Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 czerwca 2014

panta rei



maj zniknął nie wiem nawet kiedy

środa, 16 kwietnia 2014

wieczorne ciasto

ostatnio wieczorami nie chcę iść jeszcze spać (mimo, że jestem zmęczona). Powinnam, ale będzie to oznaczało szybsze nadejście Bardzo Złego, Bardzo Wczesnego Ranka, kiedy to trzeba iść do pracy, znowu.
Rozwlekam więc wieczory i choć niezbyt to mądre, to całkiem przyjemne.
Jak jedzenie tortów wieczorem.

Ten tort kojarzy mi się z mrokiem i zmierzchem. Wilgotny aromatyczny, ciemny.
Zrobiłam na urodziny babci i chyba trafiłam w jej gust. Mocno kakaowy biszkopt, kwaśny dżem i śmietanowy krem. Proste, a dobre

wieczorny tort
5 jajek
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
2/3 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki kakao
3/4 szklanki cukru

kwaśny dżem ( u mnie mrożone owoce -mieszanka truskawek, malin, porzeczek i wiśni podsmażona z odrobiną cukru i szczyptą żelatyny
)

opakowanie serka mascarpone (250g)
250ml śmietany kremówki
ok. 1/4 szklanki cukru pudru (do smaku)

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki i kakao wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (np. mikserem, na bardzo wolnych obrotach ).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm (lub jak u mnie keksówkę) wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (do suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.
Śmietanę ubić na sztywno, dodawać stopniowo serek i cukier.
Blaty przełożyć dżemem i kremem. Schłodzić



niedziela, 23 czerwca 2013

na obiad czy na deser ?

Czarny bez w oczy kole tymi swoimi białymi baldachami. Jest wszędzie przy ulicy, albo w cudzym ogrodzie, a stamtąd jak wiadomo, zrywać i zjadać nie za bardzo...
W końcu udało mi się krzaka w parku upolować.

A przy okazji, ostatnio dowiedziałam się, że w Anglii owoce czarnego bzu nie mają tak silnych przeczyszczających właściwości jak u nas.

Kwiaty czarnego bzu w cieście naleśnikowym z truskawkami
(2 porcje)
4 spore baldachy kwiatów czarnego bzu (ścięte razem z "ogonkiem")
ok 250 g truskawek
1jajko
ok. 3/4 szklanki mleka
ok. 3/4 szklanki mąki
3 łyżki cukru
1/2 łyżeczki wody różanej
tłuszcz do patelni


Jajko, mleko i mąkę wraz z 2 łyżkami cukru zmiksować na gęste ciasto naleśnikowe (po zanurzeniu palca zostaje on poryty dość grubą warstwą ciasta). Patelnie rozgrzewam na średnim ogniu (trochę mniejszym niż normalnie bym smażyła naleśniki, bo tu będą grubaśne - będą więc potrzebowały trochę większej ilości czasu, a nie chcemy ich spalić). Baldachy trzymając za ogonek umoczyć dokładnie w cieście (można sobie pomóc widelcem lub łyżką, żeby obie strony były pokryte ciastem), przełożyć na patelnię i za pomocą nożyczek pozbyć się zielonych ogonków, docisnąć kwiaty mocniej w ciasto za pomocą widelca, obrócić kiedy spód będzie mocno brązowy. Powtórzyć z resztą kwiatów.
Truskawki umyć, obrać z szypułek, pokroić na ćwiartki. Wraz z resztą cukru i wodą różaną wrzucić na ciepłą patelnię i podgrzewać ze 2 minuty. Przełożyć na naleśniki.

