kogoś znacznie bogatszego od moich rodziców. O przestrzeni życiowej do zmieszczenia tych książek nie wspominając.
Uwielbiam książki. One i te małe czarne robaczki zwane literkami to moi najlepsi przyjaciele (i pomyśleć, ze kiedyś nie lubiłam czytać!). Zabierają nie w inne, prawdziwe bądź wymyślone światy. Maciek się z mnie śmieje, że kiedy zaczytam się w empiku**** to ożnaby mnie wynieść i zorientowałabym się dopiero na ulicy i to też dopiero wtedy kiedy bym zmarzła. No cóż prawda. Kiedy czytam nie zważam (bo zauważać zauważam, poprostu łatwiej to zignorować) na potrzeby organizmu takie jak głod czy pełen pęcherz. Wynika to z tego, że jak z głową i stopami wpadam do świata przedstawionego. Ciało siedzi, przewaca strony i wyłącza budzik (nastawiam, żeby nie "przeczytać" całego życia, ale musiałby mieć chyba elektrowstrząsy, żeby odłożyła książkę po pierwszym dzwonku), ale dusza jest zupełnie gdzie indziej. Ja cztając widzę krajobrazy, czuję zapachy, marznę kiedy marzną bohaterowie.Włąściwie to nimi jestem (choć jednych lubię a innych nie i wtedy całość często postrzegam z punktu widzenia tych pierwszych) Po niektórych książkach bywam wręcz chora. Po innych nadmiernie pobudzona (na haju z łasnych hormonów, małe stężenie krwi w adrenalinie)
No ale ja tym razem nie kupiłam nic. Nawet nie dlatego, że nie miałam pieniędzy. M. by mi pożyczył, ale nie znalazłam nic co wywołałoby natychmiastową rządzę posiadania.
Widziałam, że na swoim blogu Liska także piszę o ksiązkach (Ona raczej o księgarniach. Chętnie też bym o tym porozpisywała się, ale to już innym razem) Widać coś wisi w powietrzu ^^

A nocny wypiek w sam raz do książki czytanej w fotelu, przy lampce o ciepłym świetle.
Przepis Polki, ale w wyniku braków w domu i zapominalstwa kucharki mocno zmodyfikowany (jutro powiem czy dało się zjeść)
oto oryginalny przepis
Wytrawne ciasto ze szparagami, oliwkami i suszonymi pomidorami
Źródło: BBC Good Food Magazine (May 2009)
100ml oliwy z oliwek
1 pęczek szparagów (250g)
200g białej mąki orkiszowej (lub dowolnej)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka listków świeżego tymianku
3 duże jajka, lekko ubite
100ml mleka (u mnie sojowe)
100g czarnych oliwek bez pestek100g suszonych pomidorów w zalewie
150g sera Gruyère (lub innego o podobnym smaku)
1 płaska łyżeczka wędzonej soli (lub zwykłej)
½ łyżeczki czarnego pieprzu
szczypta suszonych płatków chilli

Piekarnik nagrzewamy do 190stC (termoobieg – 170stC, piekarnik gazowy – poziom 5).
Blaszkę smarujemy delikatnie masłem lub oliwą i posypujemy bułką tartą.Szparagi gotujemy w osolonym wrzątku przez 2 minuty, odcedzamy, przelewamy zimną wodą i osuszamy na papierowym ręczniku. Dzielimy każdy na 3 części.
Pomidory odcedzamy i kroimy na wąskie paski.
Oliwki odcedzamy z zalewy i osuszamy.
Ser ścieramy na tarce do jarzyn (grube oczka).
Do dużej miski przesiewamy mąkę i proszek do pieczenia. Dodajemy przyprawy i listki tymianku.
Do ubitych jajek dodajemy mleko i oliwę, mieszamy.
Do suchych składników dodajemy mokre i chwilę miksujemy.
Do ciasta dodajemy ¾ startego sera, ¾ pokrojonych szparagów i ¾ oliwek. Mieszamy.Ciasto wlewamy do foremki i na wierzchu układamy pozostałe szparagi i oliwki, a całość posypujemy resztą sera.
Pieczemy około 40 minut (do suchego patyczka) oraz aż wierzch będzie chrupki i złocisty
.
Moje modyfikacje to :
brak sera (zapomniałam)
mniej pomidorów suszonych za to 4 koktajlowe świeże (skończyły się suszone)
karczochy
trochę cząbrucebula (1 mała pokrojona w kosteczkę)


