Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ananas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ananas. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lutego 2012

torty dwa

aaaa były sobie torty dwa...
Sprawa wygląda następująco: urodziny M. były 25, a ja bezczelnie i totalnie egoistycznie pojechałam na Gardenię 24. Wróciłam wprawdzie na popołudnie 25, ale było za późno żeby piec tort (no chyba, że zamierzałam się z jubilatem w ogóle nie spotykać). Tort nr 1 czyli ananasowy powstał więc w niedzielę. Miał w sumie powstać w środę, ale była przecież Środa Popielcowa... jakoś tak się z nim nie składało mimo, że wymyśliłam go przecież zawczasu, zakupiłam wszystkie składniki i wystarczyło upiec. Tylko nie miał kto jeść.
Składa się z: cytrynowego biszkoptu (przepis zaczerpnęłam od Liski), musu ananasowego (pomysł na mus i dekorowanie liśćmi ananasa ściągnęłam z Kwestii Smaku]) oraz kremu aromatyzowanego ananasowym karmelem (z pieczonego ananasa).

Tort był delikatny i nie za słodki. Jak dla mnie odrobinę zbyt śmietanowy w smaku, ale wszyscy inni chwalili.
Jestem za to bardzo zadowolona z dekoracji-patrzę na ten ananasowy kwiatek i pękam z dumy.

tort ananasowyLink1,5 średniej wielkości ananasa (tyle będzie potrzeba, ale polecam tego drugiego upiec w całości)
szklanka cukru
2 łyżki mąki ziemniaczanej
na blaty
5 dużych jajek, w temperaturze pokojowej
80 ml oleju roślinnego
Sok i skórka starta z 1 cytryny
150 g mąki pszennej, przesianej przez sitko
1 i 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
150 g cukru
krem
250 ml śmietany kremówki
250g sera masacarpone


Na początek upiec ciasto -Piekarnik nagrzać do 175 st C. (funkcja: pieczenie góra-dół)
Miękkim masłem posmarować spód formy do pieczenia
Żółtka połączyć w średniej misce z olejem, skórką i sokiem z cytryny i dobrze ubić.
Mąkę przesiać przez sitko, połączyć z proszkiem do pieczenia i używając drewnianej łyżki, wmieszać suche składniki do masy z żółtkami uważając, by nie było grudek.
Aby zrobić bezę, białka wlać do miski i ubijać - najpierw na wolnych obrotach by białka napowietrzyć, dodać cukier, zwiększyć obroty do jak najwyższych i ubijać ok. 5 minut, aż masa będzie sztywna.
Używając łopatki, delikatnie wmieszać bezę do masy.
Przełożyć masę do formy. Wygładzić wierzch i piec 35-45 minut. Ciasto powinno by rumiane.
Formę z ciastem wyjąć z piekarnika i ostudzić zanim je z niej wyjmiemy.

Ananasy obrać (wymyć nóż, w skórce są substancje, które mogą powodować podrażnienia, można zostawić kilka ładnych listków do dekoracji) Podgrzać cukier (szklanka) z 2 łyżkami wody, a kiedy nabierze złotego koloru i się rozpuści, dolać wody i mieszać aż wszystko ponownie się rozpuści. Podgrzać piekarnik do temperatury 200°C. Ananasa umieścić w naczyniu żaroodpornym polać owoc karmelem i wstawić do piekarnika. Piec jakieś 45 minut przewracając co jakiś czas i polewając karmelem.
Drugiego ananasa pokroić w kostkę i zmiksować. Pulpę anansową (można odcisnąć trochę soku, żeby potem dodać go do karmelu) podgrzewać w garnuszku do wrzenia. Mąkę ziemniaczaną rozmieszać 2 łyżkami wody i dodać do gotującej się masy ananasowej, wymieszać (pulpa zgęstnieje -kisiel) . Ostawić wszystkie składniki (łącznie z pieczonym ananasem) do ostygnięcia.

Po ostudzeniu wszystkiego pokroić ciasto na 3 blaty. Ubić na wysokich obrotach śmietanę kremówkę (mocno schłodzoną!), na sztywno i stopniowo dodawać ser mascarpone. Pod koniec ubijania dodać po łyżce karmelu w którym był pieczony ananas (do smaku). Skroić połowę pieczonego ananasa i wymieszać z pulpą-kisielem ananasowym. Przekładać ciasto - od dołu mus ananasowy, druga warstwa ciasta, krem, trzecia warstwa ciasta, krem i dekoracja.
Kwiatek jest z cienkich plastrów pieczonego ananasa - należy wykroić z nich środek (łykowaty) pierwszy ułożyć spiralnie na środku ciasta, resztę pokroić na mniejsze fragmenty i delikatnie wciskać pod pierwszy plaster. Obramować pozostawionymi liśćmi.

