Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurawina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurawina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 grudnia 2014

nowy "zestaw obowiązkowy"

Jeden znajomy uznał, że chce się nauczyć robić naprawdę dobry sernik i powtarza ten sam przepis w kółko nieznacznie zmieniając "parametry". Oczywiście jego koledzy i znajomi nie mają nic przeciwko niewyczerpanym dostawom sernika. Jest to jednak podejście skrajnie różne od mojego. Jeżeli dany przepis nie rzucił mnie na kolana za pierwszym podejściem, to drugiej szansy nie dostanie. M. się trochę ze mnie podśmiewa z tego powodu, bo u mnie nic dwa razy się nie zdarza ...
Nie do końca prawda, ale nawet w recepturach sprawdzonych i powtarzanych po wielokroć pewne szczegóły są modyfikowane, dodawane, odejmowane.
A jednak, dla tych dwóch przepisów zrobię wyjątek. Bo są warte powtórzenia, powalają na kolana i ręka sama sięga po kolejny kawałek.
Pierwszym jest moja wariacja na temat sernika*, a drugą makowiec z samej masy makowej, wyborny.

sernik piernikowy
1000g (1kg) twarogu dwukrotnie zmielonego
100 g masła
5 jajek (białka i żółtka osobno)
1/2 szklanki drobnego cukru trzcinowego
1/2 szklanki płynnego miodu
50 g kaszy manny
2 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
1 1/2 łyżeczki przeprawy do piernika
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki cynamonu + do posypania wierzchu
 +masło, 2 łyżki bułki tartej i po 1/2 łyżeczki przyprawy do piernika i cynamonu do wysmarowania i wysypania formy

wszystkie składniki powinny być temperatury pokojowej
W misie miksera rozetrzeć masło z cukrem do otrzymania puszystej i jasnej masy. Dodawać żółtka po jednym i zmiksować. Stopniowo dodawać twaróg, dalej ucierając. Dodać kaszę manną, proszek do pieczenia, mąkę ziemniaczaną, miód, przyprawy; wymieszać. Białka ubić na sztywno i delikatnie wmieszać do masy serowej.
Piec w wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 23 cm, przez około 60 minut w temperaturze 170°C. Wystudzić w wyłączonym i lekko uchylonym piekarniku.

 makowiec czekoladowy
400 g maku **
80 g masła, w temperaturze pokojowej
1/2 szklanki miałkiego brązowego cukru
2/3 szklanki płynnego miodu
50 g suszonej żurawiny
50 g orzechów włoskich, posiekanych
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
4 jajka, białka i żółtka oddzielnie
100 g gorzkiej czekolady, startej na tarce***
2 łyżeczki ekstraktu z migdałów

Mak sparzyć: zalać wrzątkiem i zostawić do ostudzenia. Dokładnie odcisnąć z nadmiaru wody, np. w lnianym ręczniczku kuchennym.
Masło utrzeć z cukrem na jasną, puszystą masę (np. mikserem). Dodawać żółtka, jedno po drugim, dalej ucierając. Dodać zmielony mak, miód, bakalie, startą czekoladę, zmielone migdały, ekstrakt i wymieszać. Skosztować - w razie konieczności dodać więcej miodu lub ekstraktu migdałowego.
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z masą makową.
Formę o średnicy 24 wyłożyć papierem do pieczenia. Do formy przełożyć masę makową. Piec w temperaturze 175ºC przez 40 - 50 minut.
 *jako "bazy" używałam tych dwóch przepisów: 1, 2
 **ja używam "fabrycznie" zmielonego (co znacząco ułatwia pracę), w opakowaniach po 200 g, dlatego trochę zmieniłam proporcje oryginalnego przepisu
Zwykły mak należy zalać wrzącą wodą (do pokrycia), odstawić do wystudzenia, odsączyć z nadmiaru wody, dwukrotnie zemleć w maszynce do mięsa z drobnym sitkiem. 
** nie należy rezygnować z czekolady - jest stosunkowo mało wyczuwalna, ale wzbogaca smak i pomaga w uzyskaniu dobrej "tekstury"