* zresztą to moja wina. Wiedziałam, z będzie padać, wziełam kalosze, ale kurtkę bez kaptura i zero parasolki
** rodzice mi kupili w sobotę, w zamian za poprzednie, jaskrawo-żólte w pomarańczowe liście, które mama mi wyrzuciła bo zparciały i dostały "skrzeli" (pękły w takim łuku i otwierały się prz chodzeniu, wyglądało to jakby skrzela miały)
*** Piszę to bez ironi. Naprawdę lubię Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Trochę na przekór wszystkim i wszystkiemu, ale głównie z powodu dobrych wspomnień z dzieciństwa.
**** ku zgorszeniu moich koleżanek uwielbiam chodzić do empiku i czytać i czytać i czytać. Od kilku dobrych lat za każdym razem kiedy mam sporo wolnego czasu, lecz nie opłaca mi się wracać do domu ląduję w empiku. Tam czekam na Maćka kiedy spotykamy się na mieście i mędzy innymi dlatego tam uczyłam się języków obcych. Koleżanki są zgorszone, bo nie lubią kiedy ktoś dotyka ich książki przed nimi, trochę jakby nie chciały już książek które dziewicami nie są. Ale która z nich jest ?
P.S. ostatnie zdjęcie robione na spacerze z psem w deszczu. Może tego nie widać.
Ael i tak uznałam, że jest interesujące choć ruszone i spaprane

czwartek, 15 kwietnia 2010

dostałam książkę! Nie mamy zbyt wielu książek kucharskich, a już nie takich jakie by mi odpowiadały (te z obrazkami są wściekle drogie), a ostatnio zaczyna mi być trochę głupio że "żeruję" na kilku osobach zamieszczających przepisy w internecie.
W jakiś starych czasopismach szukałam przepisu na dziś, ale nie znalazłam nic co by było warte poświęcenia mnóstwa czasu/ wystarczająco szybkie i zachęcające/ na co składniki miałabym w domu.
Ale teraz może coś drgnie ?W "kuchennym" angielskim jestem właściwie fatalna (nie żeby moje słownictwo w ogóle było zbyt duże), ale to chyba nie powód żeby się nie nauczyć ? Będzie łatwiej szukać nowych przepisów. No i jakoś tak czuję, że satysfakcja z prezentowania przepisu własnym wysiłkiem przetłumaczonego będzie przyjemnością nieporównywalnie większą. No i nie ukrywajmy - pretekstem do "dostania" książki była właśnie nauka angielskiego.

czwartek, 18 lutego 2010


Wolny czwartek.
Zostałam przymuszona do pójścia na biegówki. Na nic się nie zdały narzekania i tłumaczenie, że mnie to nie bawi, nie umiem (byłam 2 razy, uczył mnie M., który też nie umie). Mama się uparła, tata ją poparł i poległam. Chyba wybrałyśmy złą trasę, śnieg się topi. Wróciłyśmy zgrzane, a ja zła, tyle dobrego, że po drodze zdobyłam jemiołę. Że nie pora na jemiołę nie szkodzi. Wymieniłam po prostu na świeżą, tą która wisiała przy moich drzwiach od paru lat, kiedy to podarował mi ją tata.
Zwyczaj całowania pod jemiołą wymyślili kiedyś też rodzice. Takie pęczki wieszano zwykle ww domach "posiadających" panny na wydaniu. Sprawdzano kto przyjdzie, ilu absztyfikantów ma córka i który z nich nadawałby się na zięcia.
A oto moja zdobycz:
Na zdjęciu jest jeszcze duży sekator. Przy okazji przycinania sadu (i plantacji borówek) na studiach odkryłam, że taki sekator może być przedmiotem pożądania. Tak jak nie znoszę tych małych, tak te duże uwielbiam, tnie się łatwo, gładko i sprawia mi to chorą satysfakcję. Kiedy dostaję do rak taki sekator mam chyba taką minę jak piroman, któremu wręczono zapałki...*

