Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migdały. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2013

happy birthsday to me, again

Znów jestem o rok starsza, ale jakoś mi to nie przeszkadza, nawet pomimo tego (a może dlatego), że ten rok upłynął mi szybciej niż którykolwiek z poprzednich.

A obiad..., jak to obiad. Obyło się bez jakiś fajerwerków, ot smaczny posiłek. Daniem obiadowym było tajine z kurczaka z morelami i migdałami, które w stosunku do oryginalnego przepisu, skróciłam o część przypraw, a wzbogaciłam o odrobinę różowego wina. Przyzwoity obiad nie wymagający zbyt dużo pracy (choć czasu trochę tak).
Natomiast deser czyli tarta z pieczonym jogurtem mnie trochę zawiodła. Ma fajną konsystencję i jest prosta do zrobienia, ale na próżno szukać w niej charakterystycznego dla jogurtu, lekko kwaskowatego posmaku, ze względu na który zrobiłam to ciasto.
A drugoplanowe role, na zdjęciach grają prezenty, ode mnie dla mnie. Szczególnie podoba mi się miseczka z rudzikiem. Uwielbiam te ptaszki.

Tajine z kurczakiem, morelami i migdałami

ok 0,6 kg filetów z piersi kurczaka
2 cebule szalotki
ząbek czosnku
sól
duża garść suszonych moreli
100 g migdałów bez skórki
50 ml różowego wina
mieszanka suszonych: kolendry, cynamonu, imbiru, czarnego pieprzu, kardamonu,gałki muszkatołowej, goździków, w równych proporcjach lub gotowa Ras el Hanout (ja użyłam niewielkiej ilości graam marsali - te same składniki)

Mięso pokroić na duże kawałki, natrzeć mieszanką przypraw z solą (jeśli jest czas - odstawić pod przykryciem na kilka godzin). Usmażyć je na oleju do lekkiego zezłocenia. Na tej samej patelni podsmażyć pokrojoną w drobna kostkę cebulę z czosnkiem. Cebulę i mięso przełożyć do garnka do tajine lub innego żaroodpornego naczynia i zalać 300 ml gorącej wody (u mnie z dodatkiem wina). Wymieszać, dodać pokrojone w kostkę suszone morele. Przykryć szczelnie i wstawić do piekarnika, nagrzanego do 180*C na 45 minut. Na koniec, na patelni przyrumienić migdały, dodać do dania. Można też skropić sokiem z cytryny i
posypać natką z pietruszki (ja zrezygnowałam z cytryny i pietruszki)

tarta z pieczonym jogurtem
100g zimnego masła
100g mąki pszennej
łyżka cukru pudru
żółtko
łyżka miodu
Nadzienie jogurtowe:
250 ml jogurtu greckiego lub naturalnego
1 1/2 jajka (jajko + białko)
łyżka mąki pszennej
1/4 szklanki cukru pudru (lub więcej, do smaku)
łyżka golden syrupu lub miodu
Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.

200 g malin/jeżyn/borówek amerykańskich

Składniki na ciasto umieścić w naczyniu i szybko zagnieść. Z ciasta uformować kulę, spłaszczyć, owinąć folią, schłodzić w lodówce przez 30 minut.
Po wyjęciu, rozwałkować je na papierze do pieczenia na grubość około 3 mm, następnie razem z papierem przenieść nad formę od tarty, obrócić, delikatnie odkleić papier i wylepić nim formę do tarty (moja jest wąska i dość długa- jak na zdjęciu) Na ciasto wyłożyć papier do pieczenia, a następnie na papier wysypać kulki ceramiczne fasolę lub ryż, które obciążą ciasto. Wstępnie podpiec w temperaturze 190ºC przez 15 minut, następnie papier usunąć, piec kolejne 20 minut lub do mocnego zrumienienia ciasta. (powinno być całkowicie wypieczone, ponieważ nadzienie jest bardzo płynne). Wyjąć z piekarnika.
Składniki na nadzienie jogurtowe zmiksować w blenderze, odstawić na kilka minut żeby ewentualna, powstała pianka opadła. Wylać na podpieczony spód wstawić do piekarnika rozgrzanego do 190ºC i piec około 20 minut. Nadzienie powinno być ścięte na całej powierzchni tarty, szczególnie pośrodku. Wyjąć z piekarnika, przestudzić. Schłodzić przez 2 godziny w lodówce, przed podaniem udekorować owocami.

Uwaga: moja foremka jest długa i wąska (mieści się na niej ok 1/3 tego co na standardowej formie do tarty), zagniotłam więc ciasto ot tak nie z przepisu, dlatego na pełnowymiarową tartę odsyłam do oryginalnego przepisu

poprzednie urodzinowe obiady:
obiad urodzinowy mamy 
obiad urodzinowy
i wprawdzie walentynkowy obiad, ale na urodziny też może być, zwłaszcza jesienne

a na deser piosenka która z jakiegoś powodu do urodzin mi pasuje

niedziela, 17 listopada 2013

różowe migdały

Ostatnio zastanawiałam się jakie jest moje ulubione ciasto, albo jakie są moje ulubione kwiaty. I wychodzi mi, że nie mogę się zdecydować. Oczywiście są typy które lubię bardziej niż inne. Na przykład uwielbiam jaskry.
Choć skłonność do różowego, to nowa rzecz :D
A szarlotki i ciasta z jabłkami lubi chyba każdy...
Ta jabłkowa tarta jest na tyle dobra, że do zdjęć udało się dotrwać tylko jednemu, jedynemu, odłożonemu zawczasu kawałkowi.
Co oczywiście nie przeszkodzi mi trochę pomarudzić, bo jest moim zdaniem trochę za słodka. Następnym razem część marcepanu (i tak użyłam mniej, bo w przepisie podane było 225-250g na 500 g jabłek) zastąpię dodatkową porcja płatków migdałowych i na pewno zrezygnuję z posypywania ciasta cukrem.






