Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sałata. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2014

śniadanie mistrzów

Stosunkowo proste i szybkie, ale za to jakie dobre!
 Opiera się  w dużej mierze na dobrej jakości składników. Więc dobrze jest żeby bagietka była pyszna i świeża, brie dość intensywny w smaku, a jabłko miękkie i słodkie (wyjątkowo).

kanapka
(2 porcje)
bagietka
ser brie (ok. 120 g)
pół jabłka - najlepiej 'Golden delicious'
garstka orzechów włoskich
liście (u mnie szpinak, ale sałata lub liść mieszany są równie dobre jak nie lepsze)

Bagietkę przekroić na pół, ser pokroić w grube plastry, jabłko umyć przekroić na ćwiartki i wyciąć gniazdo nasienne, pokroić w dość grube plasterki. Na bagietce ułożyć warstwą ser, orzechy na ser i lekko docisnąć żeby się przykleiły- nie będą wypadać. Na to plasterki jabłek i liście; przykryć drugą połową bagietki i spożywać. 

czwartek, 23 maja 2013

piątek nadciąga !

A może piknik ?
 W menu : kurczak w pistacjowej panierce i poniedziałkowa sałatka ze szparagami (przepis Bei modyfikowany). Lekko i przepysznie. Wszystko pieczone.

kurczak w pistacjowej panierce
(oryginalny przepis z "Realfood cookbook" na udka z kurczaka)
4-5 małych filetów z kurczaka (lub 1 1/2 dużego pociąć na mniejsze)
2 garści pistacji bez skorupek
pół szklanki mąki
1 jajko
2 łyżki mleka
sól, papryka (u mnie wędzona), pieprz + inne ulubione przyprawy do smaku

 Rozgrzać piekarnik do 220*C. Pistacje, 2 łyżki mąki sól i przyprawy wrzucić do blendera. Miksować do momentu, aż pistacje będą z grubsza posiekane. Wysypać na talerz. Na drugim talerzu wymieszać mąkę z przyprawami, a na trzecim jajko z mlekiem ("rozbełtać"). Kurczaka obtoczyć w doprawionej mące, dokładnie "zmoczyć" w jajku i obtoczyć w miksie pistacjowym. Powtórzyć z resztą kawałków kurczaka, ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i piec ok. 10 minut. 
szparagowa sałatka poniedziałkowa z mango:
mieszanka sałat/rukola
pęczek szparagów
2 słodkie ziemniaki
1 dojrzałe mango
garść ugotowanej komosy*
5 łyżek oliwy z oliwek,
1/2 łyżeczki octu balsamicznego

Ziemniaki obrać.Pokroić w plastry, a te na ćwiartki. Szparagi opłukać, odłamać zdrewniałe końce (wystarczy ugiąć łamią się w dobrym miejscu) pokroić w kęso-kawałki. Ułożyć ziemniaki i szparagi na blaszce. Przy pomocy pędzelka posmarować oliwą (można wcześniej, dla aromatu dodać do niej skórkę z cytryny/wcisnąć ząbek czosnku/odrobinę wędzonej papryki) i delikatnie posolić. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 220*C na 10 minut.
Mango obierać nad misą blendera (najpierw odkroić połówki od pestki, potem od strony miąższu, nie przecinając skórki, pokroić wzdłuż, a następnie w poprzek, a następnie nacisnąć od spodu wypychając  kostki mango do góry (kostki do sałatki). Odkroić je od skórki, tak żeby sok (i mniejsze kawałki) ściekał do środka. Zeskrobać resztki miąższu ze skórki do blendera, dodać kilka mniej kształtnych kostek mango, 2 łyżki oliwy troszkę octu balsamicznego, szczyptę soli i zmiksować.

Do przewozu proponuję sałatę i sos wziąć osobno, a resztę składników wrzucić do jednego pojemnika.
A ponieważ składniki do sałatki i kurczak pieką się w tej samej temperaturze i potrzebują mniej więcej tyle samo czasu, to bardzo ładnie się to zrównolegla.
Kurczak dobrze się przewozi w dowolnym pudełku i jest też dobry na zimno.
Jak widać kosz piknikowy jakkolwiek bardzo stylowy i fajny nie jest do pikniku niezbędny, a w butelce jest Malibu z mlekiem :D

Czas na piknik z home&you - półmetek!

*po informacje o komosie i jak się gotuje komosę odsyłam do Bei

wtorek, 8 stycznia 2013

challenge nr 1 part 3

W dniu wczorajszym częściowo mi się nie chciało, częściowo mi się zapomniało napisać posta, a może zapomniałam, bo mi się nie chciało ? W każdym razie zamierzam zwalić choć część winy na M., który nie napisał ocen (zabrał się za to już po 12). Skoro nie miałam wszystkich materiałów, to jak mogłam pisać posta ?
Przy okazji złamałam zasadę (zasady są po to żeby je łamać) i nie-zasadę. Pierwsze to użyłam 2 razy jednego składnika, drugie - okazuje się, że Maciej mówiąc "obiad" myśli "danie", a wczorajszy obiad składał się z dwóch dań.
Pierwsze czyli zupa z zielonej soczewicy jest lekko tylko zmodyfikowaną wersją tego przepisu. Ode mnie dostała tylko czarooką fasolkę, trochę papryki w proszku i świeże pomidory zamieniłam na puszkowane. Jestem z niej o tyle zadowolona, że smaczna i sycąca nadaje się nie tylko na obiad, ale też na lunch do pracy.