Kupiłam dziś wreszcie "Mowę kwiatów", muszę przyznać, że mnie rozczarowała. Rozumiem, że wiele źródeł podaje różne, często sprzeczne informacje, ale tym czego oczekiwałam po takiej książce było właśnie opracowanie i ujednolicenie tego. a książka składa się głownie z przedruków istniejących już źródeł, wierszyków i pobieżnego ich omówienia.
Z tego omówienia dowiedziałam się, że w Europie była to popularna "zabawa" czy moda w XIX wieku, a "przywieziona" została ze Wschodu, gdzie nosi nazwę Selam (pozdrowienie) i była używana była głównie przez kobiety, do porozumiewania się między sobą. Dlatego tłumaczenia podane przez podróżnika, a pochodzące z tamtych rejonów sa znacznie mnie poetyckie i pozytywne (Tuberoza : E "Bądź mi wzajemną"/W "Zdychaj niegodziwa").
Sposób opisania różni się nie tylko jeśli chodzi o geografię czy czas, ale również jeśli chodzi o autora (niektórzy próbowali "tworzyć" wierszyki inni cytowali wyrwane z kontekstu fragmenty znanych dzieł),a nawet przeznaczenie. Z książki wynika, że w Europie mowa kwiatów służyła niemal wyłącznie zabawie czy niewinnym flirtom, a same kwiaty nie były nawet w tych zabawach konieczne. Wystarczyły rysunki, a nawet same nazwy, czy karty (z nazwami i wierszykami), którymi się wymieniano.
Mnie najbardziej odpowiada zestawienie z 1860 z nazwami łacińskimi (i dobrze bo nieraz nie zgadłabym o jaki kwiat chodzi: Turek według nich to aksamitka). Z niego wynika, że tulipany, które dziś sobie kupiłam oznaczają: "Twoja piękność nie robi na mnie wrażenia". Może i lepiej bo byłabym Narcyzem.
To co mnie dziwiło, to to, że co druga publikacja mówiła o tym, że ważne są kolory, podawały ich znaczenia (tu się ze sobą zgadzały), ale potem wymieniając znaczenia poszczególnych kwiatów często przeczyły znaczeniu ich koloru. Jeżeli używamy kodu kolorów to przestajemy "czytać" co mówią pojedyncze kwiaty? Jeśli nie, to sporządzenie odpowiedniego bukietu nie byłoby nawet wyzwaniem, graniczyłoby z niemożliwością. A jeśli tak, to skąd wiadomo czy dziś rozmawiamy kolorami czy pojedynczymi kwiatami ? Może po harmonii barw ?
Smakowitą ciekawostką z zakresu savoir-vivre było wymaganie by narzeczony przed każdą kolejną wizytą u ukochanej przysyłała bukiet. "kolor kwiatów w tym bukiecie zmieniać się powinien codziennie, zaczyna się od białych i stopniowo dodaje różowe, tak że w wigilię ślubu ostatni bukiet jest zwykle zupełnie czerwonym". Ach, tamci Mężczyźni ! Przecież żeby to się udało trzeba było chyba z góry zaplanować ilość wizyt!

