Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2013

Barcelona od drugiego końca

Było słów kilka o bardziej"hedonistycznej" części Barcelony, to może teraz memento mori ?
To była ta cześć zwiedzania, która podobała się M. najbardziej, a ja chodziłam z aparatem i robiłam mnóstwo zdjęć. Niedobry M. potem wykasował większość zdjęć z kotkami, które ewidentnie królowały na cmentarzu, swoją obecnością łacząc wszystkie 3 części.
Wielkie, grubaśne ściany z wnękami tworzyły po trochu labirynt i zasłaniały słońce tworząc lekko ponure wrażenie, które jednak nieco psuły jaskrawe, sztuczne kwiaty. Rzędy wnęk tworzyły największą część cmentarza. Bardziej w głębi były jeszcze większe pomniki i kapliczki z rzeźbami - starsze, bardziej ozdobne (ta częśc podobała mi się chyba najbardziej) i w kolejnej części nowsze. W tej najnowszej była właśnie najbardziej robiąca wrażenie rzeźba (ostatnie zdjęcie) "Pocałunek śmierci"
Mi ten cmentarz przypominał lokację z gry Baldur's Gate 2 - może autorzy stąd go właśnie zaczerpnęli?






Łazarz?




niedziela, 18 września 2011

jestem urocza, wolno mi wszystko






co prawdą stety/niestety jest w naszym świecie.

czwartek, 21 lipca 2011

odwiedziny

Wczorajszy dzień był fajny. Najpierw w naszym tymczosowym lokum (umownie zwanym domem) odwiedził nas pewnien czarny przystojniak. Ale nie chciał dać się pogłaskać.

Potem ja pojechałam do Kew (2/3 tego czasu który spędziłam w ogrodach poświęciłam na dojechanie tam i powrót),a po powrocie zdążyłam się właściwie przebrać, pomalować oczy* i już trzeba było lecieć, bo byliśmy umówienie z tatą M., który przyjechał do Londynu na 2 dni. Pół wieczoru dziękowałam, potem, w myślach, że jednak się przebrałam, bo w hotelowej restauracji, której szefem jest Gordon Ramsey wyglądałabym jakbym się z choinki urwała.

Tak tylko troszkę nie wiedziałam jak się zachować (Czemu muszę iść/zamawiać/siadać pierwsza?!- To znaczy wiem, ale w większości miejsc na globie już zrezygnowano z puszczania kobiet przodem i nie jestem do tego przyzwyczajona), ale z wyglądem było ok.

przystawki
Thai-spiced lobster ravioli, lemon grass,
lime and coconut broth
Roasted loin of rabbit and beignet of leg, girolle cream, crushed peas, Sauternes glaze
Sautéed Scottish scallops, cauliflower and almond purée, cider glaze, bacon crumbs

dania głowne
Fricassée of wild sea bass, salmon and tiger prawn, crab stuffed tomato, butter-poached summer vegetables
Fillet of beef Wellington with Parma ham,
smoked potato purée, braised vegetables,

Madeira jus
desery
Cold Valrhona chocolate fondant, salted almond ice cream, roasted apricot
Assiette of peaches, crumble, jelly, sorbet and salad
Cherry mousse, sorbet and salad, roasted apricot, almond Florentine

 

Tak z grubsza przedstawiało się nasze menu (choć po drodze były jeszcze paluszki z sosem szampańskim lub ogórkowym do wyboru, gazpacho z avocadem, chlebek z karmelizowaną cebulą, albo z pieprzem, z masełkiem curry albo z ziołami prowansalskimi i cytryną, a przed deserem dostaliśmy jeszcze panna cotę z galaretką malinową i sorbetem malinowym [pycha!]). Wybór zajął nam trochę czasu, choćby dlatego, że otworzywszy menu się przeraziłam. Nie rozumiem co drugiego słowa! Po drugim i trzecim przejrzeniu już było lepiej, ale potem zostałam uświadomiona, że na jednej stronie są przystawki, a dania główne na drugiej (to gdzie jest rzeszta menu ?) W dodatku mam brzydkie podejrzenie, że M. podśmiewał się z mojej miny kiedy usiłowałam rozszyfrować co z tych kawałeczków na moim talerzu jest królikiem. Ale to nie ja dostałam małże na przystawkę (bo uznał, że scallopes to mięsko). Fajne było to nasze danie główne, wszystko podwędzane z delikanym posmakem dymu, owinięte w szynkę parmeńską i ciasto przypominło chlebek. Pieczołowicie pokrojone na naszych oczach i z pietyzmem polane sosem; i duże. Kiedy po paru godzinach wyszliśmy z hotelu poruszanie się z pełną prędkością sparawiało mi pewne kłopoty, a była obawa czy nie ucieknie nam ostatnie metro. 