Uwagi:
*Do smażenia kwiatów używam ciasta słodszego i gęstszego niż zwykle. 
** Moje truskawki były dość wodniste i gąbczaste (tak to jest jak się zapragnie truskawek o 20 w sobotę), więc podgrzanie zdecydowanie dobrze im zrobiło. Można dodać troszkę więcej wody różanej - smak będzie bardziej wyczuwalny (ja nie chciałam żeby zagłuszył aromat bzu)
***Danie jest dość sycące, ale pyszne. Truskawki świetnie współgrają z kwiatowymi aromatami, a zwłaszcza aromat bzu jest tu dość silny (i słodki).

wtorek, 8 stycznia 2013

festiwal resztek

Challenge się skończył zostawiając mnie ze sporą liczbą małych ilości różnorakich składników (nie zgubiliście się ?). Do szpinaku i szparagów dokupiłam dziś opakowanie truskawek, ser z niebieską pleśnią i trochę śmietanki i na kolację była dziś sałatka. Na jutro mam mix mięsny w sosie musztardowo-pomarańczowym i tylko makaron trzeba dogotować (co dobrze się składa, bo jutro zajęta będę).
Takie resztkowanie jest chyba nawet zabawniejsze od samego wyzwania, bo nie ma sztywnych reguł i generuje mniej stresu.
Większość blogerek byłaby pewnie oburzona jedzeniem truskawek i szparagów poza sezonem, ale mnie odpowiadały truskawki twarde i kwaśne, z lekkim tylko aromatem. A tak poza tym to miałam na nie ochotę i fuk !

sałatka sssst*
(porcja na 2 osoby)
3-4 garście szpinaku
pęczek szparagów (mały)
opakowanie truskawek
100 ml śmietanki (u mnie 22%)
60-70 g sera z niebieską pleśnią

Szparagi ugotować w osolonej wodzie, szpinak ułożyć na talerzach, truskawki pokroić w ćwiartki, śmietankę podgrzać z serem do całkowitego rozpuszczenia sera. Ugotowane szparagi pokroić na kawałki, ułożyć razem z truskawkami na szpinaku polać sosem serowym.

mix mięsny w sosie pomarańczowo-musztardowym
pół piersi z kurczaka
ok 150-200 g wołowiny pokrojonej w drobną kostkę
1 pomarańcza (sok + skórka z połowy)
2 łyżki musztardy z całymi ziarnami gorczycy
marchewka
1/2 cebuli
oliwa z oliwek
gram masala

Cebulę zeszklić na oliwie, dorzucić skórkę pomarańczową, gram masalę. W tym czasie pokroić kurczaka (i ew. wołowinę) dorzucić na patelnię. Wycisnąć sok z pomarańczy, wygrzebać resztki miąższu, dodać oba do podmażanego mięsa. Dusić 5-10 minut. Musztardę wymieszać z filiżanką wody, solą (ew. sosem sojowym) dodać, wymieszać i podgrzewać jeszcze kilka minut.
Proponuję podawać z makaronem, najlepiej świderkami ;)

*sssst - sos serowy, szparagi, szpinak,  truskawki

P.S. zdjęcie mixu dorzucę jutro - jeśli będzie się nadawało

środa, 24 sierpnia 2011

drzem

Rodzice wyjechali i zabrali mi aparat. Z tego powodu nie bardzo mam się czym chwalić. Ani nie gotowałam za bardzo, bo dla jednej osoby nie warto (zresztą i tak siedziałam w sklepie i czytałam książki na bezczela), ani zdjęć nie posiadam, żeby udokumentować, ani nie ma się czym chwalić jak już zrobiłam.
No bo czym tu się chwalić jeśli do dżemu użyłam cukru żelującego i mrożonych owców ? I co z tego, że jest prościej i szybciej i wiśni drylować nie trzeba, jak mi wstyd...
Wstyd, wstydem, a dawno się tu nie odzywałam. Początkowo chciałam "się odezwać" opowiadaniem, na pisanie którego naszło mnie przez czytanie zbyt podobnych książek*, ale o dziwo trochę nad nim przemyśliwuje i pisze się długo. Koniec końców postanowiłam jednak napisać o "wstydliwym dżemie" czyli sposobach na przerobienie 5 kg ostatniego już w tym sezonie rabarbaru.

kwaśna marmelada
ok.
400 g wiśni bez pestek
200 g malin i truskawek
200 g czarnej porzeczki
4-6 sporych ogonków liściowych rabarbaru
szklanka cukru żelującego