* Ale nie jestem sama. Na borówkach prowadzący: "... no bardzo ładnie proszę pań, ale miałyście wyciąć 30% krzaka, a nie zostawić"
P.S. notka ma etykietę zioła ponieważ jemioła jest ziołem. Nasercowym (a do kwiatów nie należy, chyba)

czwartek, 11 lutego 2010

obłoki białe jak mleko ?

Dzisiaj dla odmiany nie moje wynurzenia. Za to bardzo plastyczny opis obłoków z "Żądła Genowefy" J. Meissnera.
"Obłoki były białe, srebrzyste, z odcieniem błękitnym, jak ma lama na suknie balowe, to znów zielonawe jak piana morska, albo gładkie, matowe jak śwież spadły puch śnieżny. Zupełnie inne w świetle księżyca niż w słońcu. Nie jarzyły się tą białością oślepiającą, od której bolą oczy i aż kłuje w mózgu. Nie buchały białym blaskiem rozżarzonej stali i nie miały tych ciepłych kremowych półcieni we wklęsłościach i zagłębieniach. Od księżycowej ich bieli wiało chłodem jak od lodowców, a światło zdawało się raczej wsiąkać w nie, niż z nich promieniować. Szły pod maszyną długimi, rozległymi hałdami, niosąc jej cień na sobie w mętnej otęczy*; wspinały się jak fale i opadały w dół; wyrastały baniastymi kopułami i rozstępowały się nagle na boki; wysyłały małe przejrzyste obłoczki, płasko rozwleczone przesłony i mgiełki, które owiewały nas w mgnieniu oka i - zszarpane, skręcone, rozbite na strzępki lub zwinięte spiralnie- pozostawały daleko w tyle na naszym szlaku."

Za to uwielbiam książki. Dziś rano, siedzą w swoim łóżku, byłam pilotem bombowca podziwiającym te niesamowite widoki. Bez ucisku w uszach, lat szkolenia i tego strachu bólu wojny. Mogę mieć te piękne chwile bez tej szarej a nawet czarne codzienności. Bez niedogodności i strachu (nie lubię wysokości, chyba nie chciałabym latać), które przesłoniły by mi to piękno.

środa, 10 lutego 2010

nawał pracy w czas wolny


tak więc:
pan introligator się przeraził jak zobaczył co zostało z mojej (nie mojej, pożyczonej, ale na szczęście nie jest trudna do odkupienia) książki. Okazuje się, że książek absolutnie nie suszy się na kaloryferach. Teraz mam wyprasować każdą stronę z osobna i wtedy przyjść, zobaczyć co się da zrobić. To mam trochę roboty na najbliższe dni. A i tak miałam, spotykam się z ludźmi (zupełnie jak nie ja), szyję sowę z cyklu moja menażeria (w planach mam jeszcze nosorożca i ślimaka) przepisuję dla Maćka sonety i inne wiersze (byłam dziś w tym celu na zakupach, ale o tym niżej), chciałabym wziąć się za czytanie, a teraz będę jeszcze papier prasować. Ale tak swoją drogą to wcale nie byłaby zła praca. Zostać introligatorem, pracować nie tylko z książkami, ale jeszcze w dodatku z książkami z duszą i historią, pożółkłym papierem i tym charakterystycznym zapachem. Być doktorem książek.
Problem polega tylko na tym, że ja mogłabym być również florystką (kwiaciarką po polskiemu) zawodową kucharką, właścicielką kawiarni lub piekarni, pracownikiem naukowym lub wytwórcą zabawek. Tylko, że prawdopodobnie nie starczy mi zapału i odwagi, żeby zrealizować choć jedno z tych marzeń (choć nad pójściem do szkoły gastronomicznej, jak zostanę inżynierem, poważnie się zastanawiam, albo pójściem na florystykę, a najchętniej jedno i drugie)
Ale wróćmy do zakupów. Lubię chodzić do sklepów dla plastyków*, właściwie nie lubię przebywać tylko w supermarketach, sklepach obuwniczych i na dłuższą metę w sklepach z ubraniami. Resztę lubię (no dobrze, mięsne i rybne też nie są zachwycające)
Pod spodem pysznią się moje zakupy:
"Antoniusz i Kleopatra" Szekspira, oczywiście. Wprawdzie nie w tłumaczeniu Barańczaka, ale też nie Słomczyńskiego
brązowy * atrament
stalówka
prezent dla mojego młodszego brata "miedzioryt"**
2 arkusze kremowego papieru
i kot, ale kota nie kupowałam. Mam ją już od jakiegoś czasu, ale skoro się zainteresowała i tak ładnie się komponowała... (teraz żałuję***)