Marcepanowo-cytrynowa tarta z jabłkami  
Na spód:
100 g mielonych migdałów
125 g mąki tortowej
2,5 łyżki soku z cytryny
1 łyżka miodu ( u mnie golden surup)
2 łyżki dobrze schłodzonego Amaretto (wody lub innego alkoholu)
110 g zimnego masła
2 łyżki jogurtu naturalnego
szczypta soli
Na warstwę jabłkową:
600 g startych jabłek
225g zimnego marcepanu *
2-3 łyżki płatków migdałowych
sok z połowy cytryny
skórka otarta z całej cytryny

Zagnieść spód. Połączyć sypkie składniki (mąkę, migdały i sól), zrobić zagłębienie dodać płynne składniki (miód, jogurt sok z cytryny alkohol) oraz masło. Zgnieść. Blachę (dużą, np. z wyposażenia piekarnika) wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć ciasto i cienko rozwałkować (by uzyskać placek o średnicy minimum 30 cm). Wstawić blachę z ciastem do lodówki na min 2 h Na pół godziny przed wyjęciem ciasta z lodówki nagrzać piekarnik do temperatury 175 stopni i przygotować jabłka: na tarce do jarzyn zetrzeć jabłka, pokropić sokiem z cytryny, dodać skórkę i zacząć ucierać marcepan. Żeby się nie sklejał ucierać go partiami i od razu mieszać z jabłkami. Jabłka przełożyć na tartę wyjętą z lodówki. Brzegi założyć do środka. Jeżeli się połamią nic nie szkodzi.Posypać jabłka płatkami migdałowymi i wstawić blaszkę do piekarnika i piec 25- 35 minut z nawiewem. Warto sprawdzić w czasie pieczenia czy ciasto zbyt szybko się nie przyrumienia – jeśli tak, przykryć je folią aluminiową i piec dalej.

*marcepan powinien być zimny żeby łatwiej się ścierać i mniej sklejać

środa, 1 maja 2013

i pasta!


Maciej ostatnio stwierdził, że lubi kalafiora ( a niewiele warzyw tego zaszczytu dostąpiło), więc nieustannie poszukuję nowych metod przygotowania cobym ja się na śmierć nie zanudziła. Zrozumiały więc będzie mój zachwyt gdy znalazłam ten przepis.
Moje zapominalstwo weszło mi jednak w drogę i zarówno w fazie kompletowania składników jak i przygotowywania dania zapomniałam o parmezanie i papryczkach (zmieniłam też trochę proporcje i świadomie zrezygnowałam z octu i pietruszki). Wyszło danie całkowicie vege i w dodatku naprawdę dobre. Delikatne w smaku, śmieszne w konsystencji. Było czuć i kalafiora i migdały i śmiesznie chrupały pod zębami. Pycha też na zimno.

makaron kalafiorowymi grudkami
po garstce orzechów laskowych i migdałów
1/3 średniego kalafiora
1/2 ząbku czosnku
1 suszony pomidor
1 łyżeczka kaparów
3 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz
makaron
kila łyżek wody z gotowania makaronu

Makaron ugotować według instrukcji na opakowaniu (do 'al dente') Orzechy i migdały (u mnie w płatkach) podprażyć na suchej patelni*,odłożyć do ostygnięcia. Kalafiora podzielić na różyczki i zmielić w robocie kuchennym do konsystencji kuskusu, podobnie postąpić z orzechami i migdałami. Czosnek, suszonego pomidora i kapary drobno posiekać wymieszać z kalafiorem i orzechami. Podsmażyć chwilę na oliwie (ja wymieszałam zwykłą z zalewą z suszonych pomidorów), uważając żeby nie przypalić, dolać wodę z gotowania makaronu i dorzucić odcedzony makaron.Wymieszać, doprawić do smaku, podawać od razu.

*(orzechy aż zacznie pękać i łatwo schodzić skórka, migdały na złotawy kolor)

niedziela, 9 października 2011

gorzko gorzko

tort dla Teściówki. Starałam się żeby był jak najmniej słodki, gdyż słodyczy to ona nie lubi. Kostka gorzkiej czekolady starcza jej na tydzień, a mleczna i biała mogą dla niej nie istnieć. Szczęściara.
Tort więc gorzko-czekoladowy z nuta pomarańczy. A przy okazji odkryłam sposób na szybki, idealny mus czekoladowy - świetna konsystencja, dobry i dla miłośników gorzkiej czekolady i dla tych którzy wolą mleczną. Nie za słodki.

mus czekoladowy
250 g serka mascarpone
100 g gorzkiej czekolady
2-3 łyżki dowolnego likieru

czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zacząć miksować mascarpone, dodawać sto0pniowo likier, a następnie stopioną czekoladę, dokładnie lecz nie za długo wymieszać.Przełożyć do miseczek (wychodzi ok. 6 niedużych porcji) Przetrzymywać w lodówce, ale chwilę przed podaniem wyjąć żeby się ogrzał (w lodówce twardnieje)

tort czekolada z pomarańczą
(bazę stanowił ten przepis pomniejszony o ilość cukru i dodałam troszkę więcej kakao)
2 nieduże pomarańcze lub 1 duża (z cienką skórką), o wadze w sumie ok. 375 g
6 jajek
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody oczyszczonej
200 g zmielonych migdałów
175 g drobnego cukru do wypieków
60 g kakao
masa:
mus czekoladowy (patrz wyżej) w wersji z likierem pomarańczowym i kilkoma kroplami aromatu