środa, 5 maja 2010

po weekendzie przed weekendem

Chciałam napisać o weekendzie Majowym*, ale jako, że nie wzięłam swojego aparatu i zdjęcia robiłam maszynką Mai trzeba będzie to przełożyć, aż wyżebrzę od niej te zdjęcia. Dlatego o weekendzie cichosza. Po właściwym wypoczynku i trzydniowej labie był jeszcze jeden dzień leniuchowania i spędziłam go na sprzątaniu, czytaniu i trochę w rozjazdach (pojechałam na uczelnię podlać doświadczenie, ale była szczelnie i na głucho zamknięta** podobnie jak w niedzielę, kiedy wysłałam M*** i byłam na jodze). Leniuchowanie zaczęłam od śniadania - kakaa i "grzybka" jest to placek z mąki, jajek i cukru i nie wiem czemu mama go tak nazywa. Może z powodu kształtu jaki jej wychodzi kiedy go robi ? (ona dodaje proszku do pieczenia, który ja pomijam)
Podstawa "grzybka jest bardzo prosta : 2 jajka, 2-3 łyżki mąki pszennej, 2 łyżki cukru.
Zmienne są dodatki. Czasem dodaję cynamon, czasem kakao, zwykle rodzynki, albo żurawinę, ale czasem też migdały (dodatkowo do rodzynek/żurawin lub osobno) pestki słonecznika, czasem trchę więcej cukru (i koniecznie rodzynki!) i wtedy kroję go na trójkątne kawałki jak pizzę i zabieram jako drugie śniadanie do szkoły.Wczoraj był grzybek ze skórką cytrynową, cynamonem, żurawiną, posmarowany dżemem grapefruitowym z kleksem bitej śmietany.

"grzybek"
2 jajka
2-3 łyżki mąki (zależy od wielkości jajek)2 łyżki cukru

ewentualnie rodzynki/żurawina/ migdały lub inne bakalie
dżem , miód lub nutella do posmarowania

Wszystkie składniki połączyć i wylać na patelnię. Smażyć na złoty kolor.
Proste.

Wczoraj tez kupiłam pęczek zielonych szparagów, ale nie mam siły i pomysłu co z nimi zrobić. Dziś za to kupiłam wielki (1,5 kg) pęk rabarbaru i wiedziałam, że muszę go wykorzystać (zwłaszcza, że jutro pracuję i nie będę miała kiedy)
Zrobiłam więc dziś tartę z rabarbarem i serem (miał być sernik z tego przepisu, ale mamie wciśnięto, delikatnie mówiąc, nieświeży, biały ser. Trudno co się odwlecze to nie uciecze. Jest obiecany więc upiekę na pewno).
Tarta jest wyrównaniem rachunku za benzynę (warunek, ciasto ma być owocowe). Dla Mai.
Pomysł sklecony z kilku innych przepisów i zmodyfikowany, więc chyba można uznać, że mój.

Tarta rabarbarowo-serowa

Spód (z tego przepisu, Grodona Ramsaya)
  • 125g miękkiego masła
  • 90g miałkiego cukru (ja dodałam 50 g)
  • 1 duże jajko
  • 250g mąki
Ponieważ nie doczytałam zrobiłam trochę inaczej tzn wszystko zagniotłam i to dwukrotnie, bo zapomniałam dodać cynamon****,a po dodaniu należało wymieszać go z ciastem. Wyszło zaskakująco elastyczne i ładnie się trzymało formy przy pieczeniu (kruche ciasta mają tendencję żeby mi "zjeżdżać" z brzegów).

Na masę rabarbarową
  • 500g rabarbaru pociętego w paski
  • 2-3 łyżki płynnego miodu
  • 2 łyżki stołowe mąki ziemniaczanej
  • jedno małe jabłko
Rabarbar z miodem podsmażyłam (z twardego w ciągu minuty zrobił się miękki i rozpadający, więc uwaga), odlałam wypływający sok. Wymieszałam z mąką (przestudzony!). Do rabarbaru wkroiłam jabłko i dolałam połowę soku z mąką. Krótko podgrzałam i wyłożyłam do formy oblepionej ciastem, oba wstawiłam do piekarnika na jakieś 7 minut (200*C).