Nie ma na zdjęciu natomiast jeszcze jednego mojego zakupu, czyli tomu wierszy zebranych Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej. Jest tak dla tego, że ma paskudną pastelowo-różową okładkę i jakiś kiczowaty portrecik na niej. On by się do zdjęcia nie komponował. Natomiast widać go na pierwszym zdjęciu (wystaje z torby obok pudełka w którym są teraz "Całuski...")
Nie ma tez tulipana, ale znajduje się za to poniżej.

Kupiłam go sobie razem z kawałkiem chałki wracając z poczty.
Niektóre kobiety pewnie uznają, że kupowanie sobie kwiatów jest poniżej ich godności, a inne nie tylko sobie kupią, ale i będą usiłowały wmówić innym, że dostały od wielbiciela (tylko nie jestem pewna, czy zasługują wtedy na miano kobiety). Ja dostałam tulipana od siebie.

Jeśli chodzi o "obiadową" chałkę to pewnie postąpiłam bardzo niezdrowo, ale za to jak smacznie. Bardzo lubię świeżą chałkę posmarować masłem (no dobrze margaryną), posypać cukrem wanilinowym****. Tym razem popijałam ją kaaem i zagryzałam wiśniami z becherovki. Pycha!
Mam prawdopodobnie dość nietypowy sposób przyrządzania kakaa. Nie przepadam za mlekiem. Właściwie toleruję je tylko w postaci drinka z likierem Malibu i zimnego kakaa. Dlatego do kubka wlewam tylko troszkę mleka i podgrzewam je w mikrofalówce (jedno z częstszych zastosowań tego sprzętu) Wsypuję kakao (rozpuszczalne), które w ciepłym mleku rozpuszcza się idealnie, a następnie ciemno-brązowy płyn zalewam zimnym mlekiem z lodówki. Czasem dodaję jeszcze łyżeczkę kawy rozpuszczalnej (do ciepłego) albo jakiś likier (Bailey’s/ kawowy/kokosowy) Mogłabym rozpuszczać kakao od razu w zimnym mleku, ale wtedy robią się grudki suchego kakao, które mnie bardzo irytują.

Stojąc na poczcie zobaczyłam reklamę znaczków personalizowanych. Mnie podoba się ten z jabuszkiem i chyba nawet zamówię. Zrobię Maćkowi niespodziankę. Dużo ma tych prezentów : "Antoniusza i Kleopatrę", dwa arkusze wierszy (jeszcze nie zrobione, ale właśnie się zabieram. No i miał być jeden, ale będą dwa[jeden z sonetami, jeden z Jego ulubionymi wierszami) znaczki, tort, no i jeszcze walentynka i listy. Ale 22 urodziny ma się tylko raz. A i ja coś z tego będę miała: jeden egzemplarz znaczka sobie zostawię przecież, zostanie brązowy atrament i papier pakowy, którym owinięty był "prawdziwy", docelowy papier. Ten będzie dla mnie do rysowania pastelami. Nadaje się jak żaden inny, a ja lubię pastelami rysować( i w porównaniu z innymi środkami chyba nawet mi wychodzi ). Może kiedyś pójdę do Maćka i zrobię zdjęcia moim bohomazom ?
Na razie mam zdjęcie tych, które wykonałam na własnych paznokciach. Zwykle ich nie maluję bo albo zapominam je potem zmyć, albo nie ma zmywacza (a ja zapominam kupić i na jedno wychodzi), ale poprawianie sobie humoru właśnie trenuję i ulegając walentynkowym nastrojom (nie żeby w domu były 3 rodzaje czerwonego lakieru i 1 zestaw da manikiuru francuskiego) popełniłam to
(nie wiem czy widać, na serdecznym są serduszka. One wyszły najlepiej)


