Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 kwietnia 2010

nie taki smok straszny jak na Wawelu

We wtorek byliśmy z Mają, Mateuszem i Maćkiem (tylko ja nie na "M") w kinie na "Jak wytresować smoka". Film był świetny porywający, zabawny, przemyślany i ładny graficznie.
Jakkolwiek fabuła nie była zbyt zaskakująca,( a wręcz wiadomo było co się stanie od samego początku) tak zachowanie i mimika "głównego" smoka rekompensowały wszystko. Zwłaszcza wielbicielom i właścicielom ... kotów.
Te sceny jak smok udeptywała ziemię, albo ganiał za "zajączkiem", albo widoczna w trailerze (trochę okrojona) kiedy namawia Czkawkę żeby zjadł rybę <łyk> no zjedz!




Ja chcę jeszcze raz !
(i jak to jest w bardzo nielicznych filmach głosy w polskim dublingu podobałąy mi się bardziej)

poniedziałek, 8 marca 2010

być kobietą, być kobietą...




...mieć z pól kilo biżuterii, kapelusze takie duże i od stałych wielbicieli wciąż dostawać listy, róże...

i jeszcze mieć całe szafy pięknych, balowych sukienek*, komplet bielizny i rajstopy w każdym kolorze tęczy i torebkę do każdego koloru ubrań.
ta tęsknota się niekiedy budzi we mnie...

tym razem obudził je we mnie seans "Alicji w Krainie Czarów" i choć słyszałam kilka osób mówiących, że się zawiodły bo film był gorszy od innych Tima Burtona, to mnie się naprawdę podobał i kot** i zdjęcia i głębia kolorów i ... ubrania. Zwłaszcza ubrania. Wprawdzie śmieszyło mnie to, że część ubrań z Alicją rosła i malała ( a kilka scen potem to samo ubranie już nie zmalało), a część nie. Jeśli chodziło o pokazanie jej w dużej ilości strojów, to czemu niektóre zmieniały rozmiar?
Podobało mi się też, że Kapelusznik wziął kawałek wstążki, zamachał rękoma i była sukienka, i to całkiem ładna sukienka. Czytałam w jakiejś gazecie, że mają być "wypuszczone" ubrania jakieś limitowanej serii związane z "Alicją...", ale jakoś nigdzie tej formy promocji. Inna sprawa, że nie szukałam zbyt intensywnie, a jak przeczytam o jakiś ciuchu w gazecie i mi się spodoba, oznacza, że do sklepów to on nie trafi. Zresztą nie ma się co łudzić, że stać by mnie było na takie ciuchy, podobnie zresztą jak na sukienki, które kartkowałam siedząc dziś w pracy (plan dnia: szkoła, kawa, kino, klinika). Ale chciałbym kiedyś takie mieć.
Kartkując te gazety trafiłam na wywiad z Ewa Minge. Wywiad ilustrowało zdjęcie.
Pierwsza myśl: "Taką sukienkę chcę!"; druga: "Tak zawsze chciałam wyglądać"
Jak byłam mała to taką zawsze sobie siebie wyobrażałam w marzeniach, takie chciałam mieć włosy***, taką figurę i tego typu sukienki.
Kobieta jest śliczna!
A jeszcze co dziwne: większość jej ubrań można by przy odrobinie samozaparcia nosić na codzień, a to już u projektanta mody dziwne!
No dobrze przydałaby się jeszcze oszołamiająca figura, ale to przecież sprawa zupełnie drugorzędna.


aha i dostałam kwiatka, od faceta, którego pierwszy raz w życiu na oczy widziałam. Miły odbierając żonę przyniósł kwiatki nam wszystkim.


*och, ah jak bym chciała mieć suknie stylizowane na historyczne. Z lejących się, ciężkich materiałów, z gorsetami, ale bez ściskania. Długie do samej ziemi nasycone barwami ...
** Kot z Cheshire, wyglądał niezbyt kocio, nawet pomimo prążków w ślicznym kobaltowym kolorze. Za to zachowywał się bardzo po kociemu. Bardzo w scenach związanych z cylindrem kapelusznika! I ten księżyc zamieniający się w uśmiech Kota z Cheshire...
*** i nic nie szkodzi, że są ewidentnie farbowane

piątek, 12 lutego 2010

"kawa" ciastka i film

W moim przypadku nie ma mowy o Kawie, a nawet kawie. Ja pijam tylko "kawę". Bardziej przypomina toto inkę niż cokolwiek innego, a powstaje tak:
nalewam pół kubka mleka i wstawiam go do mikrofali na minutę.
wsypuję łyżeczkę kawy rozpuszczalnej i łyżeczkę takiegoż kakaa
rozpuszczam
dolewam mleka do pełna
ewentualnie dodaję kostkę cukru trzcinowego, albo dolewam odrobinę likieru kokosowego lub kawowego.
I tak wygląda "kawa", którą pijam w domu (i piłam dziś u Dorotki*)