Panowie będą dziś mieli ciężki dzień, bo musieli wcześnie rano wstać. A ja uznałam, że z racji bólu gardła mam całkowite prawo zostać pod ciepłą kołdrą do 12. Mogłabym polubić Londyn gdyby tak ciągle nie padało.

*moje koleżanki twierdzą,że jeśli nie nałoże tapety i maluję tylko oczy to nie jest makijaż - więc mnie nie zdarza się robić makijażu, czasem maluję oczy

sobota, 2 lipca 2011

obstacle



ostatnio miewam spore problemy z wyjściem z domu na czas. Deszcz pada i wiewiórczasty kot bywa częściej w domu, lub jego okolicy i ma parcie na pieszczoty akurat kiedy wychodzę...

czwartek, 24 lutego 2011

mysz twardzielka i mięciutka wiewiórka


mysz twardzielkę wynosiłam dziś dwa razy - poznałam, że to ona bo kawałek ogona już wcześniej straciła w jakiejś potyczce o życie.
Trzeba przyznać, że walczyła dzielnie, skakała jak szalona; ale jak ją wypuściłam to dała się złapać drugi raz...

A Wiewiórka jeśli chce to potrafi być milutka, urocza i mięciutka. Ma takie aksamitne futerko. Druga wiewiórka, ta z tego przepisu nie za bardzo ma wybór. Jest mięciutkim wilgotnym ciastem, do upieczenia którego pretekstem była utylizacja miękkich* jabłek.
(Dwie wiewiórki na jednym zdjęciu )

wiewiórka
(przepis podaję za Dorotus)
Składniki:

* 4 jajka
* 3/4 szklanki cukru
* 2 szklanki mąki
* 2/3 szklanki oleju
* szklanka grubo posiekanych orzechów włoskich
* 4 - 5 jabłek
* 1 łyżeczka proszku do pieczenia
* 1 łyżeczka sody
* 1 łyżeczka cynamonu


Jabłka obrać, zetrzeć na tarce z grubymi oczkami. Orzechy dość grubo posiekać.

Oddzielić białka od żółtek. Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodawać cukier, dalej ubijając. Dodać żółtka, olej, dalej ubijać. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem, sodą i cynamonem. Wsypać do masy jajecznej, wymieszać.

Jabłka i orzechy dodać do reszty ciasta, wymieszać.

Ciasto wlać do formy wyłożonej papierem do pieczenia (33 x 22 cm), piec około 45 - 55 minut w temperaturze 165ºC, do tzw. suchego patyczka. Ostudzone posypać cukrem pudrem.A ja dostaję paniki OBRONA zbliża się wielkimi krokami, powinnam się przygotowywać, a zamiast tego wpadam w panikę. Nie taką dobrą która mobilizuje do działania tylko taką, która każe siedzieć cichutko w kąciku, pooglądać telewizję i mieć nadzieję, że jakoś to będzie, może prezentacja sama się zrobi, albo może zdam bez zdawania...
Ale są plusy mam na co zwalić szaleńcze zakupy (owoc jednych z nich powyżej dźwiga śniadanie M.)
Ale następnego kawałka wiewiórki nie zjem dopóki nie zrobię i nie zagram w Cesarza. To będą nagrody.

*większość owoców preferuję twarde i kwaśne, takie żeby uderzać można było nimi zabić...

poniedziałek, 7 lutego 2011

busy mourning...

kot wychodzi na ganek i z rozpaczą spogląda na wodę rozlewającą się wokół domu, wraca przegryzie parę chrupek, przegoni drugiego kota po domu i znów ląduje wpatrując się z rozpaczą w wodę. Czy robią kalosze w kocim rozmiarze?

