Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomidory. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

środowe obiadki..

W zeszłą środę był najlepszy obiad jaki zrobiłam od dłuższego czasu. Wymaga trochę zachodu, ale naprawdę jest tego wart. Poezja smaku.

Wołowe kuleczki nadziewane mozzarellą
na 4 porcje
ok. 500 g mięsa wołowego dobrej jakości
1 opakowanie (150g sera) mozzarelli w kuleczkach
1 puszka krojonych pomidorów
1 jajko
1 cebula
2 duże ząbki czosnku
oliwa, olej
sól, pieprz do smaku

Czosnek i cebulę drobno posiekać, zeszklić na oliwie. Zwiększyć ogień dodać pomidory i podgrzewać aż sos zgęstnieje, doprawić (można dodać kostkę rosołową).
Oddzielić białko od żółtka.
Białko ubić na dość sztywną pianę, obie części jajka delikatnie wymieszać z mięsem (+sól i pieprz). Mięsną masę nabierać łyżką, nadziewać kulką mozzarelli i zlepiać tak by ser został w środku (pomaga zwilżanie rąk w czasie pracy). Obsmażać na oleju z każdej strony i przekładać
do sosu. Gotować w sosie ok 10 minut podawać z sypkim ryżem lub kaszą.
przepis pochodzi z "Polska gotuje" luty-marzec 2012

poniedziałek, 11 marca 2013

obiad na rozgrzewkę

Zima znów przyatakowała Londyn. Nie jest to mróz i śnieżyca jak w Polsce, raczej przenikliwy wiatr i szybko topniejący śnieg. Mimo wszystko zimno, wilgotno i nieprzyjemnie.
Jakbym coś przeczuwała, od tygodnia chodził za mną bogracz. Powoli kompletowałam składniki, na kilka razy przypominając sobie co tam jeszcze było (i oczywiście na koniec okazało się, że pomidory w puszce się skończyły i zapomniałam dodać marchewki) Efekt olśniewający, wart każdej minuty poświęconej na przygotowanie dania i wreszcie dogadałam się z wołowiną. Serio jeden z najlepszych obiadów jakie ostatnio jedliśmy (choć zapiekanka z ziemniaków z mięsem mielonym i rozmarynem też była niczego sobie).

bogracz 
przepis z Kwestii Smaku z moimi modyfikacjami
ok 500 g mięsa gulaszowego (wołowiny/cielęciny/baraniny/jagnięciny)
ok 200 g boczku
1 duża cebula
3 ząbki czosnku
3 papryki,
3 pomidory
5 ziemniaków
2 łyżki masła i1 łyżka oliwy
4 łyżeczki mielonej wędzonej papryki (lub słodkiej)
3 łyżki sosu sojowego (opcjonalnie)
1 łyżka koncentratu pomidorowego(użyłam zamiast tego 1/3 puszki pomidorów)
2 średnie marchewki
gorąca woda lub domowy bulion