Pomarańcze (w całości) włożyć do garnuszka i zalać wodą do ich przykrycia. Doprowadzić do wrzenia i gotować 2 godziny, pod przykrywką. Wyłączyć, odlać wodę, pomarańcze całkowicie wystudzić (można zrobić to dzień wcześniej).
Ugotowane pomarańcze (w całości) włożyć do malaksera i zmiksować na lekką pulpę. Dodać pozostałe składniki i zmiksować, do połączenia.Ciasto przelać do formy i piec w temperaturze 180ºC przez 45 - 60 minut, w zależności od piekarnika, do tzw. suchego patyczka.
Ciasto całkowicie wystudzić, przekroić na pół. Przygotować mus, przełozyć nim połówki (na dekorację jest go trochę mało) Wstawić do lodówki na min godzinę. Podawać udekorowany skórką pomarańczową

środa, 20 kwietnia 2011

pierwsze truskawki


skusiłam się. I nic to, że drogie, że mało słodkie*, że w autobusie ze mną przecierpiały swoje, że musiały ze mną przesiedzieć w pracy jeszcze parę godzin i że za ich obróbkę musiałam zabrać się o 00.30 kiedy wróciłam z pracy. Jak to ja, nie wybrałam żeby je zmiksować i zrobić koktajl na śniadanie. Nie, ja musiałąm koniecznie zrobić truskawkowo migdałowe crumble Nigelli.
Nie żałuję, wyspać się mogę po śmierci, a ten zapach wynagrodził mi wszystko.
Na śniadanie zjadłam porcję, a po zajęciach, na kuckach, w spódnicy kaczym krokiem wędrowałam po trawnikach na kampusie urywając stokrotkom łepki.
Wariatka.
a na co mi stokrotkowe łepki pokażę jutro

truskawkowo-migdałowe crumble
500 g odszypułkowanych truskawek
50 g zwykłego cukru (ja dodałam mniej i waniliowego)
25 g mielonych migdałów (zastąpiłam marcepanem)
4 łyżeczki ekstraktu z wanilii

na wierzch:
110 g mąki
75 g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
1 łyżeczka proszku do pieczenia (zapomniałam o nim i też było ok)
100 g migdałów w płatkach
75 g cukru demerara

truskawki wrzucić do żaroodpornego naczynia, raczej płytkiego, równomiernie obsypać cukrem, migdałami "spryskać" aromatem waniliowym i potrząsną ze dwa razy, żeby wymieszać.
Włączyć piekarnik na 200 *C, wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i dodać masło, rozetrzeć na "farfoclowatą" kruszonkę a następnie wymieszać z migdałami i cukrem. Przykryć tą mieszanka truskawki i wstawić do piekarnika na około 30 min, aż wierzch będzie złoty z czerwonymi plamkami. Przed podaniem odczekać 10 minut, bo bardzo gorące.

Pachnie obłędnie, w czasie pieczenia i jedzenia, bardzo smakowite nawet z truskawek "takich niebardzo" i dość szybkie, mało pracochłonne

sobota, 19 lutego 2011

strać się jakby bardziej

Mam już specjalny słoik do odławiania myszy, które przynosi mój kot. Może się przekwalifikuję i zajmę się deratyzacją ? W czwartek był Światowy Dzień Kota, może to jej sposób świętowania?
Ja z okazji Dnia Kota staram się jakby bardziej. W czwartek Wiewiór* dostał trochę polędwiczki wieprzowej, którą my z M. potem spożyliśmy (resztę, nie ten sam kawałek) po zamarynowaniu octem balsamicznym i usmażeniu na patelni beztłuszczowej, na kopczyku fasolowo-paprykowego pure z tego przepisu. Dziś była rybka, a kot urządził przy okazji koncert, głuchy na argumenty, że: "jak Ci teraz dam to sobie pyszczek poparzysz"
A z okazji czekoladowego weekendu powstały super lekkie, dość błyskawiczne ciastka, których dodatkową zaletą jest to, że każdy (a przynajmniej ja) ma zawsze składniki w domu. Tata czasem kupuje podobne ciastka i nazywa je dachówkami. Ja starałam się żeby były mniejsze (bo je lubię i chciałam mieć na dłużej) więc raczej dachóweczki (i nic to, że je przesuszyłam i są płaskie)


polędwiczka balsamiczna
1 polędwiczka wieprzowa
2 łyżki octu balsamicznego (lub kremu z octu balsamicznego, jak było w moim przypadku)
sok z połówki cytryny
łyżka sosu sojowego
zioła prowansalskie
pieprz

polędwiczkę pokroić na grube plastry (małe i wąskie ale grube, a peryferyjne kawałki można podarować ukochanemu zwierzątku) i rozbić na małe kotleciki. umieścić w naczyniu z resztą "składników" i odstawić na półgodziny. Przed usmażeniem wyjąc i posypać jeszcze ziołami prowansalskimi, pieprzem, podsmażyć krótko z obu stron podawać, najlepiej z czymś

dachóweczki
1 całe duże jajko i 1 białko z dużego jajka
2 łyżki mąki pszennej
2 łyżki gorzkiego kakao
100g cukru
1/8 łyżeczki soli
100g płatków migdałów
2 łyżki masła (używałam papieru do pieczenia więc zrezygnowałam, ale to chyba jednak dobru pomysł)
rozgrzać piekarnik (170*C)
migdały podrumienić (na patelni, czy na blasze w piekarniku za jedno), sypkie produkty wymieszać w małej miseczce, ubić piane z białka, dodać jajko i po trochu suchych składników. ciasto odmierzać łyżką stołową, na wysmarowaną tłuszczem blachę (będziemy potrzebować 2 lub 3) w dużych odstępach. Rozprowadzić ciasto w nieduże płaskie "placuszki", posypać migdałami i wsadzić do piekarnika na 7-8 minut. Wyjęte z piekarnika jeszcze ciepłe ciastka podważać szpatułką i układać na wałku nadając im dachówkowate wygięcie