Owoce zasypać cukrem i podgrzewać na małym ogniu do uzyskania miękkiej "zupy". Zupę ostudzić i zmiksować/zblendować, a następnie przecedzić przez sito/gazę celem pozbycia się wszelakich pestek. Uzyskany płyn podgrzewać na wolnym ogniu. Rabarbar umyć obrać, pokroić na drobne kawałki. Połowę rabarbaru dorzucić i podgrzewać aż zacznie się rozpadać, a następnie dodać drugą połowę. Teraz podgrzewac już króciutko, a następnie przełożyć do słoiczków (mnie wyszły 2 takie standardowe)

*kontynuacja "Zawodu wiedźmy" Olgi Gromyko (amatorsko tłumaczona z rosyjskiego, bo oficjalne wydanie będzie dopiero za parę miesięcy), "Odnaleźć swą drogę" Aleksandry Rudej i jeszcze "Maga niezależnego" Kiry Izmajłowej, a nawet "Szamankę od umarlaków" Martyny Raduchowskiej (jedyna Polka w tej ekipie)

wtorek, 7 czerwca 2011

kwiaty kwiaty

jak już się rozpędziłam to nie mogę się zatrzymać, czyli akcja kwiatożerstwa trwa.
Na początek coś całkiem prostego czyli serek biały z kwiatem szczypiorku. Niby nic, smakuje niemal tak samo jak po prostu ze szczypiorkiem, ale jakie wartości estetyczne, no i wystarczy jeden kwiatostan na miskę serka i nie trzeba kroić obrywa się poszczególne kwiatki dosłownie w 15 sekund - przydatna wiadomość na rano.





syrop z kwiatów czarnego bzu*, który za nic nie chce się zamrozić mimo, że wymyśliłam sobie, iż będę go w postaci kostek do drinków lub zimnej wody gazowanej dodawać. Podły.
Przepisy były dwa: stąd i stąd i jako, że nie mogłam się zdecydować który to połączyłam je wyszedł mój misz-masz.
syrop z kwiatów bzu czarnego
ok 30 baldachów kwiatowych
250 g cukru
1/2 l wody
sok z 1 cytryny
kilka listków melisy

w ramach łączenia zalałam kwiaty (oczyszczone poprzez rozłożenie ich na papierze celem umożliwienie robactwu ucieczki, oraz dokładne odszypułkowanie) wrzącą wodą z cukrem i cytrynowym sokiem, dorzuciłam listki i odstawiłam. Raz dziennie przez 3 dni doprowadzałam do wrzenia i ponownie odstawiałam. Na koniec syrop przesączyłam i wlałam do woreczka (w którym nadal leżakuje w zamrażarce. Może potrzebuje więcej czasu ?)

potem deser majowy czyli truskawki z lekką różaną nutą, na które przepis w oryginale pochodzi z naszego ściennego kalendarza i który uznałam za fajny, ale mało różany. A brzmiał:

"Weź: *kilo dorodnych truskawek *garść świeżych lub suszonych płatków róży *czubatą szklankę cukru Zagotuj szklankę wody i zalej nią płatki róży. Przykryj i zostaw na 3 godziny, przecedź. Wlej do rondla, dodaj cukier i ugotuj syrop. Truskawki umyj, usuń szypułki. Połowę wrzuć do miksera, zalej syropem różanym, zmiksuj na gładko. Pozostałe przekrój na pół, rozłóż do miseczek, polej sosem. Odstaw do lodówki na godzinę i podawaj udekorowane płatkami róży"


Ja płatki zalałam już gorącym syropem (było go trochę więcej, bo i płatków miałam sporo), odstawiłam wprawdzie na krócej, ale nie odcedzałam i połowę truskawek zmiksowałam razem z syropem i płatkami. I dekorowałam kleksem bitej śmietany.