Przygotować składniki: mięso pokroić w około 2cm kostkę i ocieplić do temperatury pokojowej. Boczek pokroić w plasterki a następnie w 2 cm cienkie paseczki. Cebulę drobno posiekać, czosnek przetrzeć przez praskę lub posiekać.
Do kociołka/garnka włożyć boczek i obsmażyć go dokładnie aż będzie lekko chrupiący i wytopiony.
Dodać masło i oliwę, gdy tłuszcz będzie gorący dodać cebulę i smażyć ją na umiarkowanym ogniu, lekko ją rumieniąc. Pod koniec dodać czosnek i smażyć jeszcze przez 1-2 minuty.
Włożyć mięso (kociołek/garnek musi być bardzo dobrze rozgrzany) i dokładnie obsmażyć je z każdej strony. Mięso najlepiej smażyć partiami, wkładając do garnka po 3 - 4 kawałki mięsa jednocześnie, tak aby temperatura w garnku się nie zmniejszyła. Mięso musi być szybko i dokładnie obsmażone na większym ogniu, wówczas zachowa soczystość i po ugotowaniu nie będzie suche.
Dodać mieloną paprykę w proszku, sos sojowy i koncentrat pomidorowy, wymieszać. Pod chwili wlać 1 szklankę gorącej wody, doprawić solą i pieprzem, zagotować. Gdy gulasz będzie już równomiernie bulgotał, ustawić umiarkowany ogień (na minimalnym ogniu z uchyloną przykrywką) i gotować przez około 2 godziny, do czasu aż mięso będzie miękkie . W międzyczasie uzupełniać gorącą wodę lub bulion, w miarę jak będzie ich ubywało, tak aby mięso było prawie całe przykryte.
Dodać ziemniaki, posolić i delikatnie wymieszać. W razie potrzeby dodać wody lub bulionu. Gotować przez około 15 minut lub do czasu aż ziemniaki będą prawie miękkie, ale jeszcze jędrne w środku.
Dodać pokrojoną w kostkę paprykę, marchewkę w talarkach i gotować przez około 5 minut. Dodać pomidory, delikatnie wymieszać, gotować przez około 1-2 minuty i zdjąć z ognia.
Podawać z pieczywem. (Najlepiej świeżym i z masłem,alei czerstwa bułka do maczania się nada)

Zapiekanka ziemniaczana z mięsem mielonym i rozmarynem
5-6 sporych ziemniaków
ok 200-250 g mięsa mielonego (najlepiej wołowego)
1 spora cebula
spora garść świeżego rozmarynu
skórka starta z połówki cytryny
1/3 szklanki śmietany
oliwa z oliwek

Cebulę pokroić w drobną kostkę, zeszklić na oliwie; dorzucić mięso mielone. Smażyć kilka minut, aż przestanie być surowe, dorzucić posiekany rozmaryn, skórkę z cytryny.
Ziemniaki obrać, pokroić w plasterki, dorzucić do smażącego się mięsa. Podgrzewać parę minut, dodać śmietanę, wymieszać, posolić. Przełożyć do naczynia do zapiekania i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180*C na ok 20 minut (aż ziemniaki będą miękkie)

P.S.kupiłam sobie w sobotę na dzień kobiet przepiękne jaskry w kolorze fioletu i czerwonego wina i ile razy na nie nie spojrzę to mnie zachwycają

wtorek, 8 stycznia 2013

challenge nr 1 part 3

W dniu wczorajszym częściowo mi się nie chciało, częściowo mi się zapomniało napisać posta, a może zapomniałam, bo mi się nie chciało ? W każdym razie zamierzam zwalić choć część winy na M., który nie napisał ocen (zabrał się za to już po 12). Skoro nie miałam wszystkich materiałów, to jak mogłam pisać posta ?
Przy okazji złamałam zasadę (zasady są po to żeby je łamać) i nie-zasadę. Pierwsze to użyłam 2 razy jednego składnika, drugie - okazuje się, że Maciej mówiąc "obiad" myśli "danie", a wczorajszy obiad składał się z dwóch dań.
Pierwsze czyli zupa z zielonej soczewicy jest lekko tylko zmodyfikowaną wersją tego przepisu. Ode mnie dostała tylko czarooką fasolkę, trochę papryki w proszku i świeże pomidory zamieniłam na puszkowane. Jestem z niej o tyle zadowolona, że smaczna i sycąca nadaje się nie tylko na obiad, ale też na lunch do pracy.