W pracy burdel
w kuchni mama się (ich) wekuje na podróż

i dużo roboty i nudno. jednocześnie

środa, 29 grudnia 2010

kot ma wielkie oczy


I ja też kiedy sobie uświadomię ile rzeczy mam do zrobienia, najlepiej na zeszły tydzień: praca inżynierska, projekt z ekonomiki (co to w ogóle za nazwa?!)...
a jeszcze trzeba spać, jeść i chodzić do pracy.

piątek, 4 czerwca 2010

kawowe panny kotki


Alicja (ta od Krainy Czarów) jest straszliwym, zarozumiałym bachorem !
nadrabiam zaległości w czytaniu i wściekam się po kolei na wszystkich bohaterów.Od paru miesięcy usiłuję skończyć "Czarodziejską Górę", ale Castorp do spółki z Settembrini'm tak mnie irytują...
Po drodze "połknęłam" już kilka książek. Między innymi "Różę Selerbergu" Ewy Białołęckiej - bardzo zabawna książka (choć okładka trochę odstrasza). Mimo, że fantastyczna, traktuje raczej o ludziach i to młodych ludziach. No, ale jako fantastyczna odpada dla osób, które fantastyki nie czytają. Ich strata. Ja nadal czekam na ciąg dalszy Kronik Drugiego Kręgu, tych już typowo* fantastycznych o magach i smokach, choć nietypowych. Założenia tamtego świata są naprawdę fascynujące!A w między czasie zajadam się "budyńkami" z tapioką i usiłuję choć krótkiego posta sklecić.
Tylko jakoś się nie składa. (W między czasie były na obiad zielone szparagi z sosem pseudobeszamelowym i potrawka z kurczaka z czubricą i cukinią, na kaszy jęczmiennej, perłowej [pyszna!] tylko jakoś nie były to potrawy wystarczająco extraordinary, żeby się nimi chwalić)

Panny kotki z tapioką** w wersji kawowej
2 szklanki śmietanki kremowej (30% lub 36%),
2 szklanki mleka,
1/2 szklanki tapioki,1/2 szklanki cukru,
1 łyżka*** kawy rozpuszczalnej
1,5 łyżeczki żelatyny

Sos kawowo-kakaowy
2-3 łyżki śmietany (u mnie 18%)
2 łyżki gorzkiego kakao1,5 łyżki kawy rozpuszczalnej (mozna rozpuścić w łyżce gorącej wody)
1-2 łyżki cukru


Przepis pożyczam sobie regularnie z Every Caka You Bake. Z tym że ja nie dodaję warstwy owocowej, zamiast wanilii dodaję co rusz to coś innego (to kawę, to cynamon) i foremki mam inne (bardzo wygodnie jest robić ten deser w małych silikonowych, bo łatwo się zdejmują i nie trzeba ich moczyć w gorącej wodzie) Tym razem dałam wyjątkowo mało cukru (źle przeczytałam, ale w przepisie podaję tyle ile dodałam), było jednak wystarczająco słodkie i uwydatniła się kremowa konsystencja deseru.
opis wykonania podaję za Komar:
Tapiokę ugotować w mleku z cukrem (około 10 minut aż perełki staną się przezroczyste i miękkie)****. Dodać śmietankę i ponownie podgrzać całość do czasu aż zacznie wrzeć, ale nie gotować. 1,5 łyżeczki żelatyny rozpuścić w łyżce gorącego mleka i rozprowadzić z gorącą śmietanką z tapioką. Wlać do foremek i pozostawić do stężenia.

Sos robi się przez dokładne wymieszanie wszystkich składników. Polewamy nim stężały deser i delektujemy się.

A delektując się, staramy się nie patrzeć za okno. Przynajmniej w moim przypadku, bo rozstroju nerwowego dostać można, zwłaszcza jeśli nie planowało się posiadać jeziora dookoła domu.
(tu poniżej to nie jest, wbrew pozorom, rzeka - to droga do sąsiadów, a przynajmniej nią była zanim spadł deszcz)