Składniki z wyzwania: soczewica zielona, "czarnooka" fasola, pomidory w puszce
Dodatkowo: marchew
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 (Zupa w typie grochówki, można byłoby położyć jakieś warzywo na górze celem ozdoby...)
Kreatywność: 5 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 7.5 (Naprawdę dobra zupa, trochę lepsza niż wczorajszy obiad, ale znowu nie mam poczucia, że się jakoś specjalnie wybija) 

Zupa z zielonej soczewicy
250 g zielonej soczewicy
1/2 puszki black eyed beans
puszka krojonych pomidorów
4 łyżki oliwy (lub więcej, wg upodobań)
2  małe marchewki
1 cebula pokrojona w kostkę
ząbek czosnku
1 listek laurowy
oregano
sól i pieprz
2 łyżeczki octu z czerwonego wina

Na oliwie przesmażyć czosnek i cebulę (w dużym garnku na zupę). Dodać marchewkę i listek laurowy, chwilę smażyć. Następnie dodać opłukaną soczewicę i zalać 1 l zimnej wody (ja proponuję 3/4). Gotować, aż soczewica zmięknie.
Do miękkiej soczewicy dodać pomidory, fasolę i pozostałe przyprawy. Gotować kolejny kwadrans. Na koniec dodać ocet, wymieszać.

Drugie danie. Czyli sałatka ze szparagami podpatrzona została na Kwestii Smaku. Ale z oryginalnej sałatki zostawiłam tylko szparagi, jajko w koszulce i sałatę. Resztę zastąpiłam wyrazistym sosem serowym (który w moim wykonaniu składał się z dwóch serów i masła, ale podaję wykonanie ze śmietaną/śmietanką, bo tak będzie wyglądał lepiej i nie będzie zastygał).

Składniki z wyzwania: szparagi, sałata, jajka
Dodatkowo: roquefort, żółty ser
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 Sałatka wyglądała bardzo ładnie ze szparagami i tak dalej przed dodaniem jajka w dziwnym kształcie (jak widać koncepcja jajka w koszulce niespecjalnie przypadła M. do gustu) i polaniem sosem o podejrzanym kolorze
Kreatywność: 7 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 8.5 (Najwyraźniej mam słabość do roqueforta, jego połączenie ze szparagami i liśćmi bardzo mi odpowiada, gdyby nie jajko psujące trochę efekt to dałbym 9)

sałatka ze szparagami i jajkiem w koszulce z ostrym serowym sosem
1 jajko na głowę
4-5 szparagów na głowę
mieszanka sałat (2 garści na głowę)
ser roquefort
garść sera cheddar lub mozzarella
1/3 szklanki śmietanki 30% lub 1/2 szklanki 18 lub 12%*

Szparagom obciąć zdrewniałe końce, ugotować w osolonej wodzie. Sałaty opłukać ułożyć na talerzu, śmietanę/śmietankę podgrzać z serami aż utworzą jednolity sos.
Zrobić jajka w koszulkach. Do garnka wlać około 1 litra wody i zagotować dodając 1 - 2 łyżeczki octu winnego lub soku z cytryny (opcjonalnie) oraz szczyptę soli. Ustawić umiarkowany ogień. Do miseczki wbić jajko i delikatnie wylać je do gotującej się wody (wodę wcześniej zamieszać i utworzyć wir). Gotować przez około minutę, wyjąć łyżką cedzakową i ocenić czy całe białko jest już ścięte, żółtko natomiast ma pozostać płynne. Możemy gotować jajka jednocześnie, w jednym garnku.

* śmietanka będzie lepsza, ale wiadomo jest bardziej tłusta no i jak się nie ma to nie trzeba lecieć do sklepu można zastąpić normalną śmietaną
Oceny końcowe:
Ocena: 5 (Dania orbitowały wokół 7, -1 za 2 dania zamiast jednego ostatniego dnia, -1 za 2x roquefort)

Końcowy komentarz: Z perspektywy czasu trochę za wysoko oceniłem curry w stosunku do sałatki z pierwszego dnia, jednak różnica między poszczególnymi daniami była trochę większa. Natomiast zupę oceniłbym dokładnie w środku pomiędzy curry, a sałatkami więc to wyszło dobrze.