* sepia! - powiedział pan w sklepie. Zresztą b. miły pan co mnie zaskoczyło, bo poprzednio w tym sklepie byłab. opryskliwa pani
** złota folijka zadrukowana na czarno z zarysami gdzie zdrapywać. Z serii zrób swój własny obraz - kolorowankę. Tylko, że tu jest to "miedzioryt"
*** nie podejrzewałam, że można okocić nawet papier!
****to musi być dopiero niezdrowe! Jutro kupię cukier i zrobię sobie własny waniliowy cukier

szybko szybko mija dzień cały

Maciek jest wielbicielem Szekspira, aczkolwiek wybrednym. Czytuje tylko tłumaczenia Barańczaka. Co ciekawe sonety, które lubi w wykonaniu Soyki są w większej części w tłumaczeniu Słomczyńskiego, a odkryłam to dziś usiłując znaleźć te sonety ponieważ zbliżają się urodziny Mego Ukochanego. Mam nadzieję, że nie zabierze się za czytanie mojego bloga przed urodzinami, zepsułoby mu to niespodzianki. Zwłaszcza, że chciałam wspomnieć o dzisiejszym miłym zaskoczeniu.
Zachęcona przepięknymi tortami pokazanymi na tej stronie postanowiłam, że zrobię Maciejowi na urodziny tort w stylu angielskim. W tym celu zamówiłam białą masę plastyczną i muszę się tylko zastanowić czym ją zabarwić (no i oczywiście jeszcze jak tort wykonać).
Zamówienie złożyłam wczoraj, dzisiaj rano już przyszło ( na stronie jest napisane w ciągu 2 dni roboczych). To się nazywa obsługa!
Projekt tortu już tkwi w mojej głowie, a wybór tematu nie był trudny. Góry oczywiście ! Myślę o upieczeniu ze dwóch blach biszkoptu, wycięciu z niego trójkątów różnej wielkości i układaniu z nich "gór". Ponieważ Maciek nie przepada za tortami czekoladowymi wymyśliłam, że biszkopty będą zawierały dużo cynamonu, masa którymi będę łączyć kawałki ciasta będą jedna wiśniowa ("dżem" wiśnie z cynamonem i becherovką zamówiłam również z myślą o tym jego nieszczęsnym torcie, ale w związku z zatrważającą jego ilością i konsystencją, zrezygnowałam), a druga jednak czekoladowa, z chili, a na górę biały plastyczny lukier, u stóp gór ułożę cukrowy plecak i czekan. Mam nadzieję że mi się to wszystko nie rozwali.
Jeżeli już jesteśmy przy ciastach i wiśniach, to wczoraj upiekłam chlebek gryczany, którym raczyłyśmy się z Dorotą* oglądając w kinie "Księżniczkę i żabę"(ostatni z mojej listy filmów do obejrzenia na już, teraz czekam jeszcze na "Alicję w Krainie Czarów"). Film taki sobie, ciasto całkiem, całkiem. Zagadałam absolutnie biedną Dorotę, ale najwyraźniej nie bawiła się tak całkowicie źle skoro sama zaproponowała spotkanie w piątek ? (W sobotę idziemy z Michałem** na obiad, a w czwartek ten posiłek spożywam z dziadkami, całkiem nieźle jak na małą, zagubioną wiedźmę). Chlebek oparłam na tym przepisie, wymieniając tylko śliwki wiśniami, gruszki jabłkiem, a figi dużą ilością żurawiny.