*jeśli o fantastykę chodzi, to ciężko mówić o czymś typowym. W końcu niemalże założenie tego "gatunku" polega na wymyślaniu nowych światów, na niezwykłym pomyśle, magii i lekkim piórze. Dla mnie typową fantastyką jest taka, w której występują magowie w dowolnej postaci i brak jest elementu "science-".
** tak moi rodzice nazywają ten deser, a ja zaadoptowałam ta nazwę, bo nie jest to typowa na panna cotta
*** łyżka = łyżka stołowa, średnio płaska; łyżeczka to łyżeczka do herbaty
****dodatki w postaci kawy, wanilii czy cynamonu lądują w garnuszku właśnie w tej fazie

wtorek, 23 lutego 2010

W niedzielę dziadkowie podarowali nam tulipany. Były wtedy nie rozwinięte, a dziś już zwiędły. Wszystkie oprócz jednego.To trochę jak u nas w domu. Tylko ja jedna nie jestem jeszcze chora. Mama z bratem kaszlą, Konrad wymiotuje.
A dziś na zajęciach omawiany był imbir. Na taką chorobę jak znalazł i hamuje nudności, wymioty i obniża gorączkę.
Pochodzi z Indii i z Malezji, uprawiano go już 5 tysięcy lat temu!
Ma całkiem sporą rodzinę. Należy do niej aż 80 rodzajów*, a ten najbardziej znany to
Zingiber officinalis z rodzaju Zingiber (po polsku - Imbir).
Cała rodzina to rośliny jednoliścienne ( czyli "średnio skomplikowane" należą do nich między innymi trawy**)
Imbirowate to rośliny wieloletnie, tworzą kłącza*** i pseudo-łodygi, które w rzeczywistości są zachodzącymi na siebie pochwami liściowymi. To trochę tak jakby całe ramie składało nam się z nachodzących na siebie dłoni. Kwiaty zebrane są w kwiatostany - kłosy, ale sam Imbir w rezultacie długiego (nawet jak na historię gatunku) uprawiania go i rozmnażania wegetatywnie zatracił zdolność do wytwarzania owoców, a nawet jak jakiś cudem mu się to uda, to nasiona są nieżywotne.
Uprawia się go w Indiach, Jamajce, w zachodniej Afryce i Chinach (w Japoni, Malezji i wschodniej Azji też, ale to już inne gatunki) w zależnośc8i od miejsca uprawy ma różny skład, różną jakość, różne przeznaczenie, a nawet zbierany jest w inny sposób.
Jamajski przedstawia sobą największą wartość, zwykle sprzedawany jest w formie okorowanej, następny w "kolejce" jest malabarski (od wybrzeża Malabarskiego na półwyspie Indyjskim), który jest okorowywany całkiem lub częściowo. Najgorszej jakości jest imbir zachodnioafrykański, on sprzedawany jest nieokorowany (co by znaczyło, że ten kupowany w supermarketach jest właśnie stamtąd). Chiński to trochę inna para kaloszy sprzedawany jest zakonserwowany, w syropie lub pokryty lukrem. Do tego celu nie powinien być włóknisty dlatego zbiera się go zanim dojrzeje (zielone i miękkie kłącza;"inne imbiry" zbiera się kiedy "łodygi" zaczynają żółknąć i zasychać). Muszę tutaj nadmienić, klacze imbiru jest troszkę dziwne, ma wyjątkowo duży stosunek walec osiowy/ kora pierwotna. Co ciekawe właśnie w korze pierwotnej (a zwłaszcza tuż pod skórką) znajduje się najwięcej komórek olejkowych, którym to (a właściwie olejkowi w nich zawartemu) imbir zawdzięcza swój zapach, smak i właściwości. Okorowany imbir jest więc łagodniejszy w smaku.
Jednak wracając do olejku głównymi odpowiedzialnymi za ten smak i zapach są zingiberd (alkohol monoterpenowy) i zingiberen (terpen, a nawet seskwiterpen)****, ale również substancje żywicowe pod wspólną nazwą gingerolu.
Imbir hamuje nudności, wymioty (składnik środków na chorobę lokomocyjną, podawany do żucia marynarzom, a nawet stosowany przez kobiety w ciąży pod postacią "wód imbirowych") pobudza wydzielanie soków żołądkowych i łaknienie, działa przeciwrobaczo ( może właśnie dlatego marynowany imbir jest cennym towarzyszem sushi?) przeciwgrzybowo i przeciwmiażdzycowo. wyłąpuje wolne rodniki, zbija gorączkę i działa napotnie. I pachnie zdecydowanie lepiej od czosnku !A to już jest mój kotek balansujący na płocie (w tle dom sąsiadów). W sumie trochę podobny do imbiru słodki (czy wspomniałam, że imbir ma 67 kcal w 100g?), a jednocześnie ostry (zwłaszcza pazury!). Zdjęcie robione przez okno = koszmarna jakość.


