Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imbir. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

ciasteczka imbirowo-kakaowe

Pyszne, na zewnątrz chrupki, wewnątrz miękkie i czekoladowe z rozgrzewającą nutą imbiru.




Szybkie do zrobienia
Wadą jest ich niezbyt atrakcyjny wygląd.
Znajomi, na których przetestowałam ten przepis uznali, że wyglądają jak kocie kupy, byli strasznie zadowoleni z tego porównania i za nic nie chcieli biednym ciastkom odpuścić.
Zrobiłam je potem jeszcze 2 razy, najpierw próbując im nadać bardziej rogalikowaty kształt (nie warto, dużo czasu słaby efekt), a potem po prostu formując z nich kulki i ten sposób polecam najbardziej - w każdym razie formowanie z nich wałeczków, jak w oryginalnym przepisie uważam za nieporozumienie - no chyba że na Halloween.


oryginalny przepis pochodzi z czasopisma
"Sielskie Życie" (chyba) i zawiera kandyzowany imbir, który zastąpiłam świeżym, stratym korzeniem.


ciasteczka kakaowo-imbirowe
ok 20-30 g obranego korzenia imbiru
100 g masła
100 g cukru
200 g mąki
2 czubate łyżki kakao
1 jajko

gorzka czekolada do dekoracji

Nagrzać piekarnik do 175*C
Imbir zetrzeć (i wycisnąć sok z włókien) na tarce o drobnych oczkach, masło pokroić w drobną kostkę dodać przesianą mąkę i kakao, cukier i  jajko zagnieść dość lepkie, elastyczne ciasto. (tu przepis podaje żeby uformować wałek z ciasta i wsadzić do lodówki na 2h, ale ja to ignoruję). Z ciasta formować kulki trochę mniejsze od orzecha włoskiego i układać na blasze z papierem do pieczenia. Wstawić blachę do nagrzanego piekarnika na 10-15 min. Wyciągnąc ciasteczka i ostudzić.
Można udekorować czekoladą roztopioną w kąpieli wodnej, ale nie jest to konieczne - same też są pyszne


niedziela, 19 lutego 2012

przekładaniec czekoloadow-imbirowy


Kolejne ciasto, które chodziło za mną od pewnego czasu. I tym razem nie chodziło o przepis, który wzbudził u mnie rządzę ciastka tylko o uporczywą myśl, że zjadłabym biszkopt czekoladowy przełożony kremem imbirowym. Miało być niewymyślne, prostokątne i nie ozdobione i niekoniecznie ładne (i ładne nie było ;). Po prostu. Było kilka koncepcji jak wykonać tę moją zachciankę, ale w końcu stanęło na tym :

ciasto czekoladowe
(ten przepis, z Kwestii Smaku, zmodyfikowany)
200 g gorzkiej czekolady (60% kakao)
200 g masła, pokrojonego na kawałki
1 łyżka rozpuszczalnej kawy
170 g mąki pszennej
szczypta soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
25 g kakao
400 g brązowego cukru (miałam tylko biały więc dałam go 200 g)
3 średnie jajka
75 ml maślanki (jogurtu naturalnego)

Czekoladę z masłem i kawą rozpuszczoną w 125 ml zimnej wody. Rozpuścić (w mikrofali lub kąpieli wodnej - ja zrobiłam w mikrofali, a wodę dodałam w późniejszym etapie) Nie podgrzewać za bardzo masy. Mąkę przesiać do misy razem z solą, proszkiem do pieczenia, sodą oczyszczoną i kakao. Dokładnie wymieszać z cukrem. Jajka wbić do miski i roztrzepać mikserem na jednolitą masę (nie ubijać). Wymieszać z maślanką (tu dodałam wodę).
W jednej misce delikatnie wymieszać łyżką masę z czekolady, mąkę z dodatkami i masę z jajek. Przelać do formy i wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec przez 1 godzinę i 25 minut. Po upieczeniu sprawdzić patyczkiem czy jest już suchy. Na wierzchu ciasta powstanie bardziej twarda skorupka, a całe ciasto może się troszkę zapaść. Jest to zjawisko normalne. Ciasto ostudzić w formie, następnie przełożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia i stężenia.

krem imbirowy
500 ml śmietany kremówki
250 g sera mascarpone
spory kawałek kłącza imbiru*
pół szklanki cukru (do smaku)

Kłącze imbiru obrać, zetrzeć na tarce, umieścić w garnuszku ze śmietanką i cukrem, zgotować. Odstawić do przestudzenia i przecedzić przez sitko. Śmietankę porządnie schłodzić, ubić na sztywno i stopniowo dodawać ser.

uwagi:
1. Żeby krem był żółty (ja chciałam) można na etapie gotowania można dodać do śmietanki kilka nitek szafranu lub kilka kropel barwnika na etapie ubijania
2.Ponieważ pamiętam czasy kiedy nie było to dla mnie oczywiste chciałabym podkreślić: żeby śmietana kremówka się ubiła musi być naprawdę dobrze schłodzona co oznacza, że potrzebuje min paru godzin w lodówce
3. Wykonanie kremu przedstawiało parę trudności np. nie trywialnym pytaniem było czy po zagotowaniu śmietanki można ją jeszcze ubić (znalazłam taki przepis i się wyjaśniało): tak


piątek, 4 marca 2011

Pani inżynier nadaje


Zdałam egzamin dyplomowy ! (wczoraj)
I choć nie był to może mój najlepszy "występ" w życiu
to czwóreczka na dyplomie i świat przede mną !