Uwaga:
Ja piekłam w małej tortownicy o średnicy 20 cm (i część ciasta powędrowała do foremek na muffinki - mój brat, który odmówił jedzenia tortu był bardzo z tego powodu szczęśliwy) jeśli forma będzie większa, trzeba zwiększyć ilość kremówki, bo kremu zabraknie.
Natomiast musu mi zostało (i wylądował jako farsz do naleśników mlask!), więc o to martwić się nie trzeba

a resztę pieczonego ananasa można spożytkować zgodnie z oryginalnym przepisem

Drugi tort można nazwać puszkowym. Pytałam M. jaki chciałby tort. Jaki owoc, jaki tylko chcesz. Myślałam raczej o dowolnie egzotycznym owocu, ale On zażyczył sobie tortu brzoskwiniowego! Nie brzoskwinio- marakujowego. Brzoskwiniowego. Ze względu na brak sezonu brzoskwinia była z puszki i ze słoika.
Wydaje mi się, że tort, a zwłaszcza krem był trochę za mokry przez co dekoracja trochę kulała (jakby ktoś miał wątpliwości to postać na torcie porusza się o lasce - staruch już z tego M.), ale mus brzoskwiniowy był naprawdę dobry, kwaskowaty i niezbyt słodki (podobnie krem był niezbyt słodki). Najwięcej słodyczy było w biszkopcie.
tort brzoskwiniowy (z puszki)
duża puszka brzoskwiń w syropie
słoik dżemu brzoskwiniowego niedosłodzonego
sok z jednej cytryny
250 ml śmietany kremówki
500 g serka masacrpone
miodu (do smaku )
łyżka stołowa żelatyny
łyżka stołowa mąki ziemniaczanej
(biszkopt "rzucany" z tego przepisu)
5 jajek
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej


Brzoskwinie wyjąć z zalewy (którą zostawiamy), zmiksować połączyć w garnuszku z sokiem z cytryny i dżemem i podgrzewać. Żelatynę rozpuścić w niewielkiej ilości wody i dodać do brzoskwiń. Całość zagotować, mąkę ziemniaczaną rozprowadzić niewielką ilością wody i dodać do wrzącego musu (żeby zagęścić), rozmieszać dokładnie i odstawić do ostygnięcia.
(biszkopt)
Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (ja to robię na bardzo wolnych obrotach miksera).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm wyłożyć papierem do pieczenia Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (lub dłużej, do tzw. suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.

Śmietanę ubić na sztywno, dodawać stopniowo serek , a pod koniec ubijania powoli zalewę z brzoskwiń (można dosłodzić do smaku miodem). Przekładac biszkopt najpierw porządnie schłodzonym musem, potem kremem, resztę kremu można zabarwić i użyć do dekoracji.

czwartek, 11 marca 2010

życie bez przypraw jest jak zupa bez soli





Ostatnio moje życie jest całkiem nieźle przyprawione. I różnorodne pod względem nauki, towarzystwa i pełne egzotycznych przypraw.

W niedzielę zrobiłam Maćkowi granolę. Zwykle jada musli tropikalne. Z jakieś powodu smakują mu kandyzowane ananasy, melon i inne podobne paskudztwa, uznałam, że do tego zestawu pasuje imbir (cynamon, który był w przepisie nie, więc z niego zrezygnowałam).

Imbirowa granola
(przepis zaczerpnęłam stąd ale Ania "wzięła go od Nigelli")
baza:
300 g płatków owsianych
150 ml jabłkowego, naturalnego soku
4 łyżki miodu
50 g brązowego cukru
3 łyżki oleju
2 stołowe, czubiaste łyżki mielonego imbiru
½ łyżeczki soli

dodatki:
szklanka obranych migdałów
3/4 szklanki sezamu
opakowanie kandyzowanego ananasa
garść suszonego melona pokrojonego w drobne kosteczki
3/4 szklanki rodzynek
garść posiekanych orzechów laskowych

Wszystkie składniki bazy, sezam, pokrojone migdały (każdy przekrajałam na 3-4 części) i posiekane drobno orzechy laskowe lądują w misce. Mieszam, układam na dużej blasze (i na papierze do pieczenia) i piekę w temp. 180*c przez 20 minut. Mieszam i piekę przez kolejne 20 minut.