czwartek, 29 listopada 2012

happy birthsday to me



M. zrobił mi wczoraj niespodziankę biorąc wolne w środku tygodnia, specjalnie na moje urodziny. Nic mi wcześniej nie powiedział, a nawet żeby nie zepsuć niespodzianki wstał i poszedł na 7 rano na siłownię. Twardziel. Z resztą wyszło mu troszkę gorzej, bo cały dzień mżyło (dziś dla odmiany było ładnie), a ścieżka spacerowa, którą wybraliśmy prowadziła przez tereny gazowni (o fu, ale zaiwania) i w dodatku okazała się ślepą uliczką. Trudno.
Mimo wszystko miło go było mieć obok.
No i pozwoliło mi zrobić fajny, dwudaniowy obiad urodzinowy (i to przed 19). W którym główną rolę odgrywała gruszka i ser pleśniowy.
Po pierwsze była sałatka. W oryginale stąd, ale ja trochę pozmieniałam: pistacje na orzechy włoskie, miód z sosu na łyżkę lemon curda, no i ser był za bardzo jak camembert, a za mało jak ser z niebieską pleśnią, no i dodałam ze 2 garście pokrojonej sałaty lodowej. Wyszło naprawdę przyzwoicie, ale na przyszłość jednak poszukam sera o mocniejszym smaku.

 sałatka z gruszką i serem pleśniowym
1 1/2- 2 gruszki (zależy od wielkości)
kawałek (ok. 200 g) sera z niebieską pleśnią
2 garście rukoli
2 garście pokrojonej/porwanej sałaty lodowej
garść orzechów włoskich

1 1/2 łyżki octu balsamicznego
1 łyżka lemon curda
2 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz
opcjonalnie: ząbek czosnku

Sałatę i rukolę ułożyć na talerzu, gruszki pokroić w plastry lub pół-plastry (polecane jeśli gruszka twarda), ser w kostkę, ułożyć na sałacie . Składniki sosu lekko podgrzać (do rozpuszczenia się lemon curda), wymieszać, orzechy pokruszyć na wierz, polać sosem.

Po drugie był przepyszny, zapiekany camembert z sosem kahlua. Tu jedyne co zmieniałam, to trochę za długo podgrzewałam sos i zrobił się karmel, nie było to jednak zamierzone. Dlatego po przepis odsyłam do Any-Marii. Powiem tylko, że danie to szybkie, wykwintne i spokojnie wystarcza na obiad dla dwójki, o ile poda się je z chlebem, choć gruszki (lub krakersy jak sugerowane jest w przepisie) też świetnie pasują.

A na deser był tort-nie-tort czyli jesienna wersja "pani Walewskiej", która chodziła za mną już od jakiegoś czasu i tylko szukałam pretekstu żeby ją zrobić. Z tortem to ciasto ma wiele wspólnego i i warstwy są (sporo warstw) i krem jest, tylko, że ciasto kruche zamiast biszkoptowego, trochę płaskie ni żeby wbić świeczki trzeba by było uprzednio wywiercić na nie dziurki. Z ciastem było trochę kłopotu (częściowo z mojej winy). No i na koniec uważam, że choć dobre jest zdecydowanie za słodkie. Powideł trzeba używać koniecznie kwaśnych, no i trzeba rozważyć zmniejszenie ilości cukru. Przepis pochodzi z "Moich wypieków" z moimi modyfikacjami.

jesienna pani Walewska
kruche ciasto:
2 szklanki mąki pszennej
125 g masła, zimnego
1/3 szklanki cukru pudru
3 żółtka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 opak. cukru wanilinowego

3 białka
1/2 szklanki cukru
1/2 słoiczka powideł śliwkowych (u mnie czekoladowych z tego przepisu)
100 g łuskanych orzechów włoskich, posiekanych
Krem:
250 ml mleka
1 żółtko
1 1/2 łyżki mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej/kukurydzianej
1 1/2 łyżki cukru (moim zdaniem można zrezygnować)
1/2 opak. cukru wanilinowego (moim zdaniem można zrezygnować)
75 g masła, w temp. pokojowej
50 ml likieru orzechowego (lub innego pasującego - u mnie kahlua)
polewa:
ok. 80 gorzkiej czekolady (w oryginale pół na pół z mleczną, ale ja uznałam, że za słodko)
40 g masła
2-3 łyżki likieru (zamiast czekolady mlecznej)

    Z podanych składników zagnieść kruche ciasto, podzielić na 2 części, rozpłaszczyć, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 2 h.
    Formy o wymiarach 22 x 22 cm (ok.500 cm2) wysmarować masłem, wyłożyć papierem do pieczenia. Obie części schłodzonego ciasta wyłożyć do form, wylepić dno, wyrównać. Posmarować połową powideł śliwkowych (ja zapomniałam, więc dodałam jedną warstwę powideł, po pieczeniu).
    Białka ubić w misie miksera na sztywną masę, pod koniec dodając cukier, łyżka po łyżce. Połowę ubitych białek nałożyć na powidła*, posypać połową orzechów włoskich.
    Piec w temperaturze 180°C przez około 45 - 50 minut. W taki sam sposób postąpić z resztą ciasta kruchego by powstały dwa jednakowe blaty.
    Przygotować krem. Jedną szklankę mleka zagotować z cukrami. Drugą zmiksować z żółtkami i mąką (jak na budyń), dodać do gotującego się mleka, zagotować. Ostudzić, przykrywając folią spożywczą.
    Masło utrzeć na puch. Stopniowo dodając wystudzony budyń, cały czas ucierając (miksując). Stopniowo dodawać alkohol, ucierając.
   (polewa) W małym garnuszku umieścić masło, roztopić. Zdjąć z palnika, dodać posiekaną czekoladę, poczekać do jej roztopienia, mieszając od czasu do czasu.
   Nałożyć krem na pierwszy placek wyrównać. Przykryć drugim blatem, odwracając go uprzednio warstwą orzechowo - śliwkową do dołu i polać polewą czekoladową. Ciasto schłodzić. Przechowywać w lodówce.