Sprawdzając czym właściwie jest zingiberen wpadałam na blog chemiczny. Nie miałam pojęcia, że istnieją takie rzeczy, ale właściwie czemu nie ?
Wprawdzie sama synteza i jej planowanie to sprawa niesłychanie skomplikowana i mój chemik choć się starał nie zdołal nikogo z nas do niej przekonać. To zabawa dla takich Krzysiów*****, to tak jak Jotsimy (Jednoczesne studia matematyczno-informatyczne) "rozwalają" dla zabawy całki. Normalnemu człowiekowi mózg się przepala jak zaczynają tłumaczyć "podstawy", ja wprawdzie do końca normalna nie byłam i nawet planowałam "przyszłość" w kierunku chemii (startowałam w olimpiadzie), ale okazałam się zbyt mało chętna do samodzielnej nauki, zbyt tępa na niektóre
dziedziny ( z "podstawowej" chemii miałam na zmianę 6-tki i 3-ki - zależało od działu).Zwłaszcza izomeria optyczna okazała się dziedziną ponad moje siły.
Ale nie o tym chciałam. Dowiedziałam się przy okazji, że "Chemia organiczna to zajęcie polegające na transmutacji wstrętnych substancji w publikacje" i że taki blog potrafi być naprawdę fascynujący.

Przyszedł Maciek i zażyczył sobie grzanek z jajkiem sadzonym, więc wróciłam do bardziej intuicyjnej i mniej meczącej chemii czy też jak kto woli magii. Oto rezultaty:
Grzanki natarte czosnkiem (wielokrotnie wspominane na Strawberries from Poland) i jajko sadzone + przyprawy, lub w drugiej wersji szyneczka i serduszko z papryki. Nadal nie jestem pewna czy to bardziej przekąska, danie obiadowe czy też kolacja


* do rodziny należy też kardamon czy kurkuma
**trawy należą do jednoliściennych, nie do imbirowatych
*** to co kupujemy i spożywamy to właśnie kłącza, nie korzenie. Kłącza są spłaszczone, mają palczaste odgałęzienia, beżowo-brązową skórkę i niektórym przypominają dłoń (dość zdeformowaną jak na mój gust)
**** oczywiście to są głowni odpowiedzialni, ale głównym odpowiedzialnym za aromat wanilii jest wanilina, a wszyscy wiemy, że cukier wanilinowy to nie to samo co cukier waniliowy
***** u mnie w liceum najgenialniejszy chemik - Krzyś, chłopak, który w 6 klasie podstawówki zainteresował się chemią, a w 1 liceum był już laureatem olimpiady chemicznej (5 w Polsce!) duma i udręka naszej pani wice-

środa, 17 lutego 2010

magiczna zagadka

Wiera chyba wyczuła, że dziś jest Światowy Dzień Kota (ja dowiedziałam się dziś popołudniu).O 7 rano wparowała do domu. Zakrzyknęła cienkim głosem szukając domownika, który nie jest pogrążony w słodkim śnie. Ja udawałam, że śpię, ale kot nie dał się oszukać. Wibrysy są doskonałym testerem, przesuwa się nimi po ludzkim nosie i od razu wiadomo. Po prostu nie da się nie podrapać!
Głośno mrucząc wpakowała mi się ze swoim zimnym zaśnieżonym i zaczynającym ciec futerkiem na szyję.
Pogłaskałam, co miałam zrobić? Pomruczałyśmy, poleżałyśmy sobie jeszcze chwilę po czym kot uznał, że mycie się na mnie, nie jest szczytem luksusu i wybył, a ja obróciłam się na drugi bok i wróciłam do snu.

Z opisywania mojego kota zrezygnuję (choć z wielkim żalem). Bo kot to towarzysz będący "magiczną zagadką" (podczytane tu) i zarazem niekończące się opowieść. Opowiadam anegdotki, zachwycam się, wracam do tematu i niemal gaworzę mimo, że wiem, że dawno już znudziłam rozmówcę już 10 minut temu. Dlatego nie będę zaczynać.**Wrócę lepiej do mojego fascynującego dnia.