A na koniec dnia jakby na dobitkę zrobiłam bułeczki już nie z kwiatami (Ania ciągle się skarży, że nie może już przeze mnie na słodycze patrzeć, więc musiały być na słono), ale w kształcie kwiatków. Bułeczki w sam raz dla ogrodników. Drożdżowe, w kształcie róży z paprykowym serkiem lub boczkiem do wyboru**
po przepis odsyłam do Komarki u której go wypatrzyłam
i jeszcze tylko narzeknę, że nie znoszę robić ciast drożdżowych (chyba z wzajemnością) i że jakoś tak zawsze jakiś przepis mnie skusi, a potem stoję i klnąc na czym świat stoi wyrabiam ciasto i męczę się z nim znacznie dłużej niż powinnam
i że burza za oknem piękna i groźna i woda przelewa się przez rynny huk za hukiem, a mój kotek burzy się bojący nie wrócił do domu. Martwię się



*M. za każdym razem marudnym głosem powtarza że on wcale czarny nie jest
**te drugie wszystkim bardziej. Antoni nawet mnie poinformował, że mogę częściej nie uczyć się do biologii molekularnej.

środa, 1 czerwca 2011

ogród na ścianie truskawki na talerzu

Bez fałszywej skromności powiem, że zrobiłam dziś pyszny obiad.
i lekki i pożywny i ciekawy
.

makaron serowy z truskawkami:
200-250 g makaronu (u mnie kokardki- farfalle)
topiony ser pleśniowy (jak na zdjęciu - ja zużyłam 2/3 opakowania)
2-3 garści truskawek

Makaron ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu, odlać jedną łyżkę wody z gotowania i wymieszać, podgrzewając na patelni z serem, wrzucić makaron, dokładnie wymieszać i przełożyć do talerza dodać pokrojone truskawki i konsumować.
proste szybkie (podane ilości są na dwie porcje)


M. stwierdził, że nie brzmi dobrze kiedy mu z przejęciem opowiadałam co będzie na obiad.
Podobny stosunek miał zresztą do ogrodów wertykalnych które ostatnio, za sprawą kolegi Ryby mnie fascynują. Są niesamowicie niesamowite.

Mają szereg zalet do których należy:
estetyka (pierwsza reakcja to otwarcie ust i chłonięcie są przepiękne),
zagospodarowanie powierzchni, które zwykle uważamy za niedostępne dla roślin
dodatkowa izolacja cieplna dla budynku
wygłuszenie (wytłumienie)
pochłanianie dwutlenku węgla i innych zanieczyszczeń (a tych jest w powietrzu, zwłaszcza w pomieszczeniu sporo i to zaskakująco dużo zaskakująco różnych)
wydzielanie tlenu
nie zajmują dużo powierzchni
poprawa samopoczucia (nie od dziś wiadomo że zielony wpływa uspokajająco)

i kilka zdjęć ze strony pomysłodawcy ogrodów wertykalnych (ang. Vertical garden, franc. Le Mur Vegetal) Patrica Blanca http://www.verticalgardenpatrickblanc.com/#/en/home

a do wad ogrodów wertykalnych należą:
drogie
w naszym klimacie przemarzałyby, więc tylko do wnętrz
nikt w naszym pięknym kraju nie zajmuje się tym
nie wszędzie się da

P.S.
znam kogoś kto by się podjął zrobić coś takiego

poniedziałek, 23 maja 2011

lubimy maj za...

śniadania.
choć rodzinka może mnie oskalpować za miksowanie truskawek o 6 rano. Dobrze że wracam późno.

koktajl truskawkowy
1/2 kg truskawek
2-3 łyżki śmietany
2-3 łyżki cukru

wiem w prawdzie, że w naturze owoce nie łączą się z białym cukrem, ale w sumie w naturze też nie przerabiają się na mus truskawkowy, więc ja dodaję tak do smaku, a śmietana jest głownie po to żeby "zrobić poślizg" przy miksowaniu