W tym czasie wymieszałam składniki na masę serową:
  • serek waniliowy homogenizowany
  • 1 jajko
  • reszta soku z mąką ziemniaczaną
Wyjęłam ciasto z piekarnika, polałam masą i wstawiłam na kolejne 10 minut

A czy było dobre powiem jutro(albo pojutrze, ale powiem).
Dobranoc.
Zmęczona jestem i czekam już tylko na piątek. ( a tu jeszcze tyle rzeczy do zrobienia: np. spakowanie tyle jedzenia żeby na cały dzień starczyło i coś do czytania bo na recepcji można z nudów umrzeć).

A zapomniałabym wspomnieć o ratowaniu rabarbaru. Przy tej okazji wykonałam akcję, które , zdawać by się mogło zdarzają się tylko bohaterom kreskówek.
Na tarasie, gdzie stała moja nowa zdobycz***** pan zaczął ciąć płytki (remont zalanego pokoju) produkując przy tym sporo pyłu. Postanowiłam ratować barbar przed zapyleniem, więc wybiegłam, chwyciłam donicę i kilkoma dużymi susami zamierzałam przesadzić nasz zalany wodą trawnik. Ok buty się trochę zmoczyły, ale problem pojawił się kiedy postanowiłam zahamować. Noga mi podjechała i wylądowałam na plecach i pośladkach. Cała ziemia z doniczki wylądowała na mojej głowie, a z ubrania mi ciekło błoto.
Oczywiście wypadł także rabarbar i trochę się martwię czy dobrze go przykryłam uciekając się przebrać

*Majowy przez "M" bo przygarnięta zostałam przez Maję
** to znaczy katedra na której robię doświadczenie była zamknięta, bo do budynku można było swobodnie wejść i poczuć się jak faloutcie czyli żadnej żywej duszy
*** nie pojechał z nami z powodu nawału obowiązków, więc mógł się na uczelnię pofatygować
****moja modyfikacja
*****czyli rabarbar w donicy

niedziela, 28 marca 2010

fioletowe sny



fioletowe bo mama kupiła mi 2 fioletowe bluzki. To jest mój aktualny kolor sezonu (miewam różne, zwykle dosyć intensywne, był już pomarańczowy i połączenie czerwonego z jasnym zielonym). Podobno nawet mi w nim dobrze. Mam też fioletowy tusz, który został wykorzystany do zrobienia moich naukowych pomocy z rosyjskiego* a normalnie służy do pisania pamiętnika (co trochę zarzuciłam). Mnie najbardziej podoba się "pomoc" w futrze, choć czarownica w ogrodniczkach jest mi bliska**, a kurtka w ręku bejsbolistki jest małym powodem do dumy. Ciekawe czy pomoże mi się to uczyć ?
Sny bo niewyspana jestem (praktyki ksssss) i bo ta niedziela jest jak sen ...
Zrobiłam to chilli con carne i paschę z tego przepisu i zmęczyłam się strasznie.Muszę przyznać, że oba przepisy mnie trochę rozczarowały. chilli M. jadł niedawno w knajpie i było o wiele lepsze. Temu "mojemu" czegoś brakowało...
tylko nie wiem czego, a składniki były takie:
  • 2,5 cebul
  • ząbek czosnku
  • 2,5 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 1/3 łyżeczki chilli (w proszku) lub drobno posiekanej świeżej papryczki
  • 1 1/3 łyżeczki mielonej kolendry
  • 1 1/3 łyżeczki mielonego kuminu (kminu rzymskiego)
  • 5 ziarenek kardamonu, zmiażdżonych
  • 1,5 czerwone papryki
  • 1 kg zmielonej wołowiny
  • 2,5 puszki (400 g każda) posiekanych pomidorów
  • 5 łyżek keczupu pomidorowego (dobrej jakości)
  • 5 łyżek przecieru pomidorowego
  • 1 1/3 łyżki kakao (proszku)
  • puszka czerwonej fasoli
  • 1/2 dużej lub mała puszka kukurydzy (mój dodatek)
  • sól i pieprz cayenne do smaku
Przepis wzięłam stąd i choć zmniejszyłam ilość wszystkiego o 1/3 to porcja wyszła solidna ( na 7 osób z górką). A wykonanie choć czasochłonne nie jest trudne. To co da się należy pokroić w kostkę. Na (dużą!) patelnie i oliwę wrzucać w kolejności :
1. cebula i czosnek
2. przyprawy
3. papryka
4 . mięso (posolić, popieprzyć, zbrązowić)
5. pomidory z puszki, ketchup, przecier
6.fasola (zagotować)
7. kakao chilli pieprz i inne ostrości
ostatnim punktem jest gotowanie tego przez pewien czas na wolnym ogniu (w przepisie półtorej godziny pod przykryciem, ale my preferujemy gęste więc było bez przykrycia, dodatku wody, który był w przepisie i jakieś 45 minut)
Natomiast pascha rozczarowała mnie bo spodziewałam się ... sama nie wiem czego chyba innej konsystencji. Świetna by była na kruchym spodzie jako sernik, albo nadzienie do naleśników (i tak chyba będzie się u mnie pojawiać), ale sama jest zbyt nijaka. Przepis podaję za Anią ze Strawberries from Poland

