Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gruszka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

obiadki środowe.

Odkąd napisałam poprzedniego posta odbyło się już kilka obiadków środowych.
Tylko jakoś nie mam weny żeby o tym pisać.
Z rzeczy które już kiedyś pokazywałam była zupa z pora ( z odrobinę większą ilością ziemniaków, zmiksowana w krem). Była sałatka z makaronu ryżowego z kurczakiem, rzodkiewką i ogórkiem z dodatkiem pieczarek.
W tym tygodniu były knedle z morelami z przepisu Anny-Marii.

A kiedyś tam jeszcze był

Kurczak musem gruszkowym, rukolą i parmezanem
1/2 piersi kurczaka na osobę
1 spora gruszka na osobę
opakowanie rukoli
ok. 200 g parmezanu
sól,pieprz , sok z cytryny
masło oliwa

Gruszki obrać, pokroić na ósemki. Na patelni rozpuścić masło, wrzucić na nie gruszki i na małym ogniu, pod przekryciem dusić aż będą miękkie (można dodać łyżkę cukru). Miękkie gruszki razem z sokiem który puściły przełożyć do blendera, zmiksować na gładko (może być potrzeba dolać wody).
Kurczaka umyć osuszyć, usunąć błonki i ew. chrząstki. Pokroić wzdłuż na 2-3 cm plastry. Na patelni rozgrzać łyżkę masła z łyżką oliwy, dodać łyżkę soku z cytryny, podsmażyć mięso na dużym ogniu z każdej strony (lub jeśli nie robimy dużej ilości można po prostu usmażyć kurczaka i pominąć część z piekarnikiem). Przełożyć na blachę piekarnika wyłożoną papierem, posypać solą, pieprzem, startym parmezanem piec w 180*C do momentu kiedy po przekrojeniu nie będzie różowy.
Podawać przykryty rukolą, z kleksem sosu gruszkowego i wiórkami parmezanu.

czwartek, 29 listopada 2012

happy birthsday to me



M. zrobił mi wczoraj niespodziankę biorąc wolne w środku tygodnia, specjalnie na moje urodziny. Nic mi wcześniej nie powiedział, a nawet żeby nie zepsuć niespodzianki wstał i poszedł na 7 rano na siłownię. Twardziel. Z resztą wyszło mu troszkę gorzej, bo cały dzień mżyło (dziś dla odmiany było ładnie), a ścieżka spacerowa, którą wybraliśmy prowadziła przez tereny gazowni (o fu, ale zaiwania) i w dodatku okazała się ślepą uliczką. Trudno.
Mimo wszystko miło go było mieć obok.
No i pozwoliło mi zrobić fajny, dwudaniowy obiad urodzinowy (i to przed 19). W którym główną rolę odgrywała gruszka i ser pleśniowy.
Po pierwsze była sałatka. W oryginale stąd, ale ja trochę pozmieniałam: pistacje na orzechy włoskie, miód z sosu na łyżkę lemon curda, no i ser był za bardzo jak camembert, a za mało jak ser z niebieską pleśnią, no i dodałam ze 2 garście pokrojonej sałaty lodowej. Wyszło naprawdę przyzwoicie, ale na przyszłość jednak poszukam sera o mocniejszym smaku.

 sałatka z gruszką i serem pleśniowym
1 1/2- 2 gruszki (zależy od wielkości)
kawałek (ok. 200 g) sera z niebieską pleśnią
2 garście rukoli
2 garście pokrojonej/porwanej sałaty lodowej
garść orzechów włoskich

1 1/2 łyżki octu balsamicznego
1 łyżka lemon curda
2 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz
opcjonalnie: ząbek czosnku

Sałatę i rukolę ułożyć na talerzu, gruszki pokroić w plastry lub pół-plastry (polecane jeśli gruszka twarda), ser w kostkę, ułożyć na sałacie . Składniki sosu lekko podgrzać (do rozpuszczenia się lemon curda), wymieszać, orzechy pokruszyć na wierz, polać sosem.