*Kluson gardzi surowym mięskiem i rybką w każdej postaci, więc dostaje saszetki, ale co to za kot ?! To ma być superdrapieżnik w wersji mini ?! kot prawie wegetarianin, prawie kot (i jeszcze ma niebieskie oczy). Ale dostałą szaszetki innej firmy coby nie było święto

P.S.
piórka na druciku ze zdjęcia z ciastkami się poplątały dokumentnie ledwo sobie poradziłam i to z użyciem nożyczek. A kot to Klara zwana również Klusonem (choć to Wiewiórze ostatnio bliżej do kształtu idealnego)

niedziela, 6 lutego 2011

lekko leciutko

choć tucząco i z migdałami. Mój pierwszy suflet. Trochę mnie ten deser przerażał, choćby z racji "stop you will colapse my suflet!" przeczytanego w jakimś komiksie. Ale chyba można uznać tą pierwszą próbę za udaną.

suflet migdałowy z białą czekoladą

2 łyżki masła
150 g drobno mielonego cukru
4 duże jajka oddzielnie żółtka, oddzielnie białka
75 g mąki pszennej
200 ml mleka
125g zmielonych migdałów (oryginalnie były to orzechy laskowe)
30 g drobno startej białej czekolady

Należy nagrzać piekarnik (200*C), rozpuścić masło i wysmarować nim formki, a następnie oprószyć cukrem. Żółtka z 50g cukru na wysokich obrotach ubijamy na puszysty, jasny krem, zmniejszamy obrotyy i dodajemy mąkę. Kolejno mleko z 50g cukru doprowadzamy w rondelku do wrzenia, a następnie, po trochu, mieszając wlewamy do żółtek. Całość przelewamy z powrotem do rondla i podgrzewamy przez 2 minuty. Nakrywamy i zostawiamy do przestudzenia (robi się taka klucha, ale najwyraźniej to dobrze, choć mnie wystraszyło, że nie mieszałam wystarczająco dobrze)
Teraz ubijamy pianę z białek. 1/3 dodajemy do schłodzonej masy żółtkowo-mlecznej, potem dodajemy do niej jeszcze migdały i czekoladę i delikatnie mieszamy z resztą ubitej piany, a gotowe "ciasto" wlewamy do foremek. Pieczemy suflety około 20 minut do wyrośnięcia i stężenia. Na koniec oprószamy cukrem pudrem i podajemy na ciepło z sosem czekoladowym.

Przepis pochodzi ze "Złotej Księgi Czekolady" i jest w nim podane, że wychodzi z tego 6 porcji (i że czas przygotowania to 30-40 minut, ale to akurat prawda) tylko nie podali jakiej wielkości posiadają foremki. Ja robiłam w małych muffinkowych i 8 nie zmieściło całego ciasta. Zamieniłam orzechy laskowe na migdały, a jeśli będę robić ten deser następnym razem to na pewno zmniejszę ilość cukru, bo moim zdaniem były zdecydowanie za słodkie (i już ich nie oprószałam cukrem pudrem)

czwartek, 6 stycznia 2011

mandarynki

Zaszła potrzeba utylizacji mandarynek. Ich Główny Konsument, z pewnego zaprzyjaźnionego domu, pojechał na rejs bezczelnie ich ze sobą nie zabierając. Problem nie polega na tym, że reszta domowników nie lubi mandarynek. Lubią. Tylko, że Słomiana Wdówka żyje głownie dużymi ilościami herbaty z sokiem malinowym i cytryną, a słodycze mogłyby dla niej nie istnieć i mandarynkę zje najwyżej jedną. M. też nie wciśnie w siebie więcej niż 3 dziennie, a do przejedzenia zostało prawie pół skrzynki jako, że Główny Konsument, w sezonie żywi się tylko i li mandarynkami, nutellą i kawą, sporadycznie dorzuci żółty ser.

Utylizację zaczynamy, więc od ciasta klementynkowego. Które wyszło, ku mojemu zdziwieniu, pyszne. I nic to, że zignorowałam kwestię czy utylizowane mandarynki są klementynkami cz też nie (goryczka w cieście mnie nie przestraszyła - Słomiana Wdówka pewnie by się ucieszyła), ani to, że migdałom do stanu zmielenia było daleko (Całe blanszowane migdały wylądowały w melakserze i wyszło coś o konsystencji startego sera pecorino - z takimi grudkami). Wyszło nawet lepiej. Ciasto jest puszyste, migdały przyjemnie sprężynują pod zębami, a dodatek czekolady dodał całości charrakterku.

ciasto klementynkowe (przepis Nigelli, za moje wypieki)
* 4-5 klementynek (ważne, właśnie klementynki), ok. 375 g
* 6 jajek
* 225 g cukru
* 250 g zmielonych migdałów ( ja dodałam :200 g jak wyżej, 50 w płatkach)
* 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
+ ok. 50 g drobno połamanej gorzkiej czekolady, lub polewa czekoladowa


Klementynki umyć i w całości (ze skórami) gotować pod przykryciem 2 godziny (z wodą). Odsączyć, ostudzić. Przeciąć na pół i wyjąć ewentualne pestki. Zmiksować je blenderem na pulpę. Dodać pozostałe składniki i dalej miksować. Masa jest dość płynna. Przelać do formy wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą lub kaszą manną. Nigella sugeruje tortownicę o średnicy 21 cm
Piec około 1 godziny w temperaturze 175ºC (w większej formie krócej) do tzw. suchego patyczka. Można przykryć folią aluminiową od góry, by się nie spaliło.
Ja dorzuciłam pod koniec pieczenia czekoladę na wierzch i jak się rozpuściła rozsmarowałam nożem.