CYTRUSOWA PASCHA Z ŻURAWINAMI

400 g półtłustego twarogu
2 żółtka
1/2 szklanki suszonych żurawin
8 płaskich łyżek cukru pudru
skórka otarta z: 1 pomarańczy 1 cytryny i 1 limonki ( u mnie 1 pomarańcza jeden grapefruit)
1/4 szklanki przegotowanej wody
gaza


W małym rondelku rozpuszczam cytrusowe skórki, wodę i 3 łyżki cukru pudru. Mieszam, dopóki cukier się nie rozpuści, następnie zmniejszam gaz i gotuję skórki ok. 15 minut, co jakiś czas je mieszając. Następnie wrzucam do rondelka żurawiny i gotuję ze skórkami do czasu wyparowania niemal całej wody. Ściągam rondelek z gazu, odkładam do wystygnięcia.

Żółtka ucieram do białości z 2 łyżkami cukru pudru. Ser trzykrotnie przepuszczam przez maszynkę (można też zmiksować go w blenderze), po czym dodaję do niego resztę cukru pudru i zawartość rondelka (odkładam łyżeczkę skórek do ozdoby). Dokładnie mieszam.

Średniej wielkości miskę wykładam gazą, przekładam doń masę serową i lekko ją ubijam. Na wierzch miseczki kładę talerzyk, a na nim coś ciężkiego i taki pakunek chowam na noc do lodówki. Przed podaniem wyciągam paschę z miseczki i układam na talerzu, delikatnie ściągając z niej gazę, po czym ozdabiam wierzch odrobiną kandyzowanych skórek i żurawin.

* tata się spytał czy muszą być takie seksowne, ale co mu to przeszkadza?
**jakieś alter ego?