słowko dnia: insatiable - nienasycony

wtorek, 20 listopada 2012

bocz(nia)kiem




Pozmieniałam w tej sałatce tyle, że już właściwie nie jest z tego przepisu, z którym zaczynałam. A to okazało się że i w domu i w pobliskim sklepie nie ma musztardy (a przynajmniej M.jej w sklepie nie znalazł), a to ugotowałam ryż tak po prostu. A to M., nie bez racji zresztą, zapytał, że jak to sałatka, to czemu składa się właściwie tylko z ryżu, kurczaka i grzybów, więc dodałam sałaty i rzodkiewki (dla kolorku). Wyszło coś dobrego, ale jestem praktycznie pewna, że nie to co jedli autorzy oryginalnego przepisu

sałatka ryżowa z kurczakiem i grzybami

3/4 szklanki brązowego ryżu
1 pierś z kurczaka, nieduża
1-2 szklanki lekkiego bulionu
150 g świeżych grzybów u mnie boczniaki różowe i żółte, shitake i pieczarki
garść kiełków rzodkiewki
garść (5-6) rzodkiewek
2 garści (1/3 główki) drobno pokrojonej sałaty lodowej

łyżeczka octu balasamicznego
2 łyżki oliwy
chlust sosu sojowego
sól pieprz

Ugotować ryż. Bulion zagotować w małym rondlu, wrzucić do niego drobno pokrojoną pierś z kurczaka (bulion powinien zakrywać mięso), zagotować ponownie, wyłączyć ogień, przykryć i odstawić na chwilę. Grzyby oczyścić, większe przekroić na pół lub na paski. Na patelni rozgrzać niewielką ilość oliwy i usmażyć grzyby. Doprawić je solą i pieprzem do smaku (ja smażyłam z odrobinką cebulki). Pokroić sałatę, rzodkiewki wymieszać z resztą składników (można odłożyć trochę grzybów oraz plasterków i kiełków rzodkiewki  do dekoracji). Wymieszać wszystkie składniki sosu ( ja wykonałam z octu balsamicznego, oliwy, sosu sojowego i łyżki bulionu z gotowania kurczaka - w oryginale: 3 łyżki octu winnego, 2 łyżeczki musztardy pełnoziarnistej, sól, cukier). Wymieszać sos z sałatką.

słówko dnia : oyster - boczniak, ale też nazwa karty miejskiej w Londynie

środa, 7 listopada 2012

in the colours of the rainbow



sałatka owocowa z sosem curry
na 2 osoby
1 czerwony grapefruit (można zamienić na pomarańczę, albo ją  dodać)
1 średnie (lub 2 małe) jabłko 
1 banan plantain (lub zwykły)
1 średnia marchewka
mieszanka sałat (ok. 1/2 paczki)
1/3 szklanki mleka kokosowego (lub pół na pół mleka kokosowego i soku pomarańczowego)
1/2 łyżeczki pasty curry ( u mnie łagodna) lub proszku curry
łyżka masła

Grapefruita obrać ze skórki i z "błonek" - gorzkie. Banana i marchewkę obrać, pokroić na plasterki i podsmażyć na maśle (marchewka potrzebuje trochę krócej). Obrać też jabłko i pokroić w kostkę. W między czasie podgrzać (lub po prostu porządnie wymieszać) mleko kokosowe z curry. Wszystkie składniki wrzucić do miski; wymieszać.

słówko dnia : mulled wine - grzane wino

poniedziałek, 1 października 2012

obiad urodzinowy mamy

Tuż przed moim wyjazdem mama obchodziła urodziny. Miałam w związku z tym dobre chęci i ambitne plany. Wykonałam zaproszenie na uroczysty obiad urodzinowy, wyznaczyłam datę, ułożyłam III zestawy do wyboru (i podciągnęłam pod ten prezent mojego młodszego, spłukanego, ale bardzo kochanego braciszka, zapominając, że ten będzie w szkole i mi nic, a nic nie pomoże). Mama wybrała oczywiście zestaw obiadowy nr. II zawierający : zupę grzybową, tartę cukiniową z kurczakiem, boczkiem i serkiem ricotta oraz jesienną panią Walewską (przepis tu - jeszcze ją zrobię!). W wyznaczonym dniu okazało się, że prądu niet i że nie będzie go do godziny 15 (obiad był ustalony na 15.30). Hurra! Zmiana planów. Zamiast tarty będzie sałatka z grillowanych warzyw z kurczakiem i tzatzikami (oryginalnie występujące w zestawie III), a zamiast pani Walewskiej mus czekoladowy z serka mascarpone (pisałam o nim tu)