Dostałam od M. obiecane kwiatki*, zrobiłam sobie
egzotyczne ptysie z kremem imbirowo-serkowym z białą czekoladą
mam miesiąc wolnego od szkoły
żyć nie umierać

egzotyczne ptysie

ciasto ptysiowe:
250ml wody
100g masła
150g mąki
1/5 łyżeczki soli
łyżka cukru
4 jajka

wodę z masłem, cukrem i solą zagotować, zdjąć z ognia i dodać mąkę, wymieszać tak żeby ciasto odchodziło od ścianek, ubić jajka i wmieszać do ciasta. masę nałożyć do rękawa cukierniczego i formować okrągłe "kopczyki" piec w temp ok 180*C 20-25 minut (przepis i instrukcja wykonania w "oryginale") po upieczeniu nakłuć igłą i wystudzić

krem:
1/2 szklanki śmietany kremówki
150g sera białego, tłustego
4 cm kawałek świeżego kłącza imbiru
ok 70 g białej czekolady
łyżka cukru (opcjonalnie)

śmietankę ubić, zetrzeć imbir na tarce z malutkimi oczkami, wymieszać z serem (można go wcześniej zmielić) i porcjami dodawać do śmietany. białą czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i dodawać na koniec. w dowolny sposób "naszprycować" masą ptysie (ja faworyzuję strzykawkę)

*Jemu się nie podobały, stwierdził, że woli bardziej nasycone kolory i więcej kontrastów i zwykle mogłabym powiedzieć to samo, ale jeśli chodzi o ten bukiecik to się facet nie zna, sama go złożyłam i jestem bardzo zadowolona z bogactwa faktur i odcieni w obrębie jednego koloru

P.S. za tło robi moja nowa taca, śliczna i filigranowa wygląda jak ramka do obrazka (wspominałam już coś o pięknym życiu?)

środa, 16 lutego 2011

egzotyka i ziemniaki


Aż ciężko uwierzyć o ile łatwiej, szybciej i przyjemniej jeździ się po Warszawie w czasie ferii.
Nie żebyśmy z Olą z tego skorzystały jakoś specjalnie. Musiałyśmy wrócić do domu zanim dojechałyśmy do miejsca przeznaczenia.
Ale za to obiad był ... ciekawy i jak na mnie dość "egzotyczny"
Głównym daniem było tofu z trójkolorowym ryżem cukinią i fasolką w sosie z masła orzechowego i imbiru, na deser był mus z mango ze śmietanką, były też "chlebki" bananowe z tego przepisu, a zupa była już zwyczajniejsza ziemniaczana z cebulą i czosnkiem.
Koleżanka z pracy jest wegetarianką (jak się okazuje Ola, siostra M. też) i opowiadała jakie to dobre jest podsmażane tofu. Zaciekawiona zakupiłam kostkę i tak sobie leżała w lodówce czekając aż wymyślę jak dokładnie ją zużytkować. Przyjechała Ola i zyskałam towarzyszkę przy jedzeniu tofu (podejrzewałam, że M. nie będzie chciał ruszyć, ale miło mnie zaskoczył nie tylko zjadając posiłek, chwaląc, ale też wcześniej domagając się żeby mu dać bo chce spróbować [i pożyczając mi aparat]) no i byłam w nowo otwartym supermarkeciku w naszej miejscowości. Byłam mocno rozczarowana, bo masło orzechowe na patelni za nic nie chciało się zachowywać jak masło, no ale następnym razem użyję odrobiny innego tłuszczu do podsmażenia tofu, a masło dodam potem. Z deserem też nie poszło idealnie, bo okazuje się, że bita śmietana za nic nie chce osiągnąć pożądanej konsystencji i nie wiem naprawdę co robię źle, ale w rezultacie wyszedł całkiem smakowity.