Parę godzin później, już na uczelni siedziałam udręczona i słuchałam po raz enty wykładu o przygotowaniu rozsady gęsto przetykanego ŻŻP*. Tym razem o rozsadzie słuchałyśmy na Mechanizacji ogrodnictwa (wcześniej na warzywnictwie, roślinach ozdobnych i szkółkarstwie). W tym semestrze mamy same "arcyciekawe" przedmioty. Rozumiem, że są przydatne w życiu, wiem, że plan wcale tak łatwo się nie układa, ale od jakiegoś czasu zasadą jest, że w środy mamy najnudniejsze, najgorsze i najbardziej usypiające przedmioty. Osobiście najbardziej chyba nie lubię śród. Potem to już z górki (zwłaszcza przez najbliższe 5 tyg, bo mamy czwartki i piątki wolne !).
Myślę, że mogę się podzielić rarytasami z tego co dziś się dowiedziałam:

"Rynek to miejsce gdzie spotyka się podaż i popyt, a z ich gry powstaje cena" - niemal jakby to był Pan Popyt i Pani Podaż i mała Cenka
do maszyn wolno nam się zbliżać tylko w miniówkach (ŻŻP)
a ciągnik ma trzypunktowy układ zawieszenia składający się z dwóch dolnych czepig (pięknie brzmi)i jednej górnej posiadającej śrubę rzymską (taka, którą kręcąc wydłużamy lub skracamy ramie czepigi)podwójne sprzęgło i podzielny hamulec. A ja myślałam, że traktor to traktor.

*Żałosny Żart Prowadzącego
** powiem tylko, że dwa pierwsze zdjęcia pochodzą z początków bytowania Wiery w moim domu i są robione dobrym aparatem Maćka ( pokazywał je każdemu, kto niewystarczająco stanowczo odmawiał, był zakochany w moim kocie prawie tak jak ja). Kolejne są już bardziej współczesne.A na zdjęciu nieprzedstawiającym kota jest czepiga górna, ta z rzymską śrubą

środa, 10 lutego 2010

nawał pracy w czas wolny


tak więc:
pan introligator się przeraził jak zobaczył co zostało z mojej (nie mojej, pożyczonej, ale na szczęście nie jest trudna do odkupienia) książki. Okazuje się, że książek absolutnie nie suszy się na kaloryferach. Teraz mam wyprasować każdą stronę z osobna i wtedy przyjść, zobaczyć co się da zrobić. To mam trochę roboty na najbliższe dni. A i tak miałam, spotykam się z ludźmi (zupełnie jak nie ja), szyję sowę z cyklu moja menażeria (w planach mam jeszcze nosorożca i ślimaka) przepisuję dla Maćka sonety i inne wiersze (byłam dziś w tym celu na zakupach, ale o tym niżej), chciałabym wziąć się za czytanie, a teraz będę jeszcze papier prasować. Ale tak swoją drogą to wcale nie byłaby zła praca. Zostać introligatorem, pracować nie tylko z książkami, ale jeszcze w dodatku z książkami z duszą i historią, pożółkłym papierem i tym charakterystycznym zapachem. Być doktorem książek.
Problem polega tylko na tym, że ja mogłabym być również florystką (kwiaciarką po polskiemu) zawodową kucharką, właścicielką kawiarni lub piekarni, pracownikiem naukowym lub wytwórcą zabawek. Tylko, że prawdopodobnie nie starczy mi zapału i odwagi, żeby zrealizować choć jedno z tych marzeń (choć nad pójściem do szkoły gastronomicznej, jak zostanę inżynierem, poważnie się zastanawiam, albo pójściem na florystykę, a najchętniej jedno i drugie)
Ale wróćmy do zakupów. Lubię chodzić do sklepów dla plastyków*, właściwie nie lubię przebywać tylko w supermarketach, sklepach obuwniczych i na dłuższą metę w sklepach z ubraniami. Resztę lubię (no dobrze, mięsne i rybne też nie są zachwycające)
Pod spodem pysznią się moje zakupy:
"Antoniusz i Kleopatra" Szekspira, oczywiście. Wprawdzie nie w tłumaczeniu Barańczaka, ale też nie Słomczyńskiego
brązowy * atrament
stalówka
prezent dla mojego młodszego brata "miedzioryt"**
2 arkusze kremowego papieru
i kot, ale kota nie kupowałam. Mam ją już od jakiegoś czasu, ale skoro się zainteresowała i tak ładnie się komponowała... (teraz żałuję***)

Nie ma na zdjęciu natomiast jeszcze jednego mojego zakupu, czyli tomu wierszy zebranych Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej. Jest tak dla tego, że ma paskudną pastelowo-różową okładkę i jakiś kiczowaty portrecik na niej. On by się do zdjęcia nie komponował. Natomiast widać go na pierwszym zdjęciu (wystaje z torby obok pudełka w którym są teraz "Całuski...")
Nie ma tez tulipana, ale znajduje się za to poniżej.