Składniki z wyzwania: soczewica zielona, "czarnooka" fasola, pomidory w puszce
Dodatkowo: marchew
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 (Zupa w typie grochówki, można byłoby położyć jakieś warzywo na górze celem ozdoby...)
Kreatywność: 5 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 7.5 (Naprawdę dobra zupa, trochę lepsza niż wczorajszy obiad, ale znowu nie mam poczucia, że się jakoś specjalnie wybija) 

Zupa z zielonej soczewicy
250 g zielonej soczewicy
1/2 puszki black eyed beans
puszka krojonych pomidorów
4 łyżki oliwy (lub więcej, wg upodobań)
2  małe marchewki
1 cebula pokrojona w kostkę
ząbek czosnku
1 listek laurowy
oregano
sól i pieprz
2 łyżeczki octu z czerwonego wina

Na oliwie przesmażyć czosnek i cebulę (w dużym garnku na zupę). Dodać marchewkę i listek laurowy, chwilę smażyć. Następnie dodać opłukaną soczewicę i zalać 1 l zimnej wody (ja proponuję 3/4). Gotować, aż soczewica zmięknie.
Do miękkiej soczewicy dodać pomidory, fasolę i pozostałe przyprawy. Gotować kolejny kwadrans. Na koniec dodać ocet, wymieszać.

Drugie danie. Czyli sałatka ze szparagami podpatrzona została na Kwestii Smaku. Ale z oryginalnej sałatki zostawiłam tylko szparagi, jajko w koszulce i sałatę. Resztę zastąpiłam wyrazistym sosem serowym (który w moim wykonaniu składał się z dwóch serów i masła, ale podaję wykonanie ze śmietaną/śmietanką, bo tak będzie wyglądał lepiej i nie będzie zastygał).

Składniki z wyzwania: szparagi, sałata, jajka
Dodatkowo: roquefort, żółty ser
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 Sałatka wyglądała bardzo ładnie ze szparagami i tak dalej przed dodaniem jajka w dziwnym kształcie (jak widać koncepcja jajka w koszulce niespecjalnie przypadła M. do gustu) i polaniem sosem o podejrzanym kolorze
Kreatywność: 7 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 8.5 (Najwyraźniej mam słabość do roqueforta, jego połączenie ze szparagami i liśćmi bardzo mi odpowiada, gdyby nie jajko psujące trochę efekt to dałbym 9)

sałatka ze szparagami i jajkiem w koszulce z ostrym serowym sosem
1 jajko na głowę
4-5 szparagów na głowę
mieszanka sałat (2 garści na głowę)
ser roquefort
garść sera cheddar lub mozzarella
1/3 szklanki śmietanki 30% lub 1/2 szklanki 18 lub 12%*

Szparagom obciąć zdrewniałe końce, ugotować w osolonej wodzie. Sałaty opłukać ułożyć na talerzu, śmietanę/śmietankę podgrzać z serami aż utworzą jednolity sos.
Zrobić jajka w koszulkach. Do garnka wlać około 1 litra wody i zagotować dodając 1 - 2 łyżeczki octu winnego lub soku z cytryny (opcjonalnie) oraz szczyptę soli. Ustawić umiarkowany ogień. Do miseczki wbić jajko i delikatnie wylać je do gotującej się wody (wodę wcześniej zamieszać i utworzyć wir). Gotować przez około minutę, wyjąć łyżką cedzakową i ocenić czy całe białko jest już ścięte, żółtko natomiast ma pozostać płynne. Możemy gotować jajka jednocześnie, w jednym garnku.

* śmietanka będzie lepsza, ale wiadomo jest bardziej tłusta no i jak się nie ma to nie trzeba lecieć do sklepu można zastąpić normalną śmietaną
Oceny końcowe:
Ocena: 5 (Dania orbitowały wokół 7, -1 za 2 dania zamiast jednego ostatniego dnia, -1 za 2x roquefort)

Końcowy komentarz: Z perspektywy czasu trochę za wysoko oceniłem curry w stosunku do sałatki z pierwszego dnia, jednak różnica między poszczególnymi daniami była trochę większa. Natomiast zupę oceniłbym dokładnie w środku pomiędzy curry, a sałatkami więc to wyszło dobrze.

piątek, 17 sierpnia 2012

pomidor


Zwykle nie pozwalam bazylii zakwitnąć, bo kwiaty są gorzkawe i lubię je znacznie mniej niż liście. Jednak jak już się stało to trudno. Można je wykorzytać do wszystkiego tego samego co po prostu bazylię.
Np. do zrobienia szybkiej, smakowitej zupy pomidorowej.