Po drugie był przepyszny, zapiekany camembert z sosem kahlua. Tu jedyne co zmieniałam, to trochę za długo podgrzewałam sos i zrobił się karmel, nie było to jednak zamierzone. Dlatego po przepis odsyłam do Any-Marii. Powiem tylko, że danie to szybkie, wykwintne i spokojnie wystarcza na obiad dla dwójki, o ile poda się je z chlebem, choć gruszki (lub krakersy jak sugerowane jest w przepisie) też świetnie pasują.

A na deser był tort-nie-tort czyli jesienna wersja "pani Walewskiej", która chodziła za mną już od jakiegoś czasu i tylko szukałam pretekstu żeby ją zrobić. Z tortem to ciasto ma wiele wspólnego i i warstwy są (sporo warstw) i krem jest, tylko, że ciasto kruche zamiast biszkoptowego, trochę płaskie ni żeby wbić świeczki trzeba by było uprzednio wywiercić na nie dziurki. Z ciastem było trochę kłopotu (częściowo z mojej winy). No i na koniec uważam, że choć dobre jest zdecydowanie za słodkie. Powideł trzeba używać koniecznie kwaśnych, no i trzeba rozważyć zmniejszenie ilości cukru. Przepis pochodzi z "Moich wypieków" z moimi modyfikacjami.

jesienna pani Walewska
kruche ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
125 g masła, zimnego
1/3 szklanki cukru pudru
3 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 opak. cukru wanilinowego

3 białka
1/2 szklanki cukru
1/2 słoiczka powideł śliwkowych (u mnie czekoladowych z tego przepisu)
100 g łuskanych orzechów włoskich, posiekanych
Krem:
250 ml mleka
1 żółtko
1 1/2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej/kukurydzianej
1 1/2 łyżki cukru (moim zdaniem można zrezygnować)
1/2 opak. cukru wanilinowego (moim zdaniem można zrezygnować)
75 g masła, w temp. pokojowej
50 ml likieru orzechowego (lub innego pasującego - u mnie kahlua)
polewa:
ok. 80 gorzkiej czekolady (w oryginale pół na pół z mleczną, ale ja uznałam, że za słodko)
40 g masła
2-3 łyżki likieru (zamiast czekolady mlecznej)

    Z podanych składników zagnieść kruche ciasto, podzielić na 2 części, rozpłaszczyć, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 2 h.
    Formy o wymiarach 22 x 22 cm (ok.500 cm2) wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia. Obie części schłodzonego ciasta wyłożyć do form, wylepić dno, wyrównać. Posmarować połową powideł śliwkowych (ja zapomniałam, więc dodałam jedną warstwę powideł, po pieczeniu).
    Białka ubić w misie miksera na sztywną masę, pod koniec dodając cukier, łyżka po łyżce. Połowę ubitych białek nałożyć na powidła*, posypać połową orzechów włoskich.
    Piec w temperaturze 180°C przez około 45 - 50 minut. W taki sam sposób postąpić z resztą ciasta kruchego by powstały dwa jednakowe blaty.
    Przygotować krem. Jedną szklankę mleka zagotować z cukrami. Drugą zmiksować z żółtkami i mąką (jak na budyń), dodać do gotującego się mleka, zagotować. Ostudzić, przykrywając folią spożywczą.
    Masło utrzeć na puch. Stopniowo dodając wystudzony budyń, cały czas ucierając (miksując). Stopniowo dodawać alkohol, ucierając.
   (polewa) W małym garnuszku umieścić masło, roztopić. Zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę, poczekać do jej roztopienia, mieszając od czasu do czasu.
   Nałożyć krem na pierwszy placek wyrównać. Przykryć drugim blatem, odwracając go uprzednio warstwą orzechowo - śliwkową do dołu i polać polewą czekoladową. Ciasto schłodzić. Przechowywać w lodówce.


słowko dnia: insatiable - nienasycony

czwartek, 15 marca 2012

gruszka prześladowca


wygląda zza każdego rogu. Patrzy na mnie z okładki magazynu, ze stron cudzego bloga i skrzynek w supermarkecie.
Uległam*.