Kupiłam go sobie razem z kawałkiem chałki wracając z poczty.
Niektóre kobiety pewnie uznają, że kupowanie sobie kwiatów jest poniżej ich godności, a inne nie tylko sobie kupią, ale i będą usiłowały wmówić innym, że dostały od wielbiciela (tylko nie jestem pewna, czy zasługują wtedy na miano kobiety). Ja dostałam tulipana od siebie.

Jeśli chodzi o "obiadową" chałkę to pewnie postąpiłam bardzo niezdrowo, ale za to jak smacznie. Bardzo lubię świeżą chałkę posmarować masłem (no dobrze margaryną), posypać cukrem wanilinowym****. Tym razem popijałam ją kaaem i zagryzałam wiśniami z becherovki. Pycha!
Mam prawdopodobnie dość nietypowy sposób przyrządzania kakaa. Nie przepadam za mlekiem. Właściwie toleruję je tylko w postaci drinka z likierem Malibu i zimnego kakaa. Dlatego do kubka wlewam tylko troszkę mleka i podgrzewam je w mikrofalówce (jedno z częstszych zastosowań tego sprzętu) Wsypuję kakao (rozpuszczalne), które w ciepłym mleku rozpuszcza się idealnie, a następnie ciemno-brązowy płyn zalewam zimnym mlekiem z lodówki. Czasem dodaję jeszcze łyżeczkę kawy rozpuszczalnej (do ciepłego) albo jakiś likier (Bailey’s/ kawowy/kokosowy) Mogłabym rozpuszczać kakao od razu w zimnym mleku, ale wtedy robią się grudki suchego kakao, które mnie bardzo irytują.

Stojąc na poczcie zobaczyłam reklamę znaczków personalizowanych. Mnie podoba się ten z jabuszkiem i chyba nawet zamówię. Zrobię Maćkowi niespodziankę. Dużo ma tych prezentów : "Antoniusza i Kleopatrę", dwa arkusze wierszy (jeszcze nie zrobione, ale właśnie się zabieram. No i miał być jeden, ale będą dwa[jeden z sonetami, jeden z Jego ulubionymi wierszami) znaczki, tort, no i jeszcze walentynka i listy. Ale 22 urodziny ma się tylko raz. A i ja coś z tego będę miała: jeden egzemplarz znaczka sobie zostawię przecież, zostanie brązowy atrament i papier pakowy, którym owinięty był "prawdziwy", docelowy papier. Ten będzie dla mnie do rysowania pastelami. Nadaje się jak żaden inny, a ja lubię pastelami rysować( i w porównaniu z innymi środkami chyba nawet mi wychodzi ). Może kiedyś pójdę do Maćka i zrobię zdjęcia moim bohomazom ?
Na razie mam zdjęcie tych, które wykonałam na własnych paznokciach. Zwykle ich nie maluję bo albo zapominam je potem zmyć, albo nie ma zmywacza (a ja zapominam kupić i na jedno wychodzi), ale poprawianie sobie humoru właśnie trenuję i ulegając walentynkowym nastrojom (nie żeby w domu były 3 rodzaje czerwonego lakieru i 1 zestaw da manikiuru francuskiego) popełniłam to
(nie wiem czy widać, na serdecznym są serduszka. One wyszły najlepiej)


* sepia! - powiedział pan w sklepie. Zresztą b. miły pan co mnie zaskoczyło, bo poprzednio w tym sklepie byłab. opryskliwa pani
** złota folijka zadrukowana na czarno z zarysami gdzie zdrapywać. Z serii zrób swój własny obraz - kolorowankę. Tylko, że tu jest to "miedzioryt"
*** nie podejrzewałam, że można okocić nawet papier!
****to musi być dopiero niezdrowe! Jutro kupię cukier i zrobię sobie własny waniliowy cukier