expresowa pomidorówka
(2 spore lub 3 małe porcje)
3 spore pomidory
2 ząbki czosnku
garść kwiatów bazylii + do udekorowania
szklanka bulionu
łyżka oliwy
2 garście makaronu (opcjonalnie)*

Czosnek i bazylię drobno posiekać, wrzucić na patelnie z lekko podgrzaną oliwą. Pomidory pokroić w drobną kostkę dorzucić na patelnię, podgrzewać kilka minut mieszając. Zalać bulionem, zagotować, zblendować/zmiksować (powinno się odczekać aż trochę ostygnie, ale ja nigdy tego nie robię). Można od razu podawać.

*makaron odmierzony, na sucho, ale trzeba go ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu


piątek, 14 maja 2010

o deszczu i o książkach

Znowu pada. Bo dawno nie padało, bo dawno nie byliśmy zalani.
Dawno nie byłam mokra.
A z drugiej strony szary i burzowy maj ma w sobie to coś. Coś wisi w wilgotnym, aksamitnym, gęstym powietrzu. Coś oprócz wilgoci, zapachu bzu i mokrej ziemi. Jakiś mroczny klimat, tajemnica, od której niemal możnaby krajać powietrze nożem. Ciekawe czy z takich wykrojonych kawałków dałoby się tę tajemnicę wydestylować (oto prawdziwa alchemia, ot co!)?
Muszę przyznać że taki klimat drżącego niepokoju mi odpowiada. Podoba mi się ta ołowiana szarość kontrastująca ze świeżą zielenią, ten groźny pomruk burzy; atmosfera buntu i oczekiwania.
Nawet nie klęłam i nie narzekałam kiedy zmokłam idąc po odbiór papierów. W końcu z cukru nie jestem, nie rozpuszczę się, a i ciepło dziś było nawet pomimo strumyków spływających mi z włosów za kołnież*. W małej siateczce podskakiwały w rytm moich kroków chorendalnie drogie truskawki, w ilościach niedużych, roztaczając zniewalający zapach, kiedy w moich nowych, zieloniutkich kaloszach** szybkim krokiem zmierzałam na spotkanie.
Jak już powiedziałam truskawki były koszmarnie drogie, ale nie mogłam się powstrzymać, tak pachniały tak kusiły ( a śliczne były a M. lubi truskawki bardzo).
Z truskawkami nic nie będzie bo żeśmy je z M. zjedli, a potem poszliśmy na Warszawskie Targi Książki (swoją drogą minusem tej pogody jest też, że w ten weekend w Warszawie dzieje sie mnóstwo ciekawych imprez***, ale w deszczu z nimi ciężko będzie)
Maciej zakupił jakąś książkę o czterotysięcznikach, jakiś wywiad z Bukowskim ("Unia Sowiecka czy Związek Europejski") i "Notatki na mankietach" Bułchakowa, które to dwa lata temu, na ferie pożyczyłam z biblioteki, pozwoliłam M. przeczytać, a on zgubił (chociaż tyle, że zdążyłam przeczytać). Było to nawet to samo wydanie. Pożartowaliśmy z antykwariuszami, zwiedziliśmy całą salę wystawową (w moim ukochanym Pałacu***). Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam kilka książek, które chciałabym mieć (głownie kulinarne) i niewiele, które chciałabym przeczytać. Wiem, że jedno drugiego teoretycznie nie wyklucza, ale gdybym kupowala wszystkie książki, które czytam, a nawet tylko te które przeczytałam i chc potem mieć (nie znowu taki duży procent) to puściłabym z torbami kogoś znacznie bogatszego od moich rodziców. O przestrzeni życiowej do zmieszczenia tych książek nie wspominając.
Uwielbiam książki. One i te małe czarne robaczki zwane literkami to moi najlepsi przyjaciele (i pomyśleć, ze kiedyś nie lubiłam czytać!). Zabierają nie w inne, prawdziwe bądź wymyślone światy. Maciek się z mnie śmieje, że kiedy zaczytam się w empiku**** to ożnaby mnie wynieść i zorientowałabym się dopiero na ulicy i to też dopiero wtedy kiedy bym zmarzła. No cóż prawda. Kiedy czytam nie zważam (bo zauważać zauważam, poprostu łatwiej to zignorować) na potrzeby organizmu takie jak głod czy pełen pęcherz. Wynika to z tego, że jak z głową i stopami wpadam do świata przedstawionego. Ciało siedzi, przewaca strony i wyłącza budzik (nastawiam, żeby nie "przeczytać" całego życia, ale musiałby mieć chyba elektrowstrząsy, żeby odłożyła książkę po pierwszym dzwonku), ale dusza jest zupełnie gdzie indziej. Ja cztając widzę krajobrazy, czuję zapachy, marznę kiedy marzną bohaterowie.Włąściwie to nimi jestem (choć jednych lubię a innych nie i wtedy całość często postrzegam z punktu widzenia tych pierwszych) Po niektórych książkach bywam wręcz chora. Po innych nadmiernie pobudzona (na haju z łasnych hormonów, małe stężenie krwi w adrenalinie)
No ale ja tym razem nie kupiłam nic. Nawet nie dlatego, że nie miałam pieniędzy. M. by mi pożyczył, ale nie znalazłam nic co wywołałoby natychmiastową rządzę posiadania.
Widziałam, że na swoim blogu Liska także piszę o ksiązkach (Ona raczej o księgarniach. Chętnie też bym o tym porozpisywała się, ale to już innym razem) Widać coś wisi w powietrzu ^^

A nocny wypiek w sam raz do książki czytanej w fotelu, przy lampce o ciepłym świetle.
Przepis Polki, ale w wyniku braków w domu i zapominalstwa kucharki mocno zmodyfikowany (jutro powiem czy dało się zjeść)
oto oryginalny przepis
Wytrawne ciasto ze szparagami, oliwkami i suszonymi pomidorami
Źródło: BBC Good Food Magazine (May 2009)
100ml oliwy z oliwek
1 pęczek szparagów (250g)
200g białej mąki orkiszowej (lub dowolnej)
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka listków świeżego tymianku
3 duże jajka, lekko ubite
100ml mleka (u mnie sojowe)
100g czarnych oliwek bez pestek100g suszonych pomidorów w zalewie
150g sera Gruyère (lub innego o podobnym smaku)
1 płaska łyżeczka wędzonej soli (lub zwykłej)
½ łyżeczki czarnego pieprzu
szczypta suszonych płatków chilli

Piekarnik nagrzewamy do 190stC (termoobieg – 170stC, piekarnik gazowy – poziom 5).
Blaszkę smarujemy delikatnie masłem lub oliwą i posypujemy bułką tartą.Szparagi gotujemy w osolonym wrzątku przez 2 minuty, odcedzamy, przelewamy zimną wodą i osuszamy na papierowym ręczniku. Dzielimy każdy na 3 części.
Pomidory odcedzamy i kroimy na wąskie paski.
Oliwki odcedzamy z zalewy i osuszamy.
Ser ścieramy na tarce do jarzyn (grube oczka).
Do dużej miski przesiewamy mąkę i proszek do pieczenia. Dodajemy przyprawy i listki tymianku.
Do ubitych jajek dodajemy mleko i oliwę, mieszamy.
Do suchych składników dodajemy mokre i chwilę miksujemy.
Do ciasta dodajemy ¾ startego sera, ¾ pokrojonych szparagów i ¾ oliwek. Mieszamy.Ciasto wlewamy do foremki i na wierzchu układamy pozostałe szparagi i oliwki, a całość posypujemy resztą sera.
Pieczemy około 40 minut (do suchego patyczka) oraz aż wierzch będzie chrupki i złocisty
.
Moje modyfikacje to :
brak sera (zapomniałam)
mniej pomidorów suszonych za to 4 koktajlowe świeże (skończyły się suszone)
karczochy
trochę cząbrucebula (1 mała pokrojona w kosteczkę)


* zresztą to moja wina. Wiedziałam, z będzie padać, wziełam kalosze, ale kurtkę bez kaptura i zero parasolki
** rodzice mi kupili w sobotę, w zamian za poprzednie, jaskrawo-żólte w pomarańczowe liście, które mama mi wyrzuciła bo zparciały i dostały "skrzeli" (pękły w takim łuku i otwierały się prz chodzeniu, wyglądało to jakby skrzela miały)
*** Piszę to bez ironi. Naprawdę lubię Pałac Kultury i Nauki w Warszawie. Trochę na przekór wszystkim i wszystkiemu, ale głównie z powodu dobrych wspomnień z dzieciństwa.
**** ku zgorszeniu moich koleżanek uwielbiam chodzić do empiku i czytać i czytać i czytać. Od kilku dobrych lat za każdym razem kiedy mam sporo wolnego czasu, lecz nie opłaca mi się wracać do domu ląduję w empiku. Tam czekam na Maćka kiedy spotykamy się na mieście i mędzy innymi dlatego tam uczyłam się języków obcych. Koleżanki są zgorszone, bo nie lubią kiedy ktoś dotyka ich książki przed nimi, trochę jakby nie chciały już książek które dziewicami nie są. Ale która z nich jest ?
P.S. ostatnie zdjęcie robione na spacerze z psem w deszczu. Może tego nie widać.
Ael i tak uznałam, że jest interesujące choć ruszone i spaprane

piątek, 9 kwietnia 2010

dzień powszedni

opuszczanie, okręcanie, czyszczenie pomidorów to straszna praca*! Krzaki pomidorowe cuchną, brudzą, są kruche i ciężkie. Trzeba uważać, na pędy boczne i na liściaki**. Liściaki kojarzą mi się z nowotworami i być może nawet są jakąś ich łagodną formą. Pojawiają się częściej na "dzikich" formach i odmianach. Polega to na tym, że w gronie zamiast kolejnego kwiatka pojawia się listek. Potem taki listek przekształca się w pęd i ciągnie grono do góry. Zarówno liściaków jak i pędów bocznych nie chcemy, ponieważ rosnąc zużywają asymilaty, które w innym wypadku zostałyby wbudowane w owoce. Liściaki są jakby bardziej "niebezpieczne" ponieważ rosną blisko owoców i są wstanie wessać asymilaty przeznaczone już dla owoców i zmieniają równowagę hormonalną w gronie. Jeśli udało się już wytworzyć owocki (zwykle 2 -3 ) to te owoce rozwijają się wolniej, a może im się nawet wcale nie udać. W rezultacie (opadną na pewnym etapie), jednak nawet jeśli się im uda to będą 2-3 owoce z grona w którym bywa 5-8 pomidorów, koktajlowych nawet 10. Na dodatek my nie chcemy żeby te pomidory** nam się za bardzo rozrastały, nie chcemy żeby się krzewiły. Prowadzimy je na tak zwany 1 pęd (czasem 2 do 3) i pilnujemy produktywności (wyprodukowana masa zielona/masę pomidorów).


Zmęczony, zapracowany student nie ma zbyt wiele czasu na finezyjne gotowanie (zwłaszcza jak mama zażyczy sobie odkurzenia, załadowania zmywarki i jeszcze 5 rzeczy...
I oto danie " wrzućmy do na patelnie wszystko co jest w domu". Powstało po Sylwestrze w chatce, w której były wielkie szpary w ścianach i tylko kilka stopni więcej niż na dworze (czyli nadal minusowe temperatury) Promiennik został tam moim najlepszym przyjacielem (przy nim dochodziło nawet do +5*C!), ale o tym kiedy indziej. Połączenie kaszy gryczanej, serka wiejskiego i sera żółtego choć przypomina błotną breję jest zaskakująco dobre i super sycące. W dodatku błyskawiczne do przygotowania