Zastanawiałam się czy deser nie byłby lepszy bez serka, ale chyba nie. Słodycz gruszki i sosu jest przełamywana lekko słonym smakiem i konsystencją serka. Ale nie powiem żeby to była najpyszniejsza rzecz jaką jadłam. Chociaż sos jest grzechu warty.

plastryczna** gruszka
1 gruszka "na łepka"
serek (u mnie almette, ale może też być feta albo ricotta)
1/3 tabliczki czekolady
50 g masła
2 łyżki likieru kawowego
2 łyżki cukru,
sok z połówki cytryny

Gruszki obrać, ugotować w całości w wodzie z dodatkiem cukru (można dodać więcej) i soku z cytryny; ostudzić. Czekoladę i masło umieścić w jednym naczyniu i roztopić (w garnuszku, w kąpieli wodnej lub przy pomocy mikrofalówki), wymieszać z likierem kawowym odstawić. Gruszki pokroić na grube plastry, układać na talerzu, przekładając niewielką ilością sera. Polać sosem czekoladowym serwować (zanim się plastry rozjadą na serze ;) )
* Nie tylko gruszce. Lenistwu też - miał być post o ogrodniczej partyzantce, ale się za niego zabrać nie mogę. Miałam pisać pracę magisterską, ale się za nią zabrać nie mogę itd...
** bo nie kubistyczna

czwartek, 27 października 2011

zdefiniuj kształt gruszki


Z jakiegoś powodu zostałam uznana za wdzięczny obiekt do wpychania mu owoców. Cóż może dlatego że takim jestem ? Z Majkowsi wróciłam obarczona jabłkami (piękne ligole), kilogramem tarniny (zostanie przerobiona na nalewkę przez Wojciecha) i plecakiem pełnym małych brązowawych i niezbyt urodziwych gruszek, które przerobić musiałam sama.
Przyznam się że mi to ciasto nie smakuje. Za słodkie, za miękkie za bardzo maślany spód. Ale M. i Młody uznali je za dobre, a jeśli eksperyment będę powtarzać to mocniej podpiekę ciasto.


tarta gruszkowa z kawową nutą
ok 1,5 kg małych gruszek
200 g masła
1 żółtko
150 g mąki (pół pszennej, pól pełnoziarnistej, u mnie mieszane ziarna)
3-4 łyżki cukru
pół szklanki mocnej kawy
3/4 szklanki cukru
szklanka wody

Zagnieść ciasto (mąka mniejsza ilość cukru, masło, żółtko), wylepić nim formę i wstawić do lodówki. Cukier z 2 łyżkami wody umieścić w rondelku, podgrzewać mieszając aż się rozpuści i nabierze ładnego bursztynowego koloru, dolać wodę (jak przestanie wrzeć) kawę zdjąć z ognia. Wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 170*C piec ok 15 minut, do złotego koloru.
Gruszki obrać pokroić na 3 plastry. 2 zewnętrzne plastry ułożyć ciasno na podpieczonym cieście, z 3 wyciąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę, kotkę posypać szczeliny między plastrami, a następnie polać wszystkie gruszki syropem kawowym i wstawić do piekarnika na 30-40 minut

czwartek, 29 września 2011

złota, moja, jesień

Dzisiaj nie było źle. O 6 rano odemknęłam lewe oko, odemknęłam prawe i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jestem całkiem rześka. Prawie wyspana (a całkiem wyspana jest stanem niemożliwym do uzyskania). Należy się cieszyć takim zjawiskiem, zwłaszcza, że niedługo trzeba już myśleć nad zmianą kołdry na puchową, a pierwszą czynnością po wyjściu z domu będzie skrobanie szyb.
Pfuj!
Jesień jest też porą kiedy Wiewiórka przynosi po 2-3 nornice lub myszy (dalej umownie zwane myszami) dziennie i rozpoczyna się mój dylemat. Co z tym stworzeniem zrobić?! Problem, który nurtuje moją mamę (rozkopią ogródek!) niemal mnie nie dotyczy, niech kopią. Muszę natomiast wybrać. Być niedobrą dla mojego ukochanego, słodkiego kotka (który jest bardzo z siebie dumny i za każdym razem nawołuje żebyśmy przyszli popatrzeć) czy może dla tego drobnego, uroczego stworzonka, wachlującego w przerażeniu wąsikami ? Jest jeszcze jeden problem: A jeśli złapie ją znów, albo ją uszkodziła?
Zwykle wygrywają wyrzuty sumienia. Mysz ląduje w słoiku*, a Wiewiór przez kolejne 15 minut obwąchuje cały pokój w poszukiwaniu ukradzionej zdobyczy.
Jesień bywa zrzędliwą staruchą, mokrą i zimną lub dziewczyną, z tym niepokojącym typem urody, który z jednej strony przyciąga kolorystyką i słońcem (zbyt chłodnym jednak), lecz budząc niepokój chłodem, zapachem butwiejących liści nasuwając myśli o śmierci