czwartek, 4 lutego 2010

hiacynty w słoiku

Wczoraj obudziłam się wczesniej niż planowałam wstać. Telefon się rozładował i piszczał w regularnych odstępach czasu. Niezwykle irytujące, na tyle, że nawet wstałam z łózka i poszłam go odłożyć do ładowania. Wracając zostałam przyuważona przez kota, dospać już nie dospałam, ale za to resztę czasu pozostałą do wstania spędziłam z futrzanym, prześlicznie mruczącym kołnierzem na szyi. Kotek ma cudnie mięciutkie i niesamowicie miłe futerko i bez żalu wybrałam głaskanie kota. Szkoda tylko, że łapki boleśnie wbijały mi się w obojczyk, a potem kotek się obraził, bo przy okazji głaskania odkryłam mnóstwo nieładnych kołtunów i musiałam kotka wyczesać.
Również wczoraj dostałam od Maćka upragnione kwiatki. Muszę przyznać, że byłam bardzo bardzo zaskoczona dobrym gustem M. w tej materii*. Są to przecudowne, niebiesko- filetowe hiacynty przybrane jakimś rodzajem paprotki i asparagusa. W całym domu pachnie obłędnie, słodko i kwiatowo. Naprawdę ślicznie. Mam nadzieję, że będą długo stały, zwłaszcza że Maciek w sobotę wyjeżdża i będę bardzo tęsknić.
























A w sesji zdjęciowej oprócz bukietu udział wzięły: łazanki** i świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Którymi to raczyliśmy się na obiad.

Łazanki: (podaję proporcje na 2 osobową porcję)
~400g białej kapusty, świeżej
~70 g boczku wędzonego (ja miałam w plastrach)
2 garści suszonych grzybów
makaron typu łazanki
sól pieprz maggi

Kapustę kroję na drobne"prostokąciki" (liście są płaskie - figura płaska) i gotuję aż będą miękkie w wodzie osolonej wegetą (moja mama tak zawsze robi), gotuję makaron, kroję w kosteczki boczek i podsmażam w sporej ilości tłuszczu. W tym czasie gotuję grzyby, które potem pokroję najdrobniej jak się da. Reszta polega na połączeniu składników (ja tłuszcz z boczku zawsze dodaję do makaronu, raz, że decyduje o smaku potrawy, dwa, że makaron się potem mniej skleja) dopieprzyć i dosolić do smaku. Potrawa prosta i mniej czasochłonna niż myślałam, a mogłabym ją jeść na około.

Natomiast dziś byliśmy u kolegi Maćka na planszówkach***, a potem poszliśmy na Avatara. Film świetny. Zdjęcia i efekty przecudne, zwłaszcza świat był przepiękny. Te wiszące, pływające góry, wodospady i fluoryzujące lasy. Wrażenia nie do opisania. Nie dziwię się, że są ludzi, którzy na to chodzą po kilka razy. Ale oczywiście jest "ale". Fabuły oryginalnej się tak naprawdę nie spodziewałam i nie była, ale do momentu wyznania głównego bohatera było naprawdę dobrze. Tylko potem zrobiło się bardzo wzniośle, bohatersko, amerykańsko i głupio. Od byłego marines człowiek spodziewałby się odrobiny znajomości taktyki i lepszego panowania nad emocjami. Niestety zniwelował praktycznie każdą przewagę, którą "niebiescy" mieli nad ludźmi i rzucił nieuzbrojonych na frontalny samobójczy atak tam, gdzie partyzantka sprawdziłaby się o niebo lepiej. Gdyby nie to planeta nie musiałaby mu przychodzić z pomocą (paaatos) i obyłoby się bez kilku rzewnych scen. Sama końcówka była zbyt patetyczna i wzniosła jak dla mnie i sporo obniżyła moją opinię o filmie, który jednak po mimo to był zajebisty****
* i pewnie zadowoliłabym się czymś mniej ... spektakularnym (ale ciii)
** moje absolutnie ulubione danie. Mogłabym się żywić łazankami i zupą grzybową na okrągło
*** pięciu informatyków (a informatycy to ludzie specyficzni)... nie lubię jak M. zaczyna rozmawiać o swoim przyszłym zawodzie, a jak ich było pięciu !
**** wiem że kląć nie wypada, ale film był odlotowy i wciskał w fotel, a jeszcze strona estetyczno wizualna (...!), jednym słowem inaczej się tego wyrazić nie da

czwartek, 21 stycznia 2010

Wiera

"Ups chyba Ci kapelusze spadły"