Sałatka jest łatwa, choć niezwykle czasochłonna w wykonaniu. Dodatkowym jej plusem jest dość duża elastyczność jeśli chodzi o składniki. Jeśli się nie lubi grillowanej papryki, albo pomidorów można je pominąć, dodać więcej cukinii jeśli się ją wyjątkowo (jak ja) lubi. Można też dorzucić pieczoną dynię, albo buraka.
grillowana sałatka
min. 1 średnia cukinia (u mnie 1 zielona 1 żółta)
min. 1 papryka żółta lub czerwona (lub obie)
opcjonalnie 1 średni bakłażan (ja nie przepadam)
2-3 garści pieczarek
1 duża/2 małe czerwone lub cukrowe cebule
spora pierś z kurczaka
1-2 pomidory
1/2 sałaty lodowej/ mieszanka sałat *
Warzywa kroi się w plastry lub paski i grilluje lub smaży na patelni beztłuszczowej, albo tak jak ja robi obie rzeczy równolegle. Podobnie postępuje się z kurczakiem (dobrze jest przed obróbką termiczną posolić, dodać przypraw). Zresztą zanim się wszystko zrobi to pierwsze składniki i tak są już dawno zimne i dobrze jest mieć na podorędziu mikrofalę lub nagrzany piekarnik, ponieważ znacznie lepsza jest na ciepło. Nie podgrzewamy sałat ani pomidorów dlatego te lepiej jest umieścić w osobnej misce i np. udekorować jadalnymi kwiatami (nasturcja, bratki)

*u mnie lodowa + rukola, a ponieważ rukola zakwitłą nam w ogródku to dorzuciłam równiej jej kwiatki, a jak już kwiatki to i nasturcja (wyjątkowo pyszna)

P.S. słówko dnia to :trimming(s) - przycinanie roślin, (dodatki do obiadu takie jak ziemniaki czy sałatka)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

spóźniona

jestem jak zwykle. Wczoraj była impreza niespodzianka-posiadówka taty i sporo się napracowałam, żeby do niej doprowadzić (choć bez zgrzytów się nie obyło), ale wyszła fajnie. Tata wydawał się naprawdę zadowolony.
Ponieważ jest kolejna sałatkowa akcja u Peli, a i większość osób zaproszonych stara się dbać o wagę postanowiłam postawić na sałatki. Miały być 2 sałatki : ulubiona (długo się zastanawiałam jaka to) i jakaś z archiwum. Z archiwum wygrzebałam więcej niż jedną (jak ciężko było się zdecydować!) i postanowiłam, że wybiorę najlepszą. Tylko akcja była do niedzieli i jak zwykle nie zdążyłam.

Moja ulubiona sałatka to: z makaronem sojowym/ryżowym, rzodkiewką i ogórkiem. Wprawdzie można było potraktować to archiwalnie, ale świetna to była okazja żeby zrobić.

sałatka wiosenna
paczka makaronu ryżowego/sojowego
2 nieduże ogórki wężowe
4 rzodkiewki
pół piersi z kurczaka

kilka kropli oleju sezamowego
na marynatę:
sok z ½ cytryny
kilka chrustów sosu sojowego
dwie łyżki oleju
(opcjonalnie)na sos:
pęczek koperku/ząbek czosnku
opakowanie jogurtu naturalnego
sól i pieprz
Kurczaka kroję na niewielkie części, najlepiej w paseczki. Mieszam składniki marynaty, polewam nimi mięso, odstawiam na pół godziny.
W międzyczasie kroję ogórka i rzodkiewki (np. w słupki). Przygotowuję makaron sojowy.Kurczaka smażę na silnym ogniu, najlepiej w woku, następnie studzę.
Mieszam z resztą składników. Dodaję sos.

Oryginalny przepis pochodzi stąd, a moje poprzednie wersje są tu i tu

A najlepsza okazała się sałatka z kurczakiem na ostro. Tacie bardzo smakowała i jako jedyna zniknęła w całości. W stosunku do wersji oryginalnej zaszło wiele zmian ze względu na niedostępność imbiru czy pistacji... tu można zobaczyć oryginalny przepis.

sałatka z kurczakiem na ostro

2 piersi kurczaka
mieszanka sałat
pomidorki koktajlowe lub 4 zwykłe pokrojone w "8ki"
1 mała cukinia pokrojona w słupki, zblanszowana w osolonej wodzie

marynata do mięsa:
łyżeczka pasty przyprawowej harissa
łyżeczka kurkumy
łyżeczka ostrej papryki
pół łyżeczki chilli
łyżeczka sosu sojowego
łyżka octu balsamicznego
pół szklanki soku grapefruitowego
sok z cytryny
2 ząbki czosnku zmiażdżone

dressing:
4 łyżki oliwy z oliwek
łyżeczka octu balsamicznego
łyżeczka ostrej musztardy
2 łyżeczki musztardy z całymi ziarnami gorczycy
sól pieprz do smaku

kurczaka ponakrawać, umieścić w marynacie wstawić do lodówki min na 2 h (może być nawet cała noc). Piersi wyjąć z marynaty upiec. Sałaty wymyć, wymieszać, pomidory i cukinię pokroić, ta ostatnią zblanszować. Kurczaka pokroić. Całość wymieszać, zalać dressingiem podawać z grzankami.