środa, 20 kwietnia 2011

pierwsze truskawki


skusiłam się. I nic to, że drogie, że mało słodkie*, że w autobusie ze mną przecierpiały swoje, że musiały ze mną przesiedzieć w pracy jeszcze parę godzin i że za ich obróbkę musiałam zabrać się o 00.30 kiedy wróciłam z pracy. Jak to ja, nie wybrałam żeby je zmiksować i zrobić koktajl na śniadanie. Nie, ja musiałąm koniecznie zrobić truskawkowo migdałowe crumble Nigelli.
Nie żałuję, wyspać się mogę po śmierci, a ten zapach wynagrodził mi wszystko.
Na śniadanie zjadłam porcję, a po zajęciach, na kuckach, w spódnicy kaczym krokiem wędrowałam po trawnikach na kampusie urywając stokrotkom łepki.
Wariatka.
a na co mi stokrotkowe łepki pokażę jutro

truskawkowo-migdałowe crumble
500 g odszypułkowanych truskawek
50 g zwykłego cukru (ja dodałam mniej i waniliowego)
25 g mielonych migdałów (zastąpiłam marcepanem)
4 łyżeczki ekstraktu z wanilii

na wierzch:
110 g mąki
75 g zimnego masła pokrojonego w kosteczki
1 łyżeczka proszku do pieczenia (zapomniałam o nim i też było ok)
100 g migdałów w płatkach
75 g cukru demerara

truskawki wrzucić do żaroodpornego naczynia, raczej płytkiego, równomiernie obsypać cukrem, migdałami "spryskać" aromatem waniliowym i potrząsną ze dwa razy, żeby wymieszać.
Włączyć piekarnik na 200 *C, wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i dodać masło, rozetrzeć na "farfoclowatą" kruszonkę a następnie wymieszać z migdałami i cukrem. Przykryć tą mieszanka truskawki i wstawić do piekarnika na około 30 min, aż wierzch będzie złoty z czerwonymi plamkami. Przed podaniem odczekać 10 minut, bo bardzo gorące.

Pachnie obłędnie, w czasie pieczenia i jedzenia, bardzo smakowite nawet z truskawek "takich niebardzo" i dość szybkie, mało pracochłonne

poniedziałek, 7 czerwca 2010

różowa chmurka

Dzisiaj będzie coś podobnego do panny kotki tyle, że ... starszego(?), bardziej ... naszego (?)
Już zaczęłam żałować, że nie posiadam starych książek kucharskich i że mimo chęci nie mogę się chociaż otrzeć o vintage cooking - cykl pomysłu Ani ze Strawberries from Poland .
Okazuje się, że chyba mogę. Choćby otrzeć, nawet jeśli nie jestem całkiem pewna czy to ładnie tak się podłączać do cudzych idei.
Zerknęłam i okazało się, że nasza "Kuchnia Polska" ta z pomarańczową, odpadającą okładką w kwiatki została przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne wydana w roku 1976.
Czyli jest stara - a przynajmniej ponad półtora raza starsza ode mnie.
Przepisy wychodzą z niej bardzo dobre, ale zawsze byłam nią trochę rozczarowana. Najpierw dlatego, że zdjęcia były w niej co najwyżej średniej jakości i zupełnie nie zachęcały do jedzenia, a "ozdobniczki" i obrazki bardzo nieudanie udawały secesyjne. Ta książka jest po prostu najzwyczajniej brzydka. A jeszcze na dodatek pachnąc starą książką jednocześnie nie robi tego tak jak powinna*.Potem kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki w gotowaniu denerwowała mnie niepomiernie (nadal denerwuje), ale już nie z powodu obrazków. Niby składnia gramatyka znajome, słowa też wcale nie jakieś staropolskie. A "kwiatki" wyskakują co rusz. Ani słowa o tym co to znaczy, że cebulę trzeba zeszklić, ani jak ugotować syrop "do nitki", "do piórka"**, jak się zaparza pianę z białek, po jakiego grzyba przesiewa się mąkę, jakim sposobem wyżyłować mięso (zagnieść ciasto ?!).
Część z tych rzeczy teraz już wiem, części nadal bym się nie podjęła, ale wtedy nie wiedziałam nawet co to jest stolnica. Wszędzie w tej książce jest odsyłanie do przepisu wcześniejszego (i co z tego, że jest 20 stron dalej?), a w dziedzinie przeliczania miar do tej pory jestem analfabetką***. Używając tej książki kucharskiej byłam więc nieodmiennie bardzo nieszczęśliwa. Nie jest to książka dla bardzo początkujących kucharek.