Więc, żeby sobie przypomnieć, że jesień ma również dobre strony wykonałam ciasto. Składniki reprezentują to co w jesieni lubię: pigwę (upojny zapach!), jarzębinę (śliczna i jadalna) i gruszki (dobre do przetworów lub skarmienia mojego mężczyzny)
Ukochany mój ojciec podsumował to tak:
" To ciasto było bardzo ... dziwne"

Może i dziwne, ale mi smakuje:
jesiennik
2-3 garście przemrożonej jarzębiny
4 owoce pigwy
1 kg gruszek
3/4 szklanki cukru
szklanka wody

175g zimnego masła
300 g mąki
łyżeczka soli
2 łyżki cukru pudru
3-4 łyżki zimnej wody
(ciasto stąd, z tym, że ja dodałam cukru)

Z cukru i wody ugotować syrop. Pigwę pokroić na drobne kawałeczki, wrzucić do syropu razem z jarzębiną. Gruszki obrać i pokroić w nieduże plasterki. Wrzucić na patelnię, dodać pozostałe owoce odsączone z syropu (syropu nie wylewać! fajny np do herbaty). Wymieszać, podgrzeć, odparować wodę, postawić do ostygnięcia.
Ciasto zagnieść, wylepić nim formę, nałożyć owoce. Przykryć resztką ciasta pic prze 35-40 minut w temp 220*C do złotego koloru

A w jesieni lubię jeszcze:
-poranne mgły widziane zza okna nagrzanego już samochodu
-iluminację cmentarzy
-kasztany na ulicy
-orzechy!
-płaszcze
-wchodzić do metra czując cieplejszy powiew na twarzy
- i pewnie jeszcze kilka rzeczy

* w drodze na zewnątrz. Mama stosuje eutanazję, ale jakkolwiek nie mam wyrzutów sumienia jedząc mięso czy nosząc skórzane buty, to zabijanie tylko by zabić...

poniedziałek, 19 września 2011

Hura Hura Hura !

M. wrócił. Cały, może nie do końca zdrowy, ale bez trwałych uszkodzeń i jestem z tego tytułu szczęśliwa.
Zamówił sobie dobre ciasto na powrót, a że chciałam być pewna, że zamówienie zostanie zrealizowane zrobiłam dwa: sernik bananowy Nigelli, ale lekko zmodyfikowany i również lekko zmodyfikowaną tartę z gruszkami.
A oprócz tego zapisałam się na intensywny, trzytygodniowy kurs rosyjskiego (co jest kolejnym powodem do szczęścia), a mimo to damy radę wpaść na kilka dni do Gdańska, bo kurs jest w godzinach porannych od poniedziałku do czwartku. Absolutny amok. Stęskniłam się i za Maćkiem i za rosyjskim i za morzem. I mogę to wszystko mieć. Naraz.

ciasta synchroniczne*

spód do obu ciast:
200 g masła
225 g mąki
25 g gorzkiego kakao
25 g ( 2 łyżki stołowe) cukru pudru

ciasto zagnieść, wylepić nim formy, wstawić do lodówki. Zabrać się za przygotowanie reszty ciast.

masa sernikowa
500 g białego sera
3 b. dojrzałe banany
4 jajka
sok z połówki cytryny
3-4 łyżki cukru

Ser jeśli zachodzi taka potrzeba zmielić (na koniec zmielić też banany, odpada połowa roboty z czyszczeniem maszyny), jeśli nie "rozdziabdziać" banany widelcem, dodać sok z cytryny i wymieszać z resztą składników.