środa, 6 października 2010

wróciwszy

z podkulonym ogonem i bardzo niezadowolona.
Przez wakacje ciężko pracowałam na wyjazd do Rzymu, który okazał się kompletnym niewypałem. Było mocno przereklamowany, brudny, hałaśliwy i zatłoczony. Główne punkty na trasie wycieczkowej rozczarowywały. Nie podobała mi się Kaplica Sykstyńska, ani Bazylika św.Piotra, muzea watykańskie znudziły, a Koloseum i Forum Romanum choć ciekawe to tylko okruchy dawno minionej i pogrzebanej świetności.
Wieczne Miasto, jak dla mnie, nie trzyma klimatu. Brakuje wąskich uliczek, kamieniczek i roślinności (które kojarzą mi się z Włochami), jest za to w nadmiarze samochodów, skuterów i spalin. Brak klimatu widziałam też w kościołach, które były tyle razy przerabiane i "upiększane", że nic do siebie nie pasuje, wszystkiego jest za dużo, a kicz aż kapie ze ścian (spływając po paskudnych, kolorowych marmurach)Z zabytków "porzymskich"* podobały mi się tylko fontanny : Di Trevi (jej uroku nie da się akurat oddać żadnym zdjęciem, byłam pod wielkim wrażeniem) i te na placu Navona.
Podobał mi się też campo dell Fiori, Forum, Kolosem i Termy Karakali, ale tu były już "ale".
Na campo było więcej osób z aparatem niż takich faktycznie robiących zakupy i ten targ był taki trochę mały trochę biedny (zwłaszcza jak na takie duże miasto).Z Forum, Koloseum i Term zostały resztki i to czego już nie było zrekonstruowano jednocześnie za dużo i za mało. W Kolosem nawet nie do końca byłam pewna ile z tego to oryginalne mury, a ile dobudowano, żeby to co zostało się jakoś trzymało i wyglądało. Termy robiły wrażenie, ale o ile bardziej zachwycające by były gdybym mogła z nich skorzystać!
Imponujący był też Panteon. Prawdziwe cudo architektoniczne, ale mi się nie podobał poprostu jako budynek. Za to podobały mi się obeliski porozstawiane po różnych placach Rzymu : ten przed Panteonem otoczony fontanną, ten na placu Popolo, a najbardziej ten obok Panteonu, na placu Minerwy dźwigany przez słonika.A imponujący miał być pomnik Emanuela II, o którym mogę powiedzieć, że jest odpowiednikiem naszego Pałacu Kultury. Czy się komuś podoba czy nie to już jego sprawa, a widać go z prawie całego miasta i znakiem orientacyjnym jest świetnym.
Niestety jego otoczenie jest okropne. Ogromne ruchliwe, smrodliwe i hałaśliwe ulice, jakich niestety w Rzymie jest sporo,a że Włosi okropnymi kierowcami są**, to jest to problem.

Na domiar złego w hostelu pogryzły mnie pluskwy (a ja myślałam, że uczulenie) i od drugiego dnia swędziało mnie wszystko, wyglądałam jak trędowata i chodziłam zła.

Nie był to dobry urlop, a po powrocie wylądowałam na zwolnieniu, ze siedząco-piekącą wysypką i poczuciem winy że Asi grafik rozwalam.
A mimo wszystko dobrze być w domu.


migdałki z białą czekoladą


170 g mąki
70 g migdałów w płatkach
75-85 g marcepanu
70 g białej czekolady
20-30 g cukru
2 łyżki masła
2 jajka (osobno żółtka i białka)
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 szklanki mleka (?)
płatki migdałów do posypania

Te ciastka to mój kulinarny eksperyment. Inspirowane pysznymi mocno marcepanowymi ciastkami które jadłam we Włoszech(zdjęcie obok przepisu). Nie wyglądały i nie smakowały tak,jak miały, ale jestem z nich całkiem zadowolona.

Składniki sypkie wymieszałam w misce, wtarłam do niej marcepan, dorzuciłam żółtka i mleko. Połamałam białą czekoladę i z dwoma łyżkami masła rozpuściłam w mikrofali. Ubiłam białka na sztywną pianę, dodałam do miski wystudzoną czekoladę i pianę z białek. Krótko wymieszałam do połączenia.
Moje ciasto wyszło zbyt rzadkie (myślę że można zrezygnować z mleka) dlatego po pierwszej rozlanej porcji ciastek, z reszty zrobiłam muffiny(do nich mleko się przyda). Obie wersje mi smakowały; ciastko-placuszki wyszły delikatne i słodkie, w muffinach marcepan jest znacznie bardziej wyczuwalny.
Ciasteczka piekłam 10 minut, muffiny 15-18 w temp 175*C

*czyli tych po starożytnym Rzymie
** a z drugiej strony kiedy wysiedli z samochodu (tudzież zsiedli ze skutera- dużo w Rzymie skuterów jest) zmieniali się w super życzliwych chętnie i dobrze mówiących po angielsku ludzi. Wszyscy byli bardzo skorzy do pomocy. Szkoda że równie niezorganizowani
P.S.
na ostatnim zdjęci gościnnie wystąpił nowy, urodzinowy serwis mamy. Czyż nie jest śliczny ?