Również w niedzielę o godzinie 23 piekłam drożdżówki z dżemem, ale się nie pochwalę, bo nie ma czym. Chyba tylko dobrymi chęciami.
We wtorek znów były zajęcia specjalizacyjne. Bardzo, ale to bardzo żałuję że jest ich tylko 5 tygodni. Są fascynujące (choć moje koleżanki marudzą).
Tym razem mówiłyśmy o migdale zwyczajnym (Prunus amygdalus), sezamie indyjskim (Sesamum indicum), drzewie muszkatołowym(Myrystica fragrans), goździkowcu korzennym(Syzygium aromaticum), kaparze ciernistym(Capparis spiniosa), szafranie uprawnym(Crocus sativus) i kakaowcu właściwym (Theobroma cacao)

Jeśli chodzi o migdał, sezam i gałkę to jadamy wyłuskane nasienie, przy czym migdał i gałka* to drezwa, a sezam to krzew.

Migdałowiec dorasta do 10 m (nie mówię o formach ozdobnych) ma charakterystyczną szarą korę, bardzo dekoracyjne kwiaty** i kwitnie bardzo wcześnie. Czasem nawet już w lutym, zanim rozwinie liście. Jego owoc, podobny do zielonej moreli nie zmienia barwy nawet dojrzały i jest niejadalny. Nas interesuje zawartość pestki, choć w krajach gdzie migdał jest uprawiany jada się też niedojrzałe, całe owoce, a także pija się napój zwany orszadą powstały z niedojrzałych zmielonych migdałów i mleka.
Kiedyś czytałam, że skórki z migdała zawierają śladowe ilości arszeniku i można jedząc migdały się częściowo na arszenik uodpornić. To bzdura, sam migdał nie zawiera arszeniku. Jedna z odmian botanicznych migdała zawiera amygdalinę, która dopiero w wyniku hydrolizy rozkłada się do cyjanowodoru. Ale jest to forma "gorzka" i mało się jej uprawia, jest przeznaczona do tłoczenia oleju i olejków. Amygdalina nie rozpuszcza się w tych tłuszczach więc olej jest całkowicie bezpieczny i od niej wolny. Natomiast my jadamy migdały "słodkie" (Prunus amygdalus var sativa / dulce)
Muszkatołowiec jest drzewem wyższym, w stanie dzikim dorasta nawet do 25 m. Ma skórzaste wonne liście, a olejek eteryczny zawiera również kora i oczywiście nasiona. Owoce i nasiona przypominają avocado, są tylko mniejsze oraz owoc jest żółtawy, a nasienie oplecione jaskrawo-czerwoną osnówką.
Ta osnówka jest również przyprawa i przedmiotem handlu. Obok gałki muszkatołowej zwykle sprzedawane w całości (i np. Arabowie ścierają ją sobie na bieżąco do kawy) lub w proszku przedawany jest "kwiat muszkatołowy", będący niczym innym jak wysuszoną osnówką. Zawiera trochę mniej olejku, więc jest delikatniejszą przyprawą, nie zawiera skrobi, a tłuszczy w nim mniej niż w nasieniu. Jest lekki i zbiera się go mało, dlatego jest dużo droższy.
Same jądro nasienne ma 437 kcal w 100 g więc jest dość kaloryczne, ale zawiera też dużo magnezu oraz olejek eteryczny w którego skład wchodzi mirystycyna, która jest substancją halucynogenną, w krajach gdzie jest uprawiana niektórzy ją żują "na surowo" właśnie ze względu na jej halucynogenne właściwości oraz żeby zagłuszyć głód. Jednak wymaga to sporego samozaparcia. Oprócz tego i swojej roli w kuchni może służyć jako środek poronny, ale także przy leczeniu reumatyzmu, bezsenności oraz wspomaga trawienie.
Ciekawa jest budowa i wygląd przekrojonej gałki. Tam gdzie z łupiną nasienną stykała się osnówka w gałce są bordowe "żyłki" to obielmo, tylko dość nietypowo usytuowane.
Kiedyś Holendrzy starali się ograniczyć uprawę muszkatołowca tylko jednej wyspy (Moluki), ale przeszkodził im "wredny" gołąb który żywił się owocami muszkatołowca i je przenosił na inne wyspy we własnych jelitach.