schłodzone ciasto włożyć do piekarnika na 10-15 minut, po podpieczeniu to w formie do tarty odstawić do wystygnięcia.
Masę serową, wylać na drugi z podpieczonych spodów i w kąpieli wodnej (druga, większa blaszka wypełniona do połowy wrzątkiem, dookoła sernikowej) piec ok. godziny w temp 180*C

wierzch gruszkowy
3/4 kg małych gruszek ulęgałek( lub 2-3 standardowe)
2-3 łyżki śmietany (u mnie 18%)
2 jajka
opakowanie cukru waniliowego/ wanilinowego
2-3 łyżki soku z cytryny
100 g gorzkiej czekolady ( 70% kakao)


czekoladę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, gruszki obrać, pokroić na dość grube (1,5 - 2 cm) plastry i pozbawić gniazd nasiennych tudzież łykowatych części. Śmietanę wymieszać z jajkami, sokiem z cytryny, cukrem.
Startą czekoladę wysypać w miarę równo na ostudzone, podpieczone ciasto, ułożyć na niej ciasno plastry gruszek (ponakrawać je na wierzchu) i zalać masą jajeczono-śmietanową, tak by nie polać gruszek po wierzchu.
Piec 30 minut w temp 180*C

*pieczone równolegle

P.S. pierwsze zdjęcie jest właśnie z maćkowego wyjazdu. M. jest strasznie oburzony, że wybrałam właśnie to, bo on zrobił znacznie ładniejsze z tarasu schroniska Cappena Margherita i optował za wybraniem właśnie tamtego. Ale to bardziej pasuje do mojej wizji artystycznej i kropka.

poniedziałek, 5 września 2011

Rozstania i powroty*

aparat wrócił. rodzice też.
zdążyłam odkurzyć i podlać kwiatki (do których mama się momentalnie dorwała i spędziła 4 godziny skubiąc i uszczykując) ale obiad już robiłam jak przyjechali.
Ponieważ ostatnie dni są śliczne i zimne (cieeerpię!) zrobiłam coś lekkiego w smaku i konsystencji ale już bardziej jesiennego niż letniego (a lata w cale nie było w tym roku i kiedy ludź miał sobie podładować akumulatory?!)

makaron w sosie gruszkowym
ok. 375g makaronu (u mnie razowe tagliatelle)
opakowanie serka mascarpone (250g)
2 spore gruszki
pól szklanki muscato
szklanka bulionu lub 2 kostki rosołowe i szklanka wody

Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu. Gruszki obrać, pokroić na kostki. Połowę gruszkowych kosteczek wrzucić na patelnię zalać bulionem i muscato i gotować aż zmiękną. Całość sosu (i "woda i gruszki") zmiksować na gładką masę z serkiem mascarpone, przelać z powrotem na patelnię, zacząć podgrzewać i dorzucić resztę gruszek i makaron. Podgrzewanie skończyć kiedy będzie wystarczająco ciepłe do jedzenia

a oprócz tego przyszła paczka, a w niej moje nowe, piękne ciuszki z tego sklepu. Będą jak znalazł na tą imprezę* (tak po prawdzie do sklepu trafiłam z ich strony). Ja na nią idę , a Wy ?
czy nie są śliczne ?
i jeszcze plakat

*jakoś tak wyszło, że pasuje mi do posta, a zarazem jest tytułem imprezy - warszawski plener fotograficzny w klimatach steampunk oraz neovictorian "Steam Memories: Rozstania i Powroty"

niedziela, 24 lipca 2011

Chelsea Physic Garden


Jak już wspomniałam, Londyn jest rajem dla ogrodników. W takim miejscu mogłabym mieszkać. Z widokiem, z okna, na najstarszy, londyński ogród botaniczny (1673) i w dodatku ufundowany przez cech aptekarzy, więc zawierający głownie rośliny użytkowe (w sensie ziół, roślin leczniczych, przyprawowych i warzyw).Musiałabym pewnie być znacznie bogatsza, ale wtedy miałabym pewnie kartę stałego wstępu i
chodziła do tutejszej restauracji na niedzielne obiady, zachwycałabym się różą o czarnych owocach, i tą z owocami w kształcie butelek.
I kwiatami w moim ulubionym, tak rzadkim dla nich, kolorze niebieskim.Na ławeczkach w słoneczne dni czytałabym książki.
A może nawet mogłabym tam pracować ? W końcu jestem ogrodnikiem.