środa, 23 czerwca 2010

kiedy niebo zasnuwa się ołowianymi chmurami

i słońca jakoś tak brak...

należy je sobie zrobić!
Morele, migdały i biała czekolada w sucharku - słońce w pigułce, łatwe do przechowania

Biscotti
Składniki:
3,5 szklanki mąki,
1,5 szklanki cukru
5 jajek,
1 żółtko,
1,5 szklanki migdałów,
1,5 szklanki suszonych moreli
1/2 tabliczki białej czekolady
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
2 łyżki skórki pomarańczowej,
1/2 łyżeczki cynamonu,
szczypta soli,
1 jajko roztrzepane z dwoma łyżkami zimnej wody

Migdały uprażyć na suchej patelni, odstawić do ostygnięcia. Za pomocą trzepaczki wymieszać ze sobą jajka i cukier. W osobnej misce wymieszać ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, skórkę pomarańczową, sól. Połączyć z masą jajeczną. Dodać migdały, morele, czekoladę i zmieszać wszystkie składniki. Podzielić ciasto na dwie części. Z każdej części uformować wałek o długości 40cm. Ułożyć je na blasze natłuszczonej bądź wyłożonej papierem do pieczenia i lekko spłaszczyć dłonią. Powierzchnię powstałych bochenków posmarować roztrzepanym jajkiem. Piec ciasto przez 25 minut w temperaturze 180*C. Odstawić do wystygnięcia na 15 minut. Zmniejszyć temperaturę piekarnika do 160* C. Pokroić jeszcze ciepłe ciasto na plasterki o grubości ok. 1,5cm. Ułożyć plasterki ciasta na suchej blasze. Piec przez 20 minut do momentu, aż ich krawędzie lekko zbrązowieją.


należy też wchodząc do supermarketu ściśle trzymać się listy zakupów
i wymyślić coś prócz życzeń na dzień ojca.
Tylko co ? Z prezentami dla taty zawsze są problemy ...
W każdym razie wszystkiego najlepszego...
słońca

P.S. przepis wzięłam stąd

sobota, 3 kwietnia 2010

mało świątecznie

Nie żebym zwykle czuła atmosferę świąt w powietrzu. Z Bożym Narodzeniem jeszcze jak cie mogę, ale z Wielkanocą zawsze jest trudno. Lubię tylko niedzielne śniadania. Reszta trochę mnie irytuje. Sprzątanie, Maciek w Gdańsku, mama zła i tak dalej.
Ze złych marudzących rzeczy powiem jeszcze , że mam praktyki i swoją porcję sprzątania (mój pokój) wykonałam dopiero w Wielki Piątek* (w który też do 12 siedziałam na uczelni praktykując) i że mama piecze "mazurek" z masą krówkową. Wszystkie podobne odpadają. Gdyby M. nie wyjeżdżał wybór byłby prosty - mazurek z masą cytrynową i bezą, ale M. wyjechał, mama nie lubi cytrynowych ciast**, ja jakoś nie mam ochoty robić mazurka pomarańczowego, czekoladowy*** istnieje dla mnie jako bożonarodzeniowy i co by tu zrobić ?
Na koniec dobił mnie tata odmawiając kupowania produktów "na te moje eksperymenty". Gdyby jeszcze całkiem sama wymyślała te przepisy to ... ale ja widziałam przepis (tu) na mazurek "śliwka w czekoladzie"! Uwielbiam śliwki w czekoladzie. Oczywiście najlepsze są te nałęczowskie z kakaową masą dookoła śliwki**** i których teraz nie mogę, ponieważ mam postanowienie.

Stanęło na zrobieniu blondies, czyli białego murzynka

blondies
  • 150 g białej czekolady, połamanej
  • 80 g masła
  • 1/3 szklanki drobnego cukru
  • 2 jajka
  • 3/4 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • pół szklanki posiekanych obranych migdałów
  • 50 g czekolady białej, posiekanej
Masło roztopić w niedużym garnuszku, dodać połamaną czekoladę (150 g), podgrzewać do rozpuszczenia się czekolady, cały czas mieszając. W osobnym naczyniu wymieszać mąkę, cukier, sól, proszek do pieczenia. Dodać jajka, ekstrakt z wanilii i ciepłą czekoladę, zmiksować na gładką masę. Na końcu wrzucić posiekane migdały i białą czekoladę (50 g), wymieszać.
Piec w temperaturze 180ºC około 25 - 30 minut. Wystudzić, pokroić.
Nie wiem czy dobre, bo idą z nami do dziadków, ale pachnie obłędnie.
Są jeszcze 2 plusy dnia dzisiejszego.
Pierwszy to babeczki, które zdążyłam jeszcze przed wyjazdem Maćka zrobić i mu wręczyć.
Wprawdzie tak się spieszył, że parząc palce wyciągaliśmy gorące, o zdjęciach nie było mowy, ale za to wyszły pycha, bo te dałam radę spróbować. Aha przepis stąd
Babeczki cytrynowe z bananem
200 g mąki
130-150g drobnego cukru
1 cytryna (sok i starta skórka)
1/2 łyżeczki aromatu cytrynowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 jajka
2 łyżki oleju
+ 1 banan pokrojony w plasterki*****

Wszystkie składniki wymieszać w misce ( za wyjątkiem banana). Nakładać do foremek na zasadzie : cienka warstwa ciasta, warstwa banana, cienka warstwa ciasta... aż foremeka będzie pełna. Piec 15-20 minut w temp 180*C.
Ciastka ślicznie się zarumieniły, pachniały dobrze i smakowały zadziwiająco dobrze! Byłam naprawdę zaskoczona jak dobre jest to połączenie. Czasem warto poeksperymentować, bo mimo gniotów (o jednym z nich za chwilę) powstają nowe klasyki smaku.
Ale wracając do gniotów. Jeden udało mi się dziś popełnić. Okazuje się, że pasta z fety, żółtek, soku z cytryny i mięty jest paskudna.
(ale wyglądała ładnie)dopisujemy do rzeczy "nie próbować ponownie" (razem z ciastkami z kukurydzy z puszki...), a na koniec wrócimy w weselsze rejony. Osoba memu sercu droga obchodzi niedługo urodziny. Jutro będę piekła ciastka (mam już upatrzony przepis) a do tego taka kartka (choć pewnie coś tam jeszcze do nie dodam)