Goździki, kapary i szafran to natomiast kwiaty, albo przynajmniej części kwiatu.
Dwa pierwsze to pąki kwiatowe (w goździkowcu jak się przegapi 2-dniowy termin zbioru można zebrać owoce, ale one są mniej wartościowe), w przypadku kaparów są one jeszcze marynowane w occeie lub solance, a goździki tylko suszone. Jakość goździków zależy głownie od tego skąd pochodzą***, a kaparów od stopnia rozwinięcia pąków w momencie zbioru (stąd 3 typy handlowe 1. nonpareilles 2. surfines 3. capicines z czego ostatnie są największe, najbardziej rozwinięte i najbardziej "puste") W krajach "produkcyjnych" jada się świeże i marynowane młode liście a nawet gałązki. Są traktowane jak nasz śledzik - pod wódeczkę, a korzenie się spala i z popiołu robi substytut soli. Natomiast substytutem kaparów może być knieć błotna (ryzykowne, bywa trująca) nasturcja większa (b. podobna tylko pąki i liście większe, ale można i liście i kwiaty jadać w sałatkach, albo na kanapkach****) oraz żarnowiec miotlasty.
Szafran najdroższa przyprawa świata to znamiona słupka jednego z gatunków krokusa. Wiadomo, swoją cenę zawdzięcza temu, że choćbyśmy nie wiem jak się starali to nawet z całego pola krokusów nie wyjdzie go dużo. Znany jest głownie za pośrednictwem bardzo wydajnych barwników. Są to krocyna i krocetyna i znamiona zawierają jej ~2%, a mimo to 1g szafrany potrafi intensywnie zabarwić 100 l wody. Kiedyś za pomocą szafrany barwiono tkaniny, ale trochę go teraz szkoda. Oprócz kuchennego, ma też zastosowanie przy obniżaniu ciśnienia krwi i poziomu cholesterolu w tejże. W Chińskiej medycynie ludowej używany był na uspokojenie (choć może rolę grała tu jego cena ? "Jak drogie to przecież musi działać", albo "muszę się uspokoić, bo jak nie to pójdą i kupią następną dawkę, a mnie na to nie stać")
I tym optymistycznym akcentem chyba już zakończę wtorek. O kakaowcu pisać nie będę, bo to dużo, a najciekawszego czyli jak dokładnie robi się czekoladę nie sposób się dowiedzieć.

Środa na uczelni była jak zwykle nudna, ale za to wieczorem...
Wieczorem wprosiłam się na imprezę do Mai. Bawiłam się świetnie i dowiedziałam się, że jeden z moich byłych kolegów ze studiów jest mi najprawdopodobniej znany dłużej, bo udzielał się na Orbitalu, co i mnie się zdarzało lat temu kilka. Postanowiłam zajrzeć na stare śmieci (ciekawa byłam czy znałam Adriana) i okazało się, że jeden z 2 moich artykułów na Orbitalu nadal wisi w top10. Miło.
U Mai było całkiem miło i trochę dziwnie. Gosia miała zaliczenie z masażu (dnia następnego) więc zostałam wymasowana, Majka co godzinę się mnie pytała, czy jej były nie jest cudowny (całkiem przystojna mężczyzna), a jednym zgrzytem była była obecnego Majki, a wszyscy z jednej klasy w liceum.
No a wczoraj byliśmy u Kwiatka. Raz to ja piłam - Sheridan'sa. Mrrrr. Kwiatek z Mackiem robili dla tego pierwszego kartę postaci. Może wreszcie zagramy w ten Monastyr ?
Dom Kwiatka jest jak dla mnie zbyt nowoczesny, ale drobiazgi są śliczne. Śliczne kieliszki, śliczne szklanki i ... zachwycająca figurka Chińczyka w toalecie.