Chelsea Physic Garden
Swan Walk
London SW 4HS
strona
a na koniec*:
polędwiczki wieprzowe w sosie cydrowym, z gruszką
(3 porcje)
ok. 0,4 kg polędwicy wieprzowej
0,5 litra cydru
1,5-2 gruszki
0,5 cebuli
1 marchewka
garść suszonych wiśni (opcjonalnie, można zastąpić żurawiną)
kostka rosołowa lub pół szklanki bulionu

Cebulę drobno pokroić, zaszklić. Mięso pokrojone na małe kotleciki rozbić i podsmażyć z obu stron (proponuję wszystko robić na tej samej patelni, więc będzie potrzebna spora). Zalać cydrem wymieszanym z bulionem (lub kostką rosołową rozpuszczoną w odrobinie ciepłej wody).Obrać i pokroić marchewkę i gruszki. Część gruszek pokroić drobniej i dodać od razu do sosu, część odłożyć i dodać na krótko przed podaniem. Dorzucić wiśnie i gotować 15-20 minut na małym ogniu. Doprawić do smaku (sól, pieprz), dodać odłożone gruszki.

*przepis wymyślony by wykorzystać gruszki i cydr, który mi nie zasmakował

wtorek, 19 lipca 2011

salads & subway



Ile razy nie wyjdę z naszego lokum tyle razy zaczyna padać. Dziś w sumie przejechałam się tylko metrem i zrezygnowałam. Teraz czekam na M. żebyśmy w ramach obiadu wykończyli wczorajszą sałatkę (której jak zwykle zrobiłam za dużo)

sałatka z kurczakiem i gruszką

opakowanie mieszanki sałat (lub 1/2 małej głowki sałaty lodowej)

2 pojedyńcze/1podwójny filet z piersi kurczaka (ok.400g)

200-250 sera gorgonzola

2 garści ugotowanego makaronu

1 1/2- 2 gruszki ( u mnie konferencja)

50 g suszonych wiśni (można zastąpić żurawiną)

2 łyżki mąki

2 łyżeczki ziół prowansalskich

pół szklanki cydru

sól pieprz

Filety z kurczaka pokroić w poprzek na nieduże plastry, mąkę wymieszać z solą i łyżeczką ziół prowansalskich, obtoczyć kotleciki w mieszance i obsmażyć z obu stron na złoto. Gruszki obarać i pokroić w dość drobną kostkę. Wrzucić do miski razem z sałatą, pokruszonym serem, makaronem, wiśniami. Cydr wymieszać z ziołami i solą zalać sałatę i porządnie wymieszać


niedziela, 7 lutego 2010

niedzielny obiadek

z dziadkami. Taki prawdziwie niedzielny z trzema daniami: zupką z zielonego groszku, racuszkami z jabłkiem i tartą gruszkową na deser. Dostałam od dziadków kwiatki (już drugie w ciągu tygodnia, a wcześniej posucha całymi miesiącami) i chociaż jestem zmęczona to było całkiem fajnie. Oczywiście było kilka zgrzytów: M. się rozłaził jak rozgotowany leniwiec, jajko, które wbiłam do ciasta było zepsute i trochę spóźniona byłam z obiadem. Ale sam obiad był śliczny i taki wiosenny. Zaklinanie wiosny. Zupa miała śliczy, intensywny, trawiasty, zielony kolorek, racuszki to potrawa dzieciństwa (i mojego i dziadka. Mnie robiła je druga babcia, jemu mama), a jeszcze były z jabłkami i takie puchate. Zdecydowanie kojarzyły się z wiosną, a może nawet latem ? A na oniec tarta z warstewką czekolady i gruszką też chyba trochę bardziej letnia.

Sekretem zupy by miała, taki intensywny, ładny kolor jest użycie mrożonego groszku. Ten z puszki się nie nadaje.