* a to jeden z powodów "mama zła", a zła była, że bez kija nie podchodź.
**jak również tych z marcepanem, czekoladowych i własciwie wszystkich dobrych, lub lubianych przez Maćka. Ona lubi ciasta maślane ciężkie, kruche i francuskie
*** koniecznie cioci Boni !
**** oprócz śliwek w czekoladzie, które jadam tylko nałęczowskie są jeszcze krówki, które jadam tylko ciągutki i tylko z Milanówka w charakterystycznym żóltym papierku z paskami, brązowymi napisami i krówką nie za dużą, nie za małą i przypominająca prawdziwą krowę, a nie zmutowane niewiadomoco
***** można robić w wersji z wiśniami wtedy 2-3 garści wiśni, mogą być mrożone (wersja też przepyszna, ale dla mnie już nie nowa), ja zrobiłam pól porcji z bananem i pół z wiśniami

czwartek, 11 marca 2010

życie bez przypraw jest jak zupa bez soli





Ostatnio moje życie jest całkiem nieźle przyprawione. I różnorodne pod względem nauki, towarzystwa i pełne egzotycznych przypraw.

W niedzielę zrobiłam Maćkowi granolę. Zwykle jada musli tropikalne. Z jakieś powodu smakują mu kandyzowane ananasy, melon i inne podobne paskudztwa, uznałam, że do tego zestawu pasuje imbir (cynamon, który był w przepisie nie, więc z niego zrezygnowałam).

Imbirowa granola
(przepis zaczerpnęłam stąd ale Ania "wzięła go od Nigelli")
baza:
300 g płatków owsianych
150 ml jabłkowego, naturalnego soku
4 łyżki miodu
50 g brązowego cukru
3 łyżki oleju
2 stołowe, czubiaste łyżki mielonego imbiru
½ łyżeczki soli

dodatki:
szklanka obranych migdałów
3/4 szklanki sezamu
opakowanie kandyzowanego ananasa
garść suszonego melona pokrojonego w drobne kosteczki
3/4 szklanki rodzynek
garść posiekanych orzechów laskowych

Wszystkie składniki bazy, sezam, pokrojone migdały (każdy przekrajałam na 3-4 części) i posiekane drobno orzechy laskowe lądują w misce. Mieszam, układam na dużej blasze (i na papierze do pieczenia) i piekę w temp. 180*c przez 20 minut. Mieszam i piekę przez kolejne 20 minut.

Również w niedzielę o godzinie 23 piekłam drożdżówki z dżemem, ale się nie pochwalę, bo nie ma czym. Chyba tylko dobrymi chęciami.
We wtorek znów były zajęcia specjalizacyjne. Bardzo, ale to bardzo żałuję że jest ich tylko 5 tygodni. Są fascynujące (choć moje koleżanki marudzą).
Tym razem mówiłyśmy o migdale zwyczajnym (Prunus amygdalus), sezamie indyjskim (Sesamum indicum), drzewie muszkatołowym(Myrystica fragrans), goździkowcu korzennym(Syzygium aromaticum), kaparze ciernistym(Capparis spiniosa), szafranie uprawnym(Crocus sativus) i kakaowcu właściwym (Theobroma cacao)

Jeśli chodzi o migdał, sezam i gałkę to jadamy wyłuskane nasienie, przy czym migdał i gałka* to drezwa, a sezam to krzew.

Migdałowiec dorasta do 10 m (nie mówię o formach ozdobnych) ma charakterystyczną szarą korę, bardzo dekoracyjne kwiaty** i kwitnie bardzo wcześnie. Czasem nawet już w lutym, zanim rozwinie liście. Jego owoc, podobny do zielonej moreli nie zmienia barwy nawet dojrzały i jest niejadalny. Nas interesuje zawartość pestki, choć w krajach gdzie migdał jest uprawiany jada się też niedojrzałe, całe owoce, a także pija się napój zwany orszadą powstały z niedojrzałych zmielonych migdałów i mleka.
Kiedyś czytałam, że skórki z migdała zawierają śladowe ilości arszeniku i można jedząc migdały się częściowo na arszenik uodpornić. To bzdura, sam migdał nie zawiera arszeniku. Jedna z odmian botanicznych migdała zawiera amygdalinę, która dopiero w wyniku hydrolizy rozkłada się do cyjanowodoru. Ale jest to forma "gorzka" i mało się jej uprawia, jest przeznaczona do tłoczenia oleju i olejków. Amygdalina nie rozpuszcza się w tych tłuszczach więc olej jest całkowicie bezpieczny i od niej wolny. Natomiast my jadamy migdały "słodkie" (Prunus amygdalus var sativa / dulce)
Muszkatołowiec jest drzewem wyższym, w stanie dzikim dorasta nawet do 25 m. Ma skórzaste wonne liście, a olejek eteryczny zawiera również kora i oczywiście nasiona. Owoce i nasiona przypominają avocado, są tylko mniejsze oraz owoc jest żółtawy, a nasienie oplecione jaskrawo-czerwoną osnówką.
Ta osnówka jest również przyprawa i przedmiotem handlu. Obok gałki muszkatołowej zwykle sprzedawane w całości (i np. Arabowie ścierają ją sobie na bieżąco do kawy) lub w proszku przedawany jest "kwiat muszkatołowy", będący niczym innym jak wysuszoną osnówką. Zawiera trochę mniej olejku, więc jest delikatniejszą przyprawą, nie zawiera skrobi, a tłuszczy w nim mniej niż w nasieniu. Jest lekki i zbiera się go mało, dlatego jest dużo droższy.
Same jądro nasienne ma 437 kcal w 100 g więc jest dość kaloryczne, ale zawiera też dużo magnezu oraz olejek eteryczny w którego skład wchodzi mirystycyna, która jest substancją halucynogenną, w krajach gdzie jest uprawiana niektórzy ją żują "na surowo" właśnie ze względu na jej halucynogenne właściwości oraz żeby zagłuszyć głód. Jednak wymaga to sporego samozaparcia. Oprócz tego i swojej roli w kuchni może służyć jako środek poronny, ale także przy leczeniu reumatyzmu, bezsenności oraz wspomaga trawienie.
Ciekawa jest budowa i wygląd przekrojonej gałki. Tam gdzie z łupiną nasienną stykała się osnówka w gałce są bordowe "żyłki" to obielmo, tylko dość nietypowo usytuowane.
Kiedyś Holendrzy starali się ograniczyć uprawę muszkatołowca tylko jednej wyspy (Moluki), ale przeszkodził im "wredny" gołąb który żywił się owocami muszkatołowca i je przenosił na inne wyspy we własnych jelitach.