Przyniosłam jeszcze muffinkowate ciastka własnej roboty, w koszyczku**

Babeczki orzechowe latte
(ponieważ robiłam "na oko" proporcje mogą się nie zgadzać, ciasto ma mieć konsystencję gęstej śmietany***)
~170g mąki
~90 g cukru
łyżeczka proszku do pieczenia
opakowanie cukru waniliowego (wanilinowego)
stołowa łyżka kawy rozpuszczalnej
stołowa łyżka kakao (zwykłe)
łyżeczka cynamonu
3 garście orzechów włoskich
2 jajka
pół szklanki oleju
pół szklanki mleka

1 cukierek kopiko

Jak to zwykle z muffinami bywa, sypkie do sypkich mokre do mokrych, łączymy, na koniec dosypując orzechy. Przekładamy do foremek, dekorujemy polówką orzecha włoskiego****. Na koniec rozdrabniamy cukierka (mój, wstyd się przyznać dostał parę razy tłuczkiem do mięsa) uzyskanym grubszym lub drobniejszym proszkiem posypujemy ciastka. Pieczemy ~20 minut w piekarniku nagrzanym do 180*C

Ciastka mają zapach słodkiej kawy z mlekiem (o taki mi chodziło), lekko orzechowy smak, a kawa przejawia się tylko w posmaku, kakao prawie nie czuć. Ale smaczne są. Jakby użyć więcej cukierków będą miały na wierzchu chrupiącą kawową skorupkę.

A potem oglądałyśmy film. Dołujący film, który tak średnio mi się podobał. O tym jak można spełnić wszystkie marzenia, a wszystko przekreśli zwykły, głupi pech. Tak głupi, że aż ciężko uwierzyć. Po polsku nosi tytuł "Za wszelką cenę", co nijak się ma do tytułu oryginalnego ("Milion Dollar Baby") i było kilka miejsc gdzie ja osobiście przetłumaczyłabym inaczej ("I'm on it przetłumaczono jako "panuję nad tym" pod czas gdy ja przetłumaczyłabym to jako "zajmę się tym" [mówił do sparaliżowanej dziewczyny]) no i było jedno stwierdzenie, które wprawiło mnie w osłupienie: " Jesteś okrutny, nic dziwnego, że nikt cię nie kocha. Przypominasz mi mojego tatę..."

P.S.
śnieg z dachu zjeżdża, robiąc przy tym okropny hałas. Można zawału dostać. A w dodatku jest "na +" co oznacza, że utoniemy


* o Dorotce już pisałam
** mogłabym mieć cały zestaw koszyczków różnej wielkości (koniecznie jasnych- ten był ciemny), do przenoszenia w nich ciastek, do robienia pikników i zbierania grzybów. Uwielbiam zbierać grzyby. Cała moja rodzina uwielbia, mama zbierała grzyby jeszcze będąc w 11 miesiącu ciąży ze mną i całe dzieciństwo zbierałam z rodzicami. Może stąd mi się to wzięło? W sezonie grzybowym śnią mi się grzyby. Kiedy tylko zamykam oczy widzę grzyby różnych kształtów i wielkości, ale zawsze podgrzybki. Od takich mniejszych od mojego małego palca po takie jak mój środkowy palec (takie najbardziej lubię, najczęściej zbieram, wypatrując brązowych łepków i delikatnie "wyławiając je z mchu), rosną mi pod powiekami i przyprawiają o zawrót głowy zmieniając się i rosnąc tak szybko.
*** jak zaczynałam piec zawsze się złościłam na ten opis.; Bo niby jaka śmietana jest gęsta ?! Dla każdego może być inaczej
**** to zarodek, smaczny, ale biedny zarodek