EDIT: akcja została przedłużona, więc nawet się na nią załapię :D

wtorek, 19 lipca 2011

salads & subway



Ile razy nie wyjdę z naszego lokum tyle razy zaczyna padać. Dziś w sumie przejechałam się tylko metrem i zrezygnowałam. Teraz czekam na M. żebyśmy w ramach obiadu wykończyli wczorajszą sałatkę (której jak zwykle zrobiłam za dużo)

sałatka z kurczakiem i gruszką

opakowanie mieszanki sałat (lub 1/2 małej głowki sałaty lodowej)

2 pojedyńcze/1podwójny filet z piersi kurczaka (ok.400g)

200-250 sera gorgonzola

2 garści ugotowanego makaronu

1 1/2- 2 gruszki ( u mnie konferencja)

50 g suszonych wiśni (można zastąpić żurawiną)

2 łyżki mąki

2 łyżeczki ziół prowansalskich

pół szklanki cydru

sól pieprz

Filety z kurczaka pokroić w poprzek na nieduże plastry, mąkę wymieszać z solą i łyżeczką ziół prowansalskich, obtoczyć kotleciki w mieszance i obsmażyć z obu stron na złoto. Gruszki obarać i pokroić w dość drobną kostkę. Wrzucić do miski razem z sałatą, pokruszonym serem, makaronem, wiśniami. Cydr wymieszać z ziołami i solą zalać sałatę i porządnie wymieszać


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

obiad prawie z Nigelli


wypiłam dziś najdroższą kawę w moim życiu (doliczając cenę mandatu)
pojechałam z rodzicami na zakupy i przeraziłam się sumą jaką mamy zapłacić, choć na nich nie zrobiła większego wrażenia
zrobiłam obiad
według Nigelli
prawie

ryż kokosowy*
300g ryżu basmati lub tajskiego
4 cebule cukrowe, lub szczypior z 4 cebul, pokrojony w krążki
2 łyżeczki nasion czarnuszki (Nigella damascena)
400 ml (1 puszka) mleka kokosowego
600 ml wrzątku
1 łyżeczka soli/ do smaku
sok z jednej cytryny/do smaku
łyżka oleju czosnkowego

rozgrzać olej w patelni lub woku, dorzucić szczypior i nasiona czarnuszki, podgrzewać przez około minutę mieszając. Dorzucić ryż i wymieszać tak by pokrył się warstewką oleju i dokładnie wymieszał w resztą zawartości. Mleko kokosowe wlać do menzurki i dopełnić wrzątkiem do litra. Zalać ryż kokosowym wrzątkiem i dodać soli. Wymieszać całość w garnku, przykryć pokrywką i gotować na wolnym ogniu około 15 minut od czasu do czasu mieszając. Wciągu tego czasu ryż powinien wchłonąć cały płyn i być gotowy do podania. Należy go tylko doprawić solą i sokiem z cytryny.

Bardzo smakowity tylko należy uważać z ilością czarnuszki, która jest ostra i nie każdemu może smakować. Do ryżu był wiosenny kurczak, z pewnymi zmianami, z braku niektórych produktów.

wiosenny kurczak*
140g drobno-pokrojonego boczku/słoniny wieprzowej lub pancetty
12 kawałków kurczaka (przepis mówi o takich z kośćmi) [u mnie były 4]
1 por [zastąpiony połówką cebuli ze szczypiorem]
1 seler naciowy [ 1 nieduża cukinia pokrojona w kostkę]
3 ząbki czosnku drobno posiekane
łyżka oleju roślinnego
500ml wytrawnego cydru [zastąpiony szklanką piwa, szklanka soku jabłkowego]
300 g mrożonego zielonego groszku
łyżka musztardy Dijon [zrezygnowałam]
2 małe główki sałaty drobno pokrojone [1/2 kapusty pekińskiej]
estragon [brak]

olej rozgrzać na dużej głębokiej patelni lub w casserole, wrzucić boczek, lub zamienniki i podsmażyć aż się zarumieni i zacznie "puszczać sok". Dodać kurczaka, obsypać go boczkiem i smażyć na wolnym ogniu przez około 5 minut, obrócić i dodać seler, czosnek i pora wymieszane wraz z pieprzem i estragonem. Dać mieszance kolejne 5 minut, a następnie wlać cydr i dorzucić zielony groszek. Przykryć pokrywką, gotować na małym ogniu około 40 minut (sprawdzać co jakiś czas. Odkryć, wmieszać musztardę (o ile się chce) dorzucić pokrojoną sałatę i podgrzewać jeszcze chwilę by całość serwowana była ciepła