Goździki, kapary i szafran to natomiast kwiaty, albo przynajmniej części kwiatu.
Dwa pierwsze to pąki kwiatowe (w goździkowcu jak się przegapi 2-dniowy termin zbioru można zebrać owoce, ale one są mniej wartościowe), w przypadku kaparów są one jeszcze marynowane w occeie lub solance, a goździki tylko suszone. Jakość goździków zależy głownie od tego skąd pochodzą***, a kaparów od stopnia rozwinięcia pąków w momencie zbioru (stąd 3 typy handlowe 1. nonpareilles 2. surfines 3. capicines z czego ostatnie są największe, najbardziej rozwinięte i najbardziej "puste") W krajach "produkcyjnych" jada się świeże i marynowane młode liście a nawet gałązki. Są traktowane jak nasz śledzik - pod wódeczkę, a korzenie się spala i z popiołu robi substytut soli. Natomiast substytutem kaparów może być knieć błotna (ryzykowne, bywa trująca) nasturcja większa (b. podobna tylko pąki i liście większe, ale można i liście i kwiaty jadać w sałatkach, albo na kanapkach****) oraz żarnowiec miotlasty.
Szafran najdroższa przyprawa świata to znamiona słupka jednego z gatunków krokusa. Wiadomo, swoją cenę zawdzięcza temu, że choćbyśmy nie wiem jak się starali to nawet z całego pola krokusów nie wyjdzie go dużo. Znany jest głownie za pośrednictwem bardzo wydajnych barwników. Są to krocyna i krocetyna i znamiona zawierają jej ~2%, a mimo to 1g szafrany potrafi intensywnie zabarwić 100 l wody. Kiedyś za pomocą szafrany barwiono tkaniny, ale trochę go teraz szkoda. Oprócz kuchennego, ma też zastosowanie przy obniżaniu ciśnienia krwi i poziomu cholesterolu w tejże. W Chińskiej medycynie ludowej używany był na uspokojenie (choć może rolę grała tu jego cena ? "Jak drogie to przecież musi działać", albo "muszę się uspokoić, bo jak nie to pójdą i kupią następną dawkę, a mnie na to nie stać")
I tym optymistycznym akcentem chyba już zakończę wtorek. O kakaowcu pisać nie będę, bo to dużo, a najciekawszego czyli jak dokładnie robi się czekoladę nie sposób się dowiedzieć.

Środa na uczelni była jak zwykle nudna, ale za to wieczorem...
Wieczorem wprosiłam się na imprezę do Mai. Bawiłam się świetnie i dowiedziałam się, że jeden z moich byłych kolegów ze studiów jest mi najprawdopodobniej znany dłużej, bo udzielał się na Orbitalu, co i mnie się zdarzało lat temu kilka. Postanowiłam zajrzeć na stare śmieci (ciekawa byłam czy znałam Adriana) i okazało się, że jeden z 2 moich artykułów na Orbitalu nadal wisi w top10. Miło.
U Mai było całkiem miło i trochę dziwnie. Gosia miała zaliczenie z masażu (dnia następnego) więc zostałam wymasowana, Majka co godzinę się mnie pytała, czy jej były nie jest cudowny (całkiem przystojna mężczyzna), a jednym zgrzytem była była obecnego Majki, a wszyscy z jednej klasy w liceum.
No a wczoraj byliśmy u Kwiatka. Raz to ja piłam - Sheridan'sa. Mrrrr. Kwiatek z Mackiem robili dla tego pierwszego kartę postaci. Może wreszcie zagramy w ten Monastyr ?
Dom Kwiatka jest jak dla mnie zbyt nowoczesny, ale drobiazgi są śliczne. Śliczne kieliszki, śliczne szklanki i ... zachwycająca figurka Chińczyka w toalecie.


* właściwie drzewo muszkatołowe, ale to skrót myślowy.A nazwa gatunkowa na to wskazuje, że to drzewo, ale one (nazwy gat.) mogą być mylące
** jak cała jego rodzina - Rosaceae, do której należą między innymi jabłoń morela i wiśnia
***gat. pochodzi z Moluki, ale już 3 w. p.n.e. Chińczycy sprowadzali je na dwór swojego władcy. Przy audiencjach głos można było zabierać tylko mając goździki w ustach.
****ładne kolorowe kanapki !