sobota, 27 marca 2010

krew jak czekolada


Po 3 latach od uzyskania pełnoletności (a obiecywałam sobie, że pójdę jak tylko odbiorę dowód) udało mi się pojawić w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa. Postanowienie, że tym razem już naprawdę trzeba pojawiło się w ferie, kiedy łażąc po "starych śmieciach"* natknęłam się na to Centrum. Dziwne, u nas na kampusie co kilka tygodni (pewnie co 8-9 bo tyle wynosi minimalny czas między jednym oddaniem a drugim) jest Wampiriada. Tylko, że zawsze jakoś trafią na moment kiedy mam okres, spieszę się gdzieś, albo jestem głodna i się źle czuję. No i musiałabym się przespacerować na stary kampus... To już lepiej jechać w sobotę z Izabelina na Saską Kępę.
Ale tym razem się udało. Wymogłam na M. że ze mną pójdzie. I nic to, że tuż przed okazało się, że bierze antybiotyk i nie może oddawać krwi i tak musiał pójść, choćby tylko jako wsparcie moralne, ściągnęłam go więc o zbyt wczesnej porze i pojechaliśmy.Oczywiście zapomniałam pani doktor spytać i nadal nie wiem jaką mam grupę krwi (dowiem się w poniedziałek, jak pojadę odbierać wyniki) i oczywiście nikt inny z mojej rodziny oddawać krwi nie może.
Dostałam ekwiwalent w postaci 8 czekolad, soczku i batonika. Soczek wypiłam batonika oddałam M. a czekolady zostały, przecież nie mogę ich ruszyć (dlatego zapobiegliwie wzięłam paczkę daktyli), nadal mam postanowienie i w nim trwam, choć jest coraz ciężej**. Od razu po wyjściu zaczęłam się zastanawiać jak by tu spożytkować te moje 4500 kcal. Odpowiedź nie była trudna - murzynek. Jakoś tak się złożyło, że nigdy go nie piekłam ( i jakoś tak, że nie zorientowałam się że brownies i murzynki to jedno i to samo).
W prawdzie ten egzemplarz powstał jeszcze ze starych zapasów (które normalnie musiały by mieć pas cnoty żeby się uchować tyle czasu, ale cóż postanowienie...), ale istnieje prawdopodobieństwo, że koleżanki jak się dowiedzą, że upiekłam takie "zwykłe" ciasto zmuszą mnie do ponownej próby tym razem połączonej z ich degustacją.
Szkielet przepisu wzięłam stąd, ale nie dodałam cytryny, a za to zużyłam żelowane wiśnie (mama zrobiła do naleśników) i dorzuciłam żurawiny.W przepisie nie podaję ilości, bo to chyba zależy od upodobań własnych ile dodatków, a nie ważyłam ile tego wyszło.
Brownies
200 g gorzkiej czekolady
200 g masła
5 jajek
400 g cukru
400 g mąki
1/2 łyżeczki soli

Czekoladę z masłem stopić w kąpieli wodnej lub mikrofali***, jajka utrzeć z cukrem i dolać przestudzoną masę czekoladową, mąkę, sól i9 dokładnie mieszam. Dodać dodatki i ponownie wymieszać, a następnie przelane (ciasto) do foremki piec 35 min w temp 200*C (nie należy sprawdzać patyczkiem, bo brownies jest gotowe mimo, że patyczek jest mokry)

I w ten sposób o godzinie 23 raczę się czekoladowym ciastem, które jutro będzie deserem, a daniem głównym chilli con carne...

*kiedyś mieszkałam na Saskiej Kępie, jak byłam mała
** już teraz uznałam, że lody mogę jeść
*** odkrycie! nie wiedziałam, że tak można!

środa, 10 lutego 2010

szybko szybko mija dzień cały

Maciek jest wielbicielem Szekspira, aczkolwiek wybrednym. Czytuje tylko tłumaczenia Barańczaka. Co ciekawe sonety, które lubi w wykonaniu Soyki są w większej części w tłumaczeniu Słomczyńskiego, a odkryłam to dziś usiłując znaleźć te sonety ponieważ zbliżają się urodziny Mego Ukochanego. Mam nadzieję, że nie zabierze się za czytanie mojego bloga przed urodzinami, zepsułoby mu to niespodzianki. Zwłaszcza, że chciałam wspomnieć o dzisiejszym miłym zaskoczeniu.
Zachęcona przepięknymi tortami pokazanymi na tej stronie postanowiłam, że zrobię Maciejowi na urodziny tort w stylu angielskim. W tym celu zamówiłam białą masę plastyczną i muszę się tylko zastanowić czym ją zabarwić (no i oczywiście jeszcze jak tort wykonać).
Zamówienie złożyłam wczoraj, dzisiaj rano już przyszło ( na stronie jest napisane w ciągu 2 dni roboczych). To się nazywa obsługa!
Projekt tortu już tkwi w mojej głowie, a wybór tematu nie był trudny. Góry oczywiście ! Myślę o upieczeniu ze dwóch blach biszkoptu, wycięciu z niego trójkątów różnej wielkości i układaniu z nich "gór". Ponieważ Maciek nie przepada za tortami czekoladowymi wymyśliłam, że biszkopty będą zawierały dużo cynamonu, masa którymi będę łączyć kawałki ciasta będą jedna wiśniowa ("dżem" wiśnie z cynamonem i becherovką zamówiłam również z myślą o tym jego nieszczęsnym torcie, ale w związku z zatrważającą jego ilością i konsystencją, zrezygnowałam), a druga jednak czekoladowa, z chili, a na górę biały plastyczny lukier, u stóp gór ułożę cukrowy plecak i czekan. Mam nadzieję że mi się to wszystko nie rozwali.
Jeżeli już jesteśmy przy ciastach i wiśniach, to wczoraj upiekłam chlebek gryczany, którym raczyłyśmy się z Dorotą* oglądając w kinie "Księżniczkę i żabę"(ostatni z mojej listy filmów do obejrzenia na już, teraz czekam jeszcze na "Alicję w Krainie Czarów"). Film taki sobie, ciasto całkiem, całkiem. Zagadałam absolutnie biedną Dorotę, ale najwyraźniej nie bawiła się tak całkowicie źle skoro sama zaproponowała spotkanie w piątek ? (W sobotę idziemy z Michałem** na obiad, a w czwartek ten posiłek spożywam z dziadkami, całkiem nieźle jak na małą, zagubioną wiedźmę). Chlebek oparłam na tym przepisie, wymieniając tylko śliwki wiśniami, gruszki jabłkiem, a figi dużą ilością żurawiny.