Chlebek gryczany z owocami

Składniki(podaję za Anią z Strawberries from Poland):
3 duże jajka
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
2/3 mąki razowej
3/4 szklanki oleju
1/2 szklanki płatków gryczanych
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki zwykłego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1,5 łyzeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka obranego ze skórki,
pokrojonego w kostkę jabłka
1 szklanka wypestkowanych, wiśni
1 szklanka suszonej żurawiny


Jajka roztrzepuję z olejem. W dużej misce mieszam składniki suche - mąkę, płatki gryczane, sól cukier biały i brązowy, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. Jajka z olejem wlewam do składników suchych i mieszam wszystko łyżką. Dodaję owoce. Mieszam (ciasto będzie dość gęste) i przekładam do wysmarowanej tłuszczem dużej keksówki.

Piekę około 1 h i 15 min., do suchego patyczka, w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Oprócz tego naprawiłam***, moją skrzynię ze skarbami (oba zawiasy były do "poprawienia"), spłakałam się jak bóbr, napisałam 2 listy i jeden wiersz, którym się nie pochwalę, bo ominęłam etap pisania wierszy w podstawówce, więc ten był moim 3 w życiu i brzmi adekwatnie. Za to listy idą mi trochę lepiej, lubię je pisać i idzie mi to szybko. Jedynym problemem jest nadążenie z nawałem tematów, które chciałabym poruszyć, myśli, którym nie chcę dać umknąć. "Żeby tylko nie zapomnieć!" dokończyć myśli, którą aktualnie piszę podążając za następną, lub odwrotnie. Nie zapomnieć myśli, która pojawiła się w trakcie pisania, ale pozwoliłam jej uciec skupiając się za bardzo na tym co aktualnie piszę. Charakter mojego pisma zostawia wiele do życzenia, ponieważ spieszę się pisać listy. Kiedyś przepisywałam listy "na czysto", zwłaszcza, kiedy uparłam się że każdy mój list do M. będzie pisany "sposobem"****. Teraz już nie bardzo mi się chce. teraz zastanawiam się nad kserowaniem listów, które piszę. Otrzymane listy zawsze chowam do pudła ze skarbami, ale bez tego co ja napisałam są takie niepełne, czasem nawet nie wiadomo o co w nich chodzi, bo odpowiedź jest ściśle związana z jakimś fragmentem listu, do którego nie można zajrzeć (wysłało się go), a się go nie pamięta (adresat odpowiadał długo, czytamy list po latach). A czasem tak zwyczajnie mi żal rozstawać się z moimi bazgrołami. Zamykam w nich kawałek mojej duszy i sposobu myślenia i choć wierzę, że do listów pisanych do Maćka będę miała dostęp, to co z innymi kawałkami mojej duszy?

* Dorot, koleżanka z podstawówki i gimnazjum, nasz klasowy Dobry Duch, osoba, która nie potrafiła (nie potrafiła, nie udawała że nie potrafi) wymienić 3 osób, których nie lubi.
** Michaś, kolega z ławki z liceum. Jedna z najbardziej pozytywnych osób jakie znam. Jedyna która tak się cieszy widząc mnie na ulicy (wymachiwanie rękami - on zawsze zamaszyście gestykulował, krzyczenie przez pół ulicy, zbieganie pod prąd ruchomymi schodami).
*** o ile można powiedzieć, że naprawione jest coś co wygląda tak jak na zdjęciu powyżej (na szczęście to ta mniej reprezentacyjna strona)
**** na przykład przepisywałam list tak by dało się go odczytać tylko z lusterkiem,albo wycinałam literki z gazety, tylko, że wtedy listy musiały być, krótkie, bo inaczej spędzałabym wieki na ich pisanie.