czwartek, 4 lutego 2010

hiacynty w słoiku

Wczoraj obudziłam się wczesniej niż planowałam wstać. Telefon się rozładował i piszczał w regularnych odstępach czasu. Niezwykle irytujące, na tyle, że nawet wstałam z łózka i poszłam go odłożyć do ładowania. Wracając zostałam przyuważona przez kota, dospać już nie dospałam, ale za to resztę czasu pozostałą do wstania spędziłam z futrzanym, prześlicznie mruczącym kołnierzem na szyi. Kotek ma cudnie mięciutkie i niesamowicie miłe futerko i bez żalu wybrałam głaskanie kota. Szkoda tylko, że łapki boleśnie wbijały mi się w obojczyk, a potem kotek się obraził, bo przy okazji głaskania odkryłam mnóstwo nieładnych kołtunów i musiałam kotka wyczesać.
Również wczoraj dostałam od Maćka upragnione kwiatki. Muszę przyznać, że byłam bardzo bardzo zaskoczona dobrym gustem M. w tej materii*. Są to przecudowne, niebiesko- filetowe hiacynty przybrane jakimś rodzajem paprotki i asparagusa. W całym domu pachnie obłędnie, słodko i kwiatowo. Naprawdę ślicznie. Mam nadzieję, że będą długo stały, zwłaszcza że Maciek w sobotę wyjeżdża i będę bardzo tęsknić.
























A w sesji zdjęciowej oprócz bukietu udział wzięły: łazanki** i świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Którymi to raczyliśmy się na obiad.

Łazanki: (podaję proporcje na 2 osobową porcję)
~400g białej kapusty, świeżej
~70 g boczku wędzonego (ja miałam w plastrach)
2 garści suszonych grzybów
makaron typu łazanki
sól pieprz maggi

Kapustę kroję na drobne"prostokąciki" (liście są płaskie - figura płaska) i gotuję aż będą miękkie w wodzie osolonej wegetą (moja mama tak zawsze robi), gotuję makaron, kroję w kosteczki boczek i podsmażam w sporej ilości tłuszczu. W tym czasie gotuję grzyby, które potem pokroję najdrobniej jak się da. Reszta polega na połączeniu składników (ja tłuszcz z boczku zawsze dodaję do makaronu, raz, że decyduje o smaku potrawy, dwa, że makaron się potem mniej skleja) dopieprzyć i dosolić do smaku. Potrawa prosta i mniej czasochłonna niż myślałam, a mogłabym ją jeść na około.

Natomiast dziś byliśmy u kolegi Maćka na planszówkach***, a potem poszliśmy na Avatara. Film świetny. Zdjęcia i efekty przecudne, zwłaszcza świat był przepiękny. Te wiszące, pływające góry, wodospady i fluoryzujące lasy. Wrażenia nie do opisania. Nie dziwię się, że są ludzi, którzy na to chodzą po kilka razy. Ale oczywiście jest "ale". Fabuły oryginalnej się tak naprawdę nie spodziewałam i nie była, ale do momentu wyznania głównego bohatera było naprawdę dobrze. Tylko potem zrobiło się bardzo wzniośle, bohatersko, amerykańsko i głupio. Od byłego marines człowiek spodziewałby się odrobiny znajomości taktyki i lepszego panowania nad emocjami. Niestety zniwelował praktycznie każdą przewagę, którą "niebiescy" mieli nad ludźmi i rzucił nieuzbrojonych na frontalny samobójczy atak tam, gdzie partyzantka sprawdziłaby się o niebo lepiej. Gdyby nie to planeta nie musiałaby mu przychodzić z pomocą (paaatos) i obyłoby się bez kilku rzewnych scen. Sama końcówka była zbyt patetyczna i wzniosła jak dla mnie i sporo obniżyła moją opinię o filmie, który jednak po mimo to był zajebisty****
* i pewnie zadowoliłabym się czymś mniej ... spektakularnym (ale ciii)
** moje absolutnie ulubione danie. Mogłabym się żywić łazankami i zupą grzybową na okrągło
*** pięciu informatyków (a informatycy to ludzie specyficzni)... nie lubię jak M. zaczyna rozmawiać o swoim przyszłym zawodzie, a jak ich było pięciu !
**** wiem że kląć nie wypada, ale film był odlotowy i wciskał w fotel, a jeszcze strona estetyczno wizualna (...!), jednym słowem inaczej się tego wyrazić nie da

czwartek, 21 stycznia 2010

alicja w krainie czarów "wycięta z gazety"


bardzo bardzo podobają mi się te kolory faktury i połączenia
więc na film pójdę