Chlebek gryczany z owocami

Składniki(podaję za Anią z Strawberries from Poland):
3 duże jajka
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
2/3 mąki razowej
3/4 szklanki oleju
1/2 szklanki płatków gryczanych
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki zwykłego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1,5 łyzeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka obranego ze skórki,
pokrojonego w kostkę jabłka
1 szklanka wypestkowanych, wiśni
1 szklanka suszonej żurawiny


Jajka roztrzepuję z olejem. W dużej misce mieszam składniki suche - mąkę, płatki gryczane, sól cukier biały i brązowy, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. Jajka z olejem wlewam do składników suchych i mieszam wszystko łyżką. Dodaję owoce. Mieszam (ciasto będzie dość gęste) i przekładam do wysmarowanej tłuszczem dużej keksówki.

Piekę około 1 h i 15 min., do suchego patyczka, w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Oprócz tego naprawiłam***, moją skrzynię ze skarbami (oba zawiasy były do "poprawienia"), spłakałam się jak bóbr, napisałam 2 listy i jeden wiersz, którym się nie pochwalę, bo ominęłam etap pisania wierszy w podstawówce, więc ten był moim 3 w życiu i brzmi adekwatnie. Za to listy idą mi trochę lepiej, lubię je pisać i idzie mi to szybko. Jedynym problemem jest nadążenie z nawałem tematów, które chciałabym poruszyć, myśli, którym nie chcę dać umknąć. "Żeby tylko nie zapomnieć!" dokończyć myśli, którą aktualnie piszę podążając za następną, lub odwrotnie. Nie zapomnieć myśli, która pojawiła się w trakcie pisania, ale pozwoliłam jej uciec skupiając się za bardzo na tym co aktualnie piszę. Charakter mojego pisma zostawia wiele do życzenia, ponieważ spieszę się pisać listy. Kiedyś przepisywałam listy "na czysto", zwłaszcza, kiedy uparłam się że każdy mój list do M. będzie pisany "sposobem"****. Teraz już nie bardzo mi się chce. teraz zastanawiam się nad kserowaniem listów, które piszę. Otrzymane listy zawsze chowam do pudła ze skarbami, ale bez tego co ja napisałam są takie niepełne, czasem nawet nie wiadomo o co w nich chodzi, bo odpowiedź jest ściśle związana z jakimś fragmentem listu, do którego nie można zajrzeć (wysłało się go), a się go nie pamięta (adresat odpowiadał długo, czytamy list po latach). A czasem tak zwyczajnie mi żal rozstawać się z moimi bazgrołami. Zamykam w nich kawałek mojej duszy i sposobu myślenia i choć wierzę, że do listów pisanych do Maćka będę miała dostęp, to co z innymi kawałkami mojej duszy?