* właściwie drzewo muszkatołowe, ale to skrót myślowy.A nazwa gatunkowa na to wskazuje, że to drzewo, ale one (nazwy gat.) mogą być mylące
** jak cała jego rodzina - Rosaceae, do której należą między innymi jabłoń morela i wiśnia
***gat. pochodzi z Moluki, ale już 3 w. p.n.e. Chińczycy sprowadzali je na dwór swojego władcy. Przy audiencjach głos można było zabierać tylko mając goździki w ustach.
****ładne kolorowe kanapki !

niedziela, 31 stycznia 2010

Dzisiaj mój dom wypełnia obłędny zapach ananasa w karmelu. Mama wyjeżdżając zostawiła mi ten owoc i nie wiedziałam co z nim zrobić. Dla jednej osoby jest go za dużo, a i nie jestem jego tak wielką fanką. Ale przypomniałam sobie o przepisie, który dawno temu (jako jeden z moich, pierwszych) wycięłam z Elle i zachomikowałam. Przeżyłam chwilę grozy, gdy okazało się, że moje pudełko z przepisami jest puste, chwilę smutku gdy odkryłam, że ananas po mamie jest spleśniały. Ale to było wczoraj. Dziś poprzetwierałam się po domu, poprosiłam Maćka, żeby mi kupił nowego A. jak będzie jechał do mnie (kupił ogromniastego!) i zabrałam się za gotowanie karmelu i pieczenie.

Składniki:

1 ananas

1 szklanka cukru

2 łyżki rumu (u mnie brandy)

1 szklanka wody

Na początek podgrzewamy cukier z 2 łyżkami wody, a kiedy nabierze złotego koloru i się rozpuści, dolewamy wody z rumem i mieszamy aż wszystko ponownie się rozpuści. Podgrzewamy piekarnik do temperatury 200°C i obieramy ananasa. (W przepisie podali, żeby zostawić czybek do dekoracji, ale moim zdaniem to zbędne zwłaszcza, że ja podaję już w plastrach) Następnie polewamy owoc karmelem i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy jakies 45 minut przewracając co jakiś czas i polewając karmelem.

Przepis jest bardzo prosty – jedynym problemem jest polewanie i przewracanie ananasa tak żeby się nie poparzyć, a efekt jest wprost zniewalający. Najlepszy jest oczywiście podawany na ciepło z kulką lodów waniliowych. Pycha!

Ja z lodów zrezygnowałam, gdyż w myśl postanowienia noworocznego wolno mi jeść tylko takie słodycze, które sama wykonam, upiekę itp. a lody waniliowe do tej kategorii nie należą. Podobnie zresztą jak czekolada, ale silna wola silną wolą a czekoladę kocham i żyć bez niej nie umiem, więc symboliczne ilości czekolady są akceptowane jako dodatki do płatków śniadaniowych, albo jak w tym przypadku do ananasa. Na każdym plasterku ułożyłam po połówce pralinki z gorzkiej czekolady lindora, która od razu zaczęła się rozpuszczać. Zdjęć z tego podniosłego momentu nie będzie, bo rzuciłam się na ten deser jakbym od tygodnia nie jadła. Co jest zupełną nieprawdą, ponieważ minutkę wcześniej skończyłam jeść faszerowaną paprykę. Obiad, który zaczęłam robić, kończąc deser; obiad przygotowany niemal od początku do końca „pod Maćka”. Ja nie jestem fanką papryki i jeśli o faszerowane warzywa moją faworytką jest cukinia, ale w sklepie były nieóładne, a M. woli paprykę i nad cukinią by marudził. Dla Niego więc była papryka niemal nie pieczona (woli na surowo), dla Niego duża zwartość mięska, cebuli i ziół prowansalskich, a dla mnie kawałki jabłka, ziarna słonecznika i drobne krążki marchewki.

Składniki (na 2 osoby):

2 papryki

porcja mięska mielonego (moja ~0.3kg)

1 nieduża marchewka

1 cebula

garść ziaren słonecznika

1 małe jabuszko

garść startego sera zółtego

śmietana/jogurt naturalny

2 ząbki czosnku

zioła prowansalskie, sól

Na początek uprażyłam ziarna słonecznika, odłożyłam je i podsmażyłam cebulkę, mięsko, krążki marchewki jabłko i ziarna dodając na koniec razem z ziołami, czosnkiem i solą. Podlałam jeszcze całość odrobiną wina, ale to zupełnie niekonieczne. mieszankę przełożyłam do papryki. Całość przykryłam mieszanką jogurtu naturalnego, ziół prowansalskich, czosnku, soli i żółtego sera. Potem papryka powędrowała do nagrzanego piekarnika, z tym że u mnie tylko na czas potrzebny do roztopienia się sera. Nie lubimy pieczonej papryki.

A tak poza tym idziemy z moją eks-przyjaciółką Zuzią do kina na Nine. Mam ostatnio się ochotę posocjalizować i dokulturalnić.