Pamiętając te katusze wybrałam przepis prosty. Tylko 7 linijek tekstu tylko 4 składniki w tym woda. Powinno się udać.
Na początek przepis bez modyfikacji:
"Mus z kaszy manny

8-10 dkg manny, 1/2 l wody, 10dkg cukru, cytryna lub kwasek cytrynowy

Przyrządzić syrop z 1/2 l wody i cukry. Kaszę rozmieszać z 1/4 l wody, wlać do wrzącego syropu, mieszając gotować około 15 minut, aż się dobrze rozklei. Wlać do kamiennej miski, ubijać trzepaczką na puszystą masę. Przyprawić do smaku cytryną lub kwaskiem, wyłożyć na salaterkę popłukaną zimną wodą, zastudzić. Podawać z syropem owocowym. Mannę można również gotować na wodzie z dodatkiem kwaśnego soku, np. z żurawin lub porzeczek. Podawać z bitą śmietaną."

różowa chmurka
Do "gotować około 15 minut" szło mi świetnie (bez modyfikacji się oczywiście nie obyło, ale szczęśliwie przebrnęłam przez przeliczanie składników na pół porcji i dolałam odrobinę syropu aroniowego) i tu zaczęły się schody. Co to znaczy "aż się dobrze rozklei"?! Dobrze załóżmy, że wiem. Tu pod koniec gotowania "wtarłam" przez sitko 3 truskawki i dolałam łyżeczkę rozpuszczonej żelatyny - tak żeby na pewno stężało. Ale znowu : nie mam kamiennej miski! Może plastikowa wystarczy? I najgorsze : jaką trzepaczką ?! Taką lekko okrągłą z kilku drutów czy może tą przypominającą spiralę i przeznaczoną do jajek (tą wybrałam pożyczywszy wcześniej ten cenny i deficytowy sprzęt od matki Lubego, nadal nie jestem pewna czy to aby nie był błąd)?
Poubijałam sobie z wątpliwym rezultatem i z braku cytryny z sokiem z limonki. Przełożyłam do silikonowych foremek muffinopodobnych(wyszły 3), zamiast do salaterki i wstawiłam do lodówki.

Mimo mego dramatyczno-płaczliwego tonu całość wyszła całkiem całkiem: w ładniutkim różowym kolorze, obłędnie pachnąca truskawką, śmieszna w konsystencji i w smaku nic a nic nie przypominająca kaszy manny, której nie lubię (mama lubi, dlatego w ogóle wzięłam się za ten przepis). Myślę, że zasłużyła (całość) na bardziej romantyczną nazwę.

*to znaczy w aromacie starego papieru brak tej charakterystycznej nuty pasty do podłóg, która jest obecna w każdej porządnej bibliotece, a już na pewno w każdej pożądnej bibliotece mego dzieciństwa
** no dobrze jestem niesprawiedliwa. Gdzieniegdzie podane jest, że syrop "do piórka" to to samo co syrop 3 stopnia oto przepis na tenże syrop
"syrop 3 stopnia
30dkg cukru, 1/8l wody 1/2 łyżki octu (3%) [te same proporcje podano dla wszystkich syropów]
Przyrządzić syrop jak wyżej [ z wody wrzącej, cukru i octu ugotować syrop - wielce pomocne, kiedy się nie wie jak ugotować ten syrop!], gotować do takiej gęstości, aby próba dała ^piórka^. Używa się go do zaparzania piany, przyrządzania nugatów i pomadek."
***wszędzie dekagramy, a wagi perfidnie pracują w gramach! Nie powiem nawet ile razy z 10 dkg zrobiłam 10g albo nawet 1 kg - koszmar (zdarzało mi się to głównie przy przeliczaniu przepisu na 1/2 porcji bądź odwrotnie)
P.S.
Na pierwszym zdjęciu jest mój spóźniony prezent na dzień dziecka pod postacią kapelusza. Jest śliczny! Taki mocno damski, trochę frywolny lekko "gangsterski"