* Dorot, koleżanka z podstawówki i gimnazjum, nasz klasowy Dobry Duch, osoba, która nie potrafiła (nie potrafiła, nie udawała że nie potrafi) wymienić 3 osób, których nie lubi.
** Michaś, kolega z ławki z liceum. Jedna z najbardziej pozytywnych osób jakie znam. Jedyna która tak się cieszy widząc mnie na ulicy (wymachiwanie rękami - on zawsze zamaszyście gestykulował, krzyczenie przez pół ulicy, zbieganie pod prąd ruchomymi schodami).
*** o ile można powiedzieć, że naprawione jest coś co wygląda tak jak na zdjęciu powyżej (na szczęście to ta mniej reprezentacyjna strona)
**** na przykład przepisywałam list tak by dało się go odczytać tylko z lusterkiem,albo wycinałam literki z gazety, tylko, że wtedy listy musiały być, krótkie, bo inaczej spędzałabym wieki na ich pisanie.

wtorek, 28 października 2008

sentencja?

Baśnie są bardziej niż prawdziwe: nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać.– G.K. Chesterton



(prawda, że ładna? znalazłam dziś w jakimś starym zeszycie)















kiedyś jak będę duża to zrobię sobie, wydrukuję i złożę własną książkę kucharską. Będzie miała obitą materiałem okładkę i same takie przepisy które mi się podobają.

Na razie muszę się przyznać to takiej jednej małej słobostko-śmiesznostki.

Ostatnio ile razy pojawiam się w empiku ( a pojawiam się często - te drukowane robaczki zwane literkami są moimi najlepszymi przyjaciółmi) kieruję swoje kroki do półki z książkami kucharskimi. Niestety ich zawartość jest mocno rozczarowująca, oprócz książek Nigelli, które spełniają wszyskie wymagania (czytelność, składniki wypisane wyróżniającą się czcionką, i zdjęcia- do każdego dania przynajmniej jedno zdjęcie, jak również ładna oprawa graficzna całości) są może ze dwie czy trzy, które mi się podobają (Encyklopedia zup jest super i śliczna, ale cenę ma równie powalającą). To ciekawe, że zrobienie porządnej książki kucharskiej jest takie trudne (choć jak się zastanowić, to istnieje wiele rzeczy, których zrobienie wydaje się banalne, a bez kija i wyższego wykształcenia to lepiej nie podchodzić). Większość książek, które przejrzałam i mi się nie podobały to książki o tytule "Kuchnia ***" gdzie *** to nazwa kraju (Meksyk, Hiszpania, Chiny) dania są prezentowane regionami, a nie tak jak łatwiej by było szukać i logiczniej dobierać smakami, czy pogrupowane jako przekąski, dania głowne, zupy. Książki są przegadane- gdybym chciałam poznać historię i geografię kraju to kupiłabym sobie przewodnik, a nie książkę kucharską i na stronie prezentowane są cztery przepisy, a zdjęcie jest jedno. Szkoda.

Mój M. się ze mnie śmieje, jak przeglądam książki kucharskie, bo twierdzi, że patrzę pobieżnie na składniki, dłużej na zdjęcie, a i tak zrobię po swojemu tak tylko żeby wyglądało podobnie.


Częściowo to prawda - mam problemy z trzymaniem się przepisu, ale to z winy albo roztrzepania (ostatnio zamiast 50 przeczytałam 500 gram migdałow) albo analfabetyzmu w dziedzinie przeliczania miar. A czasem poprostu muszę poeksperymentować, a przepis to i tak tylko sugestia.








Dzisiaj zrobiłam muffinki zainspirowane serowymi mufiinkami dorotusa z "moich wypieków"
ale zmodyfikowane przeze mnie i moją miłość do udziwnień i żurawiny.






moje muffinki nie zawierały jogurtu, i składniki mieszłam w proporcjach na oko, do tego dodałam i do sera i do ciasta moją ukochaną suszoną żurawinę.









p.s.
mój smok jest intensywnie fioletowy, tłusty i niezwykle z siebie zadowolony (niekótrzy nazywają go lenistwem)
czy pokonał(e/a)ś już w tym tygodniu swojego smoka?

sobota, 11 października 2008

na dobry początek





podejrzewam, że nie bedzie te stricte blog kulinarny, ale na dobry początek moje najnowsze dzieło. Coś z ukochanej żurawiny, bardzo słodkie, lekko kwaskowate. Troszkę za bardzo pachnie masłem, a zdjęcia mi nie wyszły, ale to ostatnie można zwalić na mojego idiotkamerona i być z siebie bardzo zadowolonym