Składniki:
opakowanie mrożonego groszku
kilka plastrów boczku
2 szklanki buliony
pół niedużej cukinii (opcjonalnie)

Boczek kroimy w paseczki, podsmażamy (ja na oliwie z oliwek), zalewamy bulionem. Wrzucamy cukinię, a po chwili groszek. Gotujemy aż groszek będzie miękki. Wyławiamy boczek i kilka łyżek groszku (do dekoracji) i miksujemy zupę, ąż nabierze jednolitej konsystencji. Zagotowujemy i podajemy z wyłowionym groszkiem i plasterkami boczku.
Bardzo optymistyczna, smaczna i prosta.


Racuchy robiłam początkowo z przepisu Liski,
Racuszki

1 szklanka mleka
1/2 kg mąki pszennej
2 jajka
10 g drożdży swieżych
1/4 łyżeczki soli

1 łyżka masła o temp. pokojowej

do smażenia: olej roślinny
do posypania: cukier puder, cukier waniliowy, powidła, bita śmietana...

1/2 szklanki mleka i 250 g mąki wymieszać z pozostałymi składnikami (używam do tego celu miksera). Odstawić do podrośnięcia na ok. 15-30 minut.
Dodać pozostałą część mąki i mleka. Dokładnie połączyć.
Olej rozgrzać na dużej patelni, łyżką nakładać placuszki. Smażyć z obu stron na złoty kolor (ok. 2-3 minut).
Usmażone placuszki posypać cukrem pudrem i wanilią.


Ale w rezultacie nie dodałam całości mąki (i tak dla mnie ciasto było zbyt ciągnące się, ciężko było nałożyć "drugą warstwę" zakrywającą jabłka) i od początku zakładałam dodatek jabłek (bez jabłek racuchy nie sa tym co tygrysy lubią) no i byłam spóźniona, więc nie dałam im tyle czasu na wyrastanie. W między czasie zmodyfikowałam przepis tak, żeby dziadkowie nie czekali za długo. I wyszły takie jak chciałam (choć chyba nie takie, jakie robi Liska)

A na koniec deser z przepisu, który chodził za mną już od jakiegoś czasu:
Składniki:

na kruche ciasto:
150 g mąki (tylko nie krupczatki)
100 g masła
50 g cukru pudru
1 żółtko

na farsz :

115 g startej czekolady deserowej
4 gruszki
125 ml śmietany kremówki
2 jajka
3 łyżki stołowe cukru
trochę soku z cytryny

Przygotowuję kruche ciasto . Wykładam nim formę o średnicy 25 cm i podpiekam 15 minut w temp. 200 st. C.

W czasie, gdy ciasto się podpieka, obieram gruszki, przecinam ja na pół i usuwam gniazda nasienne. Nacinam wzdłuż na cienkie plasterki i skrapiam sokiem z cytryny, by nie sczerniały. Śmietanę mieszam mikserem z jajkami (najpierw miksuję jajka, by białko złączyło się z żółtkiem, następnie chwilkę mieszam je ze śmietaną).

Na podpieczony spód wysypuję tartą czekoladę. Na czekoladowej warstwie układam połówki gruszek. Jajeczno-śmietanową masę wylewam dokoła gruszek, uważając, by nie zalać od góry owoców. Wystające wierzchołki gruszek posypuję brązowym cukrem.

Piekę przez kolejne 30 minut w temperaturze 180 st. C.

piątek, 24 października 2008

jesień










jesień kojarzy mi się z czerwonymi liśćmi, śliwkami, gruszkami i deszczem.


niestety, jakos nie mam czasu siąśc do komputera i zrzucać zdjęć wiec post bedzie zbiorowy.



na pierwszy ogień idą gruszki.




ciasto z tego przepisu, choc oczywiście lekko zmodyfikowane ( ciastka nie były amaretti, nie dodawałam brązowego cukru- i tak było słodkie oraz w ostatniej chwili okazało sie iż nie posiaduję aromatu waniliowego)jak na mnie i tak zadziwiająco mocno trzymałam sie przepisu



teraz śliwki:



przepis a jakże zmodyfikowany, choć jak zawsze z tej strony


jak zwykle już w chwili gdy miałam tego użyć okazało się, że nie ma- tym razem śmietany


została ona zastąpiona trzema łyżkami dzemu śliwkowego i odrobiną mleka.