Tofu z ryżem w imbirowym maśle orzechowym
kostka sera (tofu z tych twardszych, ok 200g)
torebka ryżu
garść płaskich fasoli szparagowych
cukinia
2 spore łyżki masła orzechowego
kawałek obranego kłącza* imbiru ok 15-20 g
szklanka bulionu
odrobina oleju

Fasolkę i cukinię pokroiłam z grubsza w kostkę i dusiłam do miękkości w bulionie. W tym czasie ugotowałam ryż, starłam na tarce z drobnymi oczkami imbir i pokroiłam tofu. Należy je delikatnie podsmażyć, dodać masło i imbir (pozwolić masłu się trochę rozpuścić, ale nie za dużo bo się przypala), ryż i warzywa. Dokładnie wymieszać, podgrzać do odpowiedniej temperatury i podawać. Można dodać więcej imbiru, trochę chilli albo tabasco jeśli ktoś lubi

deser mango
1 spory b. dojrzały owoc mango
200 ml śmietanki 30% albo 36%
2 łyżki cukru pudru

ubić śmietankę z cukrem, mango obrać, pokroić i zblendować do postaci musu. wmieszać do śmietany i pozostawić do stężenia. udekorować kleksem śmietany przed podaniem
"przepis" to uproszczona wersja tego deseru

zupa ziemniaczana z cebulą
8 średnich ziemniaków
3 średnie cebule
4 ząbki czosnku
1,5-2 litry bulionu (w trakcie gotowania bulionu dorzuciłam ząbek doń)
2 - 3 łyżki oliwy z oliwek

Ziemniaki należy umyć, obrać (nie wyrzucać skórek- ułożyć na wysypanej warstwą soli blaszce i wrzucić do piekarnika celem poduszenia) i pokroić we w miarę drobna kostkę.Wysuszone skórki dorzucić do buliony i jeszcze chwilę pogotować (nadadzą zupie posmak pieczonych ziemniaków). Cebule pokroić na "prążki" i razem z grubo posiekanym czosnkiem zrumienić na oliwie. Odstawić. Zalać bulionem pokrojone ziemniaki (odławiając skórki) i gotować aż zmiękną, wtedy dorzucić cebulę i czosnek, pogotować z 15 minut i doprawić do smaku.


* o imbirze pisałam tu

czwartek, 1 lipca 2010

owoce leśne i imbir

Dzisiaj
upiekłam jagodzianki. Z tego przepisu.
Byłam drugi raz na "Jak wytresować smoka"
Pracowałam.

jagodziankiSkładniki na 16 jagodzianek:
  • 500 g mąki pszennej chlebowej
  • 1,5 łyżeczki suchych drożdży (7 g) lub 14 g świeżych drożdży
  • szczypta soli
  • 1 szklanka mleka (250 ml)
  • 1 jajko
  • 1/4 szklanki oleju słonecznikowego
  • pół szklanki cukru
  • 8 g cukru waniliowego
  • duża (stołowa) łyżka imbiru w proszku
  • łyżeczka rozbitych w moździerzu goździków


Jagodowy farsz:
1 łyżka mąki ziemniaczanej
300g jagód *
3 łyżki cukru

Jako, że korzystałam z maszyny do chleba, to przepis jest prosty:
wszystkie składniki na ciasto umieścić w maszynie w kolejności płynne, sypkie, drożdże. Ustawić program "dough" i poczekać 1,5 h. Farsz umieścić w misce, wymieszać.

Ciasto krótko wyrobić, podzielić na 16 części (ok. 60g każda). Z każdej części zrobić placek i na jego środku umieścić kopiastą łyżkę jagodowego farszu. Zlepić placki jak pierogi, dokładnie dociskając. Każdą umieścić złączeniem w dół na blacie stołu i delikatnie lecz zdecydowanie rolować nadając im kształt owalnych bułeczek. **

Piec w temperaturze 220ºC przez około 15 minut. Wystudzić na kratce.

uwagi do jagodzianek:

* moim zdaniem jagód powinno być znacznie więcej (nawet 600 g). Mnie ich nie starczyło więc zrobiłam tylko 8 jagodzianek choć ciasta miałam na 16

** w przepis8ie było dużo o wyrastaniu i napuszaniu, ale miałam mało czasu i pominęłam to wszystko. Jagodzianki wyszły nieduże, ale nadal smakowite.

Moim dodatkiem był imbir i goździki. Wyszła z tego delikatna nuta, akurat wyczuwalna, ale gdybym nie wiedziała, co to, to pewnie bym nie zgadała. W każdym razie fajnaa na koniec kadr z miejsca pracy. Ciekawa jestem czy da się po nim poznać gdzie pracuję...


czwartek, 11 marca 2010

życie bez przypraw jest jak zupa bez soli





Ostatnio moje życie jest całkiem nieźle przyprawione. I różnorodne pod względem nauki, towarzystwa i pełne egzotycznych przypraw.

W niedzielę zrobiłam Maćkowi granolę. Zwykle jada musli tropikalne. Z jakieś powodu smakują mu kandyzowane ananasy, melon i inne podobne paskudztwa, uznałam, że do tego zestawu pasuje imbir (cynamon, który był w przepisie nie, więc z niego zrezygnowałam).

Imbirowa granola
(przepis zaczerpnęłam stąd ale Ania "wzięła go od Nigelli")
baza:
300 g płatków owsianych
150 ml jabłkowego, naturalnego soku
4 łyżki miodu
50 g brązowego cukru
3 łyżki oleju
2 stołowe, czubiaste łyżki mielonego imbiru
½ łyżeczki soli

dodatki:
szklanka obranych migdałów
3/4 szklanki sezamu
opakowanie kandyzowanego ananasa
garść suszonego melona pokrojonego w drobne kosteczki
3/4 szklanki rodzynek
garść posiekanych orzechów laskowych

Wszystkie składniki bazy, sezam, pokrojone migdały (każdy przekrajałam na 3-4 części) i posiekane drobno orzechy laskowe lądują w misce. Mieszam, układam na dużej blasze (i na papierze do pieczenia) i piekę w temp. 180*c przez 20 minut. Mieszam i piekę przez kolejne 20 minut.

Również w niedzielę o godzinie 23 piekłam drożdżówki z dżemem, ale się nie pochwalę, bo nie ma czym. Chyba tylko dobrymi chęciami.
We wtorek znów były zajęcia specjalizacyjne. Bardzo, ale to bardzo żałuję że jest ich tylko 5 tygodni. Są fascynujące (choć moje koleżanki marudzą).
Tym razem mówiłyśmy o migdale zwyczajnym (Prunus amygdalus), sezamie indyjskim (Sesamum indicum), drzewie muszkatołowym(Myrystica fragrans), goździkowcu korzennym(Syzygium aromaticum), kaparze ciernistym(Capparis spiniosa), szafranie uprawnym(Crocus sativus) i kakaowcu właściwym (Theobroma cacao)

Jeśli chodzi o migdał, sezam i gałkę to jadamy wyłuskane nasienie, przy czym migdał i gałka* to drezwa, a sezam to krzew.

Migdałowiec dorasta do 10 m (nie mówię o formach ozdobnych) ma charakterystyczną szarą korę, bardzo dekoracyjne kwiaty** i kwitnie bardzo wcześnie. Czasem nawet już w lutym, zanim rozwinie liście. Jego owoc, podobny do zielonej moreli nie zmienia barwy nawet dojrzały i jest niejadalny. Nas interesuje zawartość pestki, choć w krajach gdzie migdał jest uprawiany jada się też niedojrzałe, całe owoce, a także pija się napój zwany orszadą powstały z niedojrzałych zmielonych migdałów i mleka.
Kiedyś czytałam, że skórki z migdała zawierają śladowe ilości arszeniku i można jedząc migdały się częściowo na arszenik uodpornić. To bzdura, sam migdał nie zawiera arszeniku. Jedna z odmian botanicznych migdała zawiera amygdalinę, która dopiero w wyniku hydrolizy rozkłada się do cyjanowodoru. Ale jest to forma "gorzka" i mało się jej uprawia, jest przeznaczona do tłoczenia oleju i olejków. Amygdalina nie rozpuszcza się w tych tłuszczach więc olej jest całkowicie bezpieczny i od niej wolny. Natomiast my jadamy migdały "słodkie" (Prunus amygdalus var sativa / dulce)
Muszkatołowiec jest drzewem wyższym, w stanie dzikim dorasta nawet do 25 m. Ma skórzaste wonne liście, a olejek eteryczny zawiera również kora i oczywiście nasiona. Owoce i nasiona przypominają avocado, są tylko mniejsze oraz owoc jest żółtawy, a nasienie oplecione jaskrawo-czerwoną osnówką.
Ta osnówka jest również przyprawa i przedmiotem handlu. Obok gałki muszkatołowej zwykle sprzedawane w całości (i np. Arabowie ścierają ją sobie na bieżąco do kawy) lub w proszku przedawany jest "kwiat muszkatołowy", będący niczym innym jak wysuszoną osnówką. Zawiera trochę mniej olejku, więc jest delikatniejszą przyprawą, nie zawiera skrobi, a tłuszczy w nim mniej niż w nasieniu. Jest lekki i zbiera się go mało, dlatego jest dużo droższy.
Same jądro nasienne ma 437 kcal w 100 g więc jest dość kaloryczne, ale zawiera też dużo magnezu oraz olejek eteryczny w którego skład wchodzi mirystycyna, która jest substancją halucynogenną, w krajach gdzie jest uprawiana niektórzy ją żują "na surowo" właśnie ze względu na jej halucynogenne właściwości oraz żeby zagłuszyć głód. Jednak wymaga to sporego samozaparcia. Oprócz tego i swojej roli w kuchni może służyć jako środek poronny, ale także przy leczeniu reumatyzmu, bezsenności oraz wspomaga trawienie.
Ciekawa jest budowa i wygląd przekrojonej gałki. Tam gdzie z łupiną nasienną stykała się osnówka w gałce są bordowe "żyłki" to obielmo, tylko dość nietypowo usytuowane.
Kiedyś Holendrzy starali się ograniczyć uprawę muszkatołowca tylko jednej wyspy (Moluki), ale przeszkodził im "wredny" gołąb który żywił się owocami muszkatołowca i je przenosił na inne wyspy we własnych jelitach.

Goździki, kapary i szafran to natomiast kwiaty, albo przynajmniej części kwiatu.
Dwa pierwsze to pąki kwiatowe (w goździkowcu jak się przegapi 2-dniowy termin zbioru można zebrać owoce, ale one są mniej wartościowe), w przypadku kaparów są one jeszcze marynowane w occeie lub solance, a goździki tylko suszone. Jakość goździków zależy głownie od tego skąd pochodzą***, a kaparów od stopnia rozwinięcia pąków w momencie zbioru (stąd 3 typy handlowe 1. nonpareilles 2. surfines 3. capicines z czego ostatnie są największe, najbardziej rozwinięte i najbardziej "puste") W krajach "produkcyjnych" jada się świeże i marynowane młode liście a nawet gałązki. Są traktowane jak nasz śledzik - pod wódeczkę, a korzenie się spala i z popiołu robi substytut soli. Natomiast substytutem kaparów może być knieć błotna (ryzykowne, bywa trująca) nasturcja większa (b. podobna tylko pąki i liście większe, ale można i liście i kwiaty jadać w sałatkach, albo na kanapkach****) oraz żarnowiec miotlasty.
Szafran najdroższa przyprawa świata to znamiona słupka jednego z gatunków krokusa. Wiadomo, swoją cenę zawdzięcza temu, że choćbyśmy nie wiem jak się starali to nawet z całego pola krokusów nie wyjdzie go dużo. Znany jest głownie za pośrednictwem bardzo wydajnych barwników. Są to krocyna i krocetyna i znamiona zawierają jej ~2%, a mimo to 1g szafrany potrafi intensywnie zabarwić 100 l wody. Kiedyś za pomocą szafrany barwiono tkaniny, ale trochę go teraz szkoda. Oprócz kuchennego, ma też zastosowanie przy obniżaniu ciśnienia krwi i poziomu cholesterolu w tejże. W Chińskiej medycynie ludowej używany był na uspokojenie (choć może rolę grała tu jego cena ? "Jak drogie to przecież musi działać", albo "muszę się uspokoić, bo jak nie to pójdą i kupią następną dawkę, a mnie na to nie stać")
I tym optymistycznym akcentem chyba już zakończę wtorek. O kakaowcu pisać nie będę, bo to dużo, a najciekawszego czyli jak dokładnie robi się czekoladę nie sposób się dowiedzieć.

Środa na uczelni była jak zwykle nudna, ale za to wieczorem...
Wieczorem wprosiłam się na imprezę do Mai. Bawiłam się świetnie i dowiedziałam się, że jeden z moich byłych kolegów ze studiów jest mi najprawdopodobniej znany dłużej, bo udzielał się na Orbitalu, co i mnie się zdarzało lat temu kilka. Postanowiłam zajrzeć na stare śmieci (ciekawa byłam czy znałam Adriana) i okazało się, że jeden z 2 moich artykułów na Orbitalu nadal wisi w top10. Miło.
U Mai było całkiem miło i trochę dziwnie. Gosia miała zaliczenie z masażu (dnia następnego) więc zostałam wymasowana, Majka co godzinę się mnie pytała, czy jej były nie jest cudowny (całkiem przystojna mężczyzna), a jednym zgrzytem była była obecnego Majki, a wszyscy z jednej klasy w liceum.
No a wczoraj byliśmy u Kwiatka. Raz to ja piłam - Sheridan'sa. Mrrrr. Kwiatek z Mackiem robili dla tego pierwszego kartę postaci. Może wreszcie zagramy w ten Monastyr ?
Dom Kwiatka jest jak dla mnie zbyt nowoczesny, ale drobiazgi są śliczne. Śliczne kieliszki, śliczne szklanki i ... zachwycająca figurka Chińczyka w toalecie.


* właściwie drzewo muszkatołowe, ale to skrót myślowy.A nazwa gatunkowa na to wskazuje, że to drzewo, ale one (nazwy gat.) mogą być mylące
** jak cała jego rodzina - Rosaceae, do której należą między innymi jabłoń morela i wiśnia
***gat. pochodzi z Moluki, ale już 3 w. p.n.e. Chińczycy sprowadzali je na dwór swojego władcy. Przy audiencjach głos można było zabierać tylko mając goździki w ustach.
****ładne kolorowe kanapki !

wtorek, 23 lutego 2010

W niedzielę dziadkowie podarowali nam tulipany. Były wtedy nie rozwinięte, a dziś już zwiędły. Wszystkie oprócz jednego.To trochę jak u nas w domu. Tylko ja jedna nie jestem jeszcze chora. Mama z bratem kaszlą, Konrad wymiotuje.
A dziś na zajęciach omawiany był imbir. Na taką chorobę jak znalazł i hamuje nudności, wymioty i obniża gorączkę.
Pochodzi z Indii i z Malezji, uprawiano go już 5 tysięcy lat temu!
Ma całkiem sporą rodzinę. Należy do niej aż 80 rodzajów*, a ten najbardziej znany to
Zingiber officinalis z rodzaju Zingiber (po polsku - Imbir).
Cała rodzina to rośliny jednoliścienne ( czyli "średnio skomplikowane" należą do nich między innymi trawy**)
Imbirowate to rośliny wieloletnie, tworzą kłącza*** i pseudo-łodygi, które w rzeczywistości są zachodzącymi na siebie pochwami liściowymi. To trochę tak jakby całe ramie składało nam się z nachodzących na siebie dłoni. Kwiaty zebrane są w kwiatostany - kłosy, ale sam Imbir w rezultacie długiego (nawet jak na historię gatunku) uprawiania go i rozmnażania wegetatywnie zatracił zdolność do wytwarzania owoców, a nawet jak jakiś cudem mu się to uda, to nasiona są nieżywotne.
Uprawia się go w Indiach, Jamajce, w zachodniej Afryce i Chinach (w Japoni, Malezji i wschodniej Azji też, ale to już inne gatunki) w zależnośc8i od miejsca uprawy ma różny skład, różną jakość, różne przeznaczenie, a nawet zbierany jest w inny sposób.
Jamajski przedstawia sobą największą wartość, zwykle sprzedawany jest w formie okorowanej, następny w "kolejce" jest malabarski (od wybrzeża Malabarskiego na półwyspie Indyjskim), który jest okorowywany całkiem lub częściowo. Najgorszej jakości jest imbir zachodnioafrykański, on sprzedawany jest nieokorowany (co by znaczyło, że ten kupowany w supermarketach jest właśnie stamtąd). Chiński to trochę inna para kaloszy sprzedawany jest zakonserwowany, w syropie lub pokryty lukrem. Do tego celu nie powinien być włóknisty dlatego zbiera się go zanim dojrzeje (zielone i miękkie kłącza;"inne imbiry" zbiera się kiedy "łodygi" zaczynają żółknąć i zasychać). Muszę tutaj nadmienić, klacze imbiru jest troszkę dziwne, ma wyjątkowo duży stosunek walec osiowy/ kora pierwotna. Co ciekawe właśnie w korze pierwotnej (a zwłaszcza tuż pod skórką) znajduje się najwięcej komórek olejkowych, którym to (a właściwie olejkowi w nich zawartemu) imbir zawdzięcza swój zapach, smak i właściwości. Okorowany imbir jest więc łagodniejszy w smaku.
Jednak wracając do olejku głównymi odpowiedzialnymi za ten smak i zapach są zingiberd (alkohol monoterpenowy) i zingiberen (terpen, a nawet seskwiterpen)****, ale również substancje żywicowe pod wspólną nazwą gingerolu.
Imbir hamuje nudności, wymioty (składnik środków na chorobę lokomocyjną, podawany do żucia marynarzom, a nawet stosowany przez kobiety w ciąży pod postacią "wód imbirowych") pobudza wydzielanie soków żołądkowych i łaknienie, działa przeciwrobaczo ( może właśnie dlatego marynowany imbir jest cennym towarzyszem sushi?) przeciwgrzybowo i przeciwmiażdzycowo. wyłąpuje wolne rodniki, zbija gorączkę i działa napotnie. I pachnie zdecydowanie lepiej od czosnku !A to już jest mój kotek balansujący na płocie (w tle dom sąsiadów). W sumie trochę podobny do imbiru słodki (czy wspomniałam, że imbir ma 67 kcal w 100g?), a jednocześnie ostry (zwłaszcza pazury!). Zdjęcie robione przez okno = koszmarna jakość.


Sprawdzając czym właściwie jest zingiberen wpadałam na blog chemiczny. Nie miałam pojęcia, że istnieją takie rzeczy, ale właściwie czemu nie ?
Wprawdzie sama synteza i jej planowanie to sprawa niesłychanie skomplikowana i mój chemik choć się starał nie zdołal nikogo z nas do niej przekonać. To zabawa dla takich Krzysiów*****, to tak jak Jotsimy (Jednoczesne studia matematyczno-informatyczne) "rozwalają" dla zabawy całki. Normalnemu człowiekowi mózg się przepala jak zaczynają tłumaczyć "podstawy", ja wprawdzie do końca normalna nie byłam i nawet planowałam "przyszłość" w kierunku chemii (startowałam w olimpiadzie), ale okazałam się zbyt mało chętna do samodzielnej nauki, zbyt tępa na niektóre
dziedziny ( z "podstawowej" chemii miałam na zmianę 6-tki i 3-ki - zależało od działu).Zwłaszcza izomeria optyczna okazała się dziedziną ponad moje siły.
Ale nie o tym chciałam. Dowiedziałam się przy okazji, że "Chemia organiczna to zajęcie polegające na transmutacji wstrętnych substancji w publikacje" i że taki blog potrafi być naprawdę fascynujący.

Przyszedł Maciek i zażyczył sobie grzanek z jajkiem sadzonym, więc wróciłam do bardziej intuicyjnej i mniej meczącej chemii czy też jak kto woli magii. Oto rezultaty:
Grzanki natarte czosnkiem (wielokrotnie wspominane na Strawberries from Poland) i jajko sadzone + przyprawy, lub w drugiej wersji szyneczka i serduszko z papryki. Nadal nie jestem pewna czy to bardziej przekąska, danie obiadowe czy też kolacja


* do rodziny należy też kardamon czy kurkuma
**trawy należą do jednoliściennych, nie do imbirowatych
*** to co kupujemy i spożywamy to właśnie kłącza, nie korzenie. Kłącza są spłaszczone, mają palczaste odgałęzienia, beżowo-brązową skórkę i niektórym przypominają dłoń (dość zdeformowaną jak na mój gust)
**** oczywiście to są głowni odpowiedzialni, ale głównym odpowiedzialnym za aromat wanilii jest wanilina, a wszyscy wiemy, że cukier wanilinowy to nie to samo co cukier waniliowy
***** u mnie w liceum najgenialniejszy chemik - Krzyś, chłopak, który w 6 klasie podstawówki zainteresował się chemią, a w 1 liceum był już laureatem olimpiady chemicznej (5 w Polsce!) duma i udręka naszej pani wice-

piątek, 19 lutego 2010

żólto-zielono-pomarańczowo


Dziś od rana gotował się w domu dżem. Pomarańczowy z tego przepisu i z mojej listy rzeczy do zrobienia. Wprawdzie mama zakupiła niezaładne pomarańcze ( i tata twierdził że kwaśne, ale może to lepiej-przetrwały i mogłam dżem zrobić)


Marmolada z pomarańczy z whisky i z imbirem

1 kg pomarańczy (najlepiej sewilskich bo mają dużą zawartość pektyn, mało pestek i są soczyste - ja użyłam Nevado)
1 cytryna (niewoskowana)
1kg cukru
1 kawałek świeżego korzenia imbiru
100-150 ml whisky dobrej jakości

muślin
zester
sznurek
duży garnek z grubym dnem

Pomarańcze porządnie szorujemy pod ciepłą bieżącą wodą i przekrawamy na połówki.
Nad miską wyciskamy z nich sok i zachowujemy go na później.
Metalową łyżeczką wyskrobujemy pestki, błonki i cały miąższ. Zachowujemy.
Kawałek muślinu (30x30cm) wkładamy do oddzielnej miski. Umieszczamy w nim całe ‘wnętrzności’ pomarańczy razem z pestkami.
Umytą cytrynę przekrawamy na pół, wyciskamy z niej sok, który dodajemy do soku wyciśniętego z pomarańczy, a cała resztę przekładamy do muślinu.
Muślin zawiązujemy ciasno sznurkiem.
Skórki z pomarańczy obieramy za pomocą zestera lub dzielimy na trzy kawałki i kroimy ostrym nożem na cienkie paski uprzednio pozbywając się białych skórek.
Do dużego garnka (koniecznie z grubym dnem) umieszczamy muślin z całą zawartością, sok z pomarańczy i cytryny, pokrojone skórki z pomarańczy i 2 litry zimnej wody.
Przykrywamy pokrywką, wstawiamy do lodówki i zostawiamy na całą noc.
Na drugi dzień rondel wraz z całą zawartością stawiamy na palniku i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu przez około godzinę, aż skórki pomarańczy będą przeźroczyste,a ilość płynu zmniejszy się o 1/3.
Zestawiamy z palnika i zostawiamy do ostygnięcia.
W tym czasie przygotowujemy słoiki – myjemy je w ciepłej wodzie i suszymy w gorącym piekarniku. Trzymamy w cieple.
Muślin wyjmujemy z garnka i (trzymając go nad garnkiem) bardzo dokładnie wyciskamy całą jego zawartość. Nie oszukujemy . Stąd pochodzą pektyny
Do garnka dodajemy cukier oraz starty imbir.
Powoli doprowadzamy do wrzenia, ciągle mieszając, aż cały cukier rozpuści się.
Do zamrażalnika wstawiamy mały talerzyk.
Marmoladę gotujemy na silnym ogniu przez 15 minut (na tym etapie marmolady nie mieszamy) i robimy test na talerzyku (zgęstnieje do postaci gęstego karmelu).Jeśli ktoś ma termometr, marmolada powinna być gotowa przy temperaturze 105C.
Jeśli po 15 minutach nasza marmolada nie jest gotowa, gotujemy ją dalej. Może to zająć nawet do 45 minut.
Gdy marmolada jest już gotowa dodajemy whisky i gotujemy jeszcze przez chwilę.
Gorącą marmoladę przekładamy do ciepłych słoików, zakręcamy, dokręcamy i ustawiamy na zakrętkach do całkowitego ostygnięcia.

a dżem wyszedł pysznościowy nawet przy zastąpieniu muślinu gazą i dodaniu jeszcze mniejszej ilości cukru Smak dominuje nuta imbiru (wiem, że to dziwnie brzmi), a alkoholu ja prawie nie czuję. Z powodu dodatku tegoż imbiru dżem jest bardzo rozgrzewający (zwłaszcza na ciepłej grzance) więc chyba z czystym sumieniem może trafić tu.

Drugą pyszną pozycją dnia dzisiejszego były pierogi ruskie. Zrobiłyśmy właściwie tylko ciasto i ulepiłyśmy ponieważ farsz leżał sobie w zamrażalniku od ostatniego razu kiedy to rozpędziłam się i zrobiłam całą furę pierogów. Były z makiem - świąteczne, z kaszą gryczaną - ciekawe i właśnie te ruskie, bardziej tradycyjne, które smakowały wszystkim najbardziej. Przepisy na farsze wzięłam z Every Cake You Bake, a konkretnie:


z makiem
15 dkg maku - sparzonego i zmielonego,
3-4 łyżki miodu,
5 dkg masła,
2-3 łyżki cukru pudru,
pół szklanki rodzynek,
pół szklanki mielonych migdałów,
łyżka skórki
pomarańczowej

Masło rozpuścić z miodem, wlać do maku.
Wymieszać z cukrem pudrem i bakaliami
(można dodać więcej cukru jeżeli nadzienie będzie za mało słodkie)


z kaszą
1 szklanka kaszy gryczanej,
20 dkg twarogu,
2 cebule,
pieprz,
sól

Kaszę gryczaną ugotować na sypko i ostudzić.
Twaróg przecisnąć przez praskę lub ro
zgnieść
dokładnie widelcem. Cebule posiekać drobno i
zeszklić na oliwie. Do kaszy dodać twaróg i cebulę,
wymieszać i przyprawić do smaku solą i pieprzem.
Pierogi gotować w osolonej wodzie.



ruskie

ok. 1 kg ziemniaków,
ok. 25 dkg twarogu,
cebula,
boczek (kilka plastrów)

sól, pieprz
Ziemniaki ugotować, ostudzić i zmielić z twarogiem. Posiekaną drobno cebulę podsmażyć do zarumienienia razem z boczkiem pokrojonym w drobną kostkę. Dodać do ziemniaków z twarogiem. Doprawić solą i pieprzem.

Na ciasto pierogowe przepis jest prosty: kupka mąki, jajko, szczypta soli i woda. Zagniatamy wszystko dozując wodę, tak by uzyskać pożądaną konsystencję. Proste.*

Ruskie smakowały wszystkim, z kaszą były trochę mało słone, a te z makiem moi absolutni faworyci przez rodziców zostały całkiem wzgardzone** . Maciek zjadł ze smakiem, ale się nie zachwycił. Ci ludzie zupełnie się nie znają, ale ja już wiem, że na moim wigilijnym stole ich nie zabraknie.

Ale dziś były tylko ruskie, które nawet spotkały się z pochwałą mojego brata "Jak na ruskie to całkiem niezłe", choć w wolnym tłumaczeniu pochwała brzmiała "Jak na coś co ugotowałaś to nawet smaczne".

Dorzucę jeszcze zdjęcia tego czym się raczę gdy czekolady nie ma lub jeść nie mogę i pójdę robić prezent dla M.

Ten deser jest do zrobienia w minutę, sycący i bardzo słodki. I był pierwszym moim pomysłem co zrobić z bananami zbyt dojrzałymi***. Składniki to: 1 dojrzały banan pokrojony w plasterki śmietanka w spray'u lub bita śmietana i łyżka kakaa rozpuszczalnego lub w wersji bardziej ekskluzywnej gorzkiej startej czekolady.


*jedyną moją bolączką jeśli o pierogi chodzi jest to, że nie umiem zawijać takich ślicznych brzeżków jak moja mama (która ich zresztą nie lubi). Dzięki nim pierogi robią się od razu takie zgrabne i śliczne.

**tak jak wszystkie moje wymysły ,wymagające ich udziału i próbowania. Od zielarstwa począwszy na kulinarnych eksperymentach skończywszy

***ja jadam tylko zielone lub ledwie żółte