*oba przepisy pochodzą z "Kitchen" Nigelli
mogą w nich być błędy bądź kulawizny językowe jakoże mój egzemplarz jest prezentem od M. z Anglii i tłumaczyłam sama. Wprawdzie rozumiem co do mnie piszą i mówią, tłumaczem jestem jednak raczej marnym i raczej początkującym.
Practice makes a master

poniedziałek, 15 lutego 2010

gdy znajdziemy się na zakręcie co znami będzie*


Dzisiejszy poranek powitał mnie zimnym, pazurzastym kotem wpychającym się pod kołdrę oraz sino-fioletowym niebem rozświetlonym pomarańczowymi żarówkami latarni. Przy tej szarówce** wyglądało to trochę jak kiczowaty zachód słońca, o poranku. Widoczek całkiem, całkiem, gdyby zobaczyć go odemknąwszy jedno kaprawe oko, a potem przewrócić się na drugi bok.
Niestety, ja musiałam wstać, a na dodatek musiałam też obudzić tatę. "Na amen" zakopałam się pod bramą i nie byłam sobie w stanie poradzić. Po półgodzinie wspólnego odkopywania i pchania udało mi się odjechać.
Moja radość jednak nie trwała długo. Parę kilometrów dalej zgasłam tuż przed skrzyżowaniem; zabrakło benzyny. Problem nie byłby tak dramatyczny (no bo co, przecież nie pierwszy raz spóźniam się lub nie dojeżdżam na zajęcia) gdyby nie zima (nie było gdzie samochodu zepchnąć)i fakt, że moja mama zawsze jeździ na rezerwie***, co tatę doprowadza do szału. niestety zdarza jej się od czasu do czasu wyciąć taki numer jak ja i musi ją "ratować". Zawsze strasznie krzyczy za jeżdzenie na rezerwie, a teraz ?
Ale cóż zrobić, jeśli sama sobie nie radzę, a stoję w miejscu gdzie absolutnie wszystkim przeszkadzam**** ...
Zadzwoniłam do niego.
Zebrałam kilka zasłużonych wrzasków zwiewających małżowinę uszną (mama też oberwała - tym razem niezasłużenie) i dowiedziałam się, że ratunek przybedzie dopiero jak odwiezie mego brata do szkoły.
Perspektywa zostania w tamtym miejscu jeszcze przez godzinę, a potem zasłużonej bury nie była pociągająca.
Na szczęście zlitował się nade mną jakiś Pan i mimo braku haka w Zielonym Żuczku podholował nas***** do stacji benzynowej. Tacie chyba ulżyło, że jednak nie musi się mną zajmować, a ja spóźniona godzinę (tylko godzinę) pojechałam do szkoły.

Na pierwsze zajęcia z Inżynierii ogrodnictwa. Przedmiot naprawdę przydatny, logiczny - więc nietrudny. Tylko w wydaniu naszego ćwiczeniowca strasznie nudny. Dziś oglądaliśmy szklarnię z punktu wi9dzenia jej projektowania, budowania i eksploatacji. Trzeba przyznać, że szklarnie SGGW są relatywnie nowe i nowoczesne. Pokazują (w mikroskali, bo na więcej szklarni szkoła nie ma miejsca i zapotrzebowania) to co naprawdę jest stosowane przy produkcji. Choć raz nie słyszymy : " Tak robić nie wolno" "Tak się nie robi" "Naprawdę robi się inaczej".
Nie wzięłam do szklarni aparatu, więc zdjęć nie będzie, a szkoda, bo ładne gerbery były.

Na obiad zrobiłam sobie sałatkę. Usiłowałam powtórzyć tą co jadłam z Michałem, ale poległam już na sezamie. Z powodu obecności szkodników przechowalniczych w domu mamy dużą rotację tego co jest a czego nie ma.

Sałatka z grillowanym kurczakiem i sezamem

pól główki sałaty kruchej głowiastej
polówka standardowego sera typu camembert
garść sezamu
3 pomidorki koktajlowe pól piersi kurczaka,
pól cytryny
ząbek czosnku (lub szczypta suszonego)
1 ugotowane na twardo jajko
2 kromki razowego pieczywa tostowego
3 łyżki jogurtu naturalnego
sól, pieprz, ulubione zioła

Sałatę rwiemy/kroimy na drobno, pomidorki na ćwiartki, jajko na półplasterki, ser w drobne trójkąciki. Pieczywo tostujemy i kroimy na drobne kosteczki, kurczaka kroimy podobnie, wrzucamy do miseczki z sokiem cytryny (moze być mniej niż pół) solą, pieprzem i ziołami, mieszamy, a następnie kładziemy na patelnię beztłuszczową. Kiedy kurczak się usmaży wszystko, prócz pieczywa czosnku, sezamu i jogurtu wrzucamy do miski. Jogurt łączymy z czosnkiem, solą, ziołami i pieprzem do smaku, dodajemy do sałatki, mieszamy, a na koniec dodajemy grzanki w kostkach

motyle skrzydło znalazłam w szklarni, w pajęczynie. Koleżanki nie były zachwycone moim znaleziskiem, nie rozumiem czemu. Prawdziwy motyl nie pokazałby skrzydełek.

* z cyklu problemy z samochodem, a piosenka się do mnie przyczepiła. nie podoba mi się, ale tekst choć naiwny ma jakiś sens
**szarówka kojarzy mi się wprawdzie z jesiennymi popołudniami, kiedy nie jest jeszcze ciemno, a już nie jest jasno. Ale zimowe barbarzyńskie godziny (między 5 a 6.30) też tak wyglądają
*** właściwie wręcz na oparach
****sama bym się sklęła od stóp po czubki włosów, gdybym była na miejscu tych ludzi za mną.
Jestem bardzo nerwowym kierowcą.
***** Zielony Żuczek to moja pieszczotliwa nazwa Matiza, a nas, ponieważ myślę o nim jak czymś/kimś żywym

środa, 27 stycznia 2010

ozdobne i czas przeciekający przez palce

Są takie okresy w życiu, że czas płynie jak w "Czarodziejskiej Górze" niby przerażająco powoli, a jednak szybko jak przelewająca się przez palce woda. Ogólnie nie jestem dobra w gospodarowaniu czasem, ale w sesji moja niegospodarność przekracza wszelkie granice i w dodatku przeszkadza bardziej niż zwykle. Choćby ostatnie dwa dni spędziłam zaliczając ozdobne, co powinnam była zrobić dawno temu i o niebo szybciej niż to miało miejsce wczoraj i przedwczoraj. Nie dosyć, że byłam zła na siebie, na kolektywne marnowanie czasu i uporczywy ból brzucha, to marnowałam czas przeznaczony na naukę do dzisiejszego egzaminu z ... ozdobnych.
Wróciłam zmęczona, wściekła, zmarznięta, obolała i przepełniona wstrętem do ozdobnych. w ramach terapii na ból brzucha i zły humor zaserwowałam sobie na obiad sałatę głowiastą kruchą* ze śmietaną i szczypiorkiem. Proste, szybkie, smaczne i jakieś takie... pozytywne, bo chrupie, bo ma ładny kolor, bo egzamin z warzywnictwa jest za prawie tydzień...







A dzisiaj po egzaminie(pierwszy raz w życiu nie zdążyłam napisać wszystkiego co wiedziałam, dziwne uczucie**) postanowiłam zrobić sobie poprawiania humoru ciąg dalszy.


Na początek wybrałam się na moją kawę*** do coffiee haeven. Miałam tam posiedzieć w ciepełku, wypić i wrócić do domu, ale wypłoszyły mnie dwie panie, omawiające ploteczki, jak na mój gust, o wiele za głośno. W takim razie wybrałam się do Marksa & Spencera, który zastąpił Galerię Centrum. A po drodze rozmyślałam o napisie na kubku. Że niby pokochać smak zimy - głupie hasło reklamowe. Chodziło oczywiście o pomarańcze, pierniki, goździki i ciasto, bo z tym (tak myślę) kojarzy się, albo "powinien" się kojarzyć większości ludzi smak zimy. Tylko, że ja jako zaciekła przeciwniczka temperatur poniżej 10 *C zimy wręcz nienawidzę. Zima ma same wady:
człowiek marźnie, trzęsie się, szczęka zębami, pieką peryferyjne rejony ciała, buty przemakają, autobusy się spóźniają lub nie przyjeżdżają; jakby nie było wystarczająco nieprzyjemnie na nie czekać tyle ile potrzeba, z nosa cieknie, oczy łzawią, rękawiczki i czapki gubią się na potęgę, płyn w spryskiwaczu zamarza i nie można umyć szyby człowiek spóźnia się dwa razy bardziej****
Zdecydowanie zima nie jest tym co Tygrysy lubią najbardziej. Zwłaszcza, że w zamian za wszystkie te niedogodności ma do zaoferowania tylko:
  • wrażenia estetyczne (przepiękne, fraktalne kształty szronu, jak miniaturiowe, niesamowite ogrody; biały śnieg, który przykrywa śmieci i szarość, a sam przypomina to cukier, to bitą śmietanę, albo masło), które niestety nie wynagradzają wszystkiego, zresztą kto ma siłę i samozaparcie przy -15 stanąć i patrzeć na te wszystkie cuda?
  • jazdę na nartach, deskach i sankach - zjeżdżanie w dół stoku (zwłaszcza na desce), własny płynny ruch i prędkość są całkiem przyjemne, ale nie wystarczająco porywające by warto przeprowadzać dla nich rytuał przyoblekania się w kolejne grube i coraz bardziej ograniczające ruchy,warstwy. Nie wystarczająco ciekawe by spędzać na tym kilka godzin dziennie przez 2 tygodnie i odmrażać sobie pośladki na wyciągach.
  • picie gorącej czekolady przy kominku, w ciepłym domu - tylko, że może być też domena jesieni
Maciek twierdzi, że mroźne powietrze jest orzeźwiające, a mnie oddychanie mieszanką o takiej temperaturze zwyczajnie boli, bo protestuje każdy mięsień w moim ciele, a te międzyżebrowe zwłaszcza. Zresztą moim zdaniem zima smakuje solą, co zresztą zdają się potwierdzać moje spodnie.
A o wycieczce do sklepu i przemyśleniach napiszę jutro. Dziś i tak już spędziłam 7 godzin na preparowaniu zdjęć i pisaniu, a jutro znów egzamin, tym razem z sadownictwa (ustny !?).






*Broń Boże nie lodowa- pani od Warzywnictwa strasznie za to krzyczy!
** i znowu brak czasu - jakieś tego-sesyjne przekleństwo!
*** Maciek się śmieje, że to pseudo kawa, bo kawy akurat zawiera najmniej
****bo samochód trzeba odśnieżyć i nie chce zapalić, a na dodatek trzeba jechać powoli, ostrożnie i nie ma gdzie zaparkować.
A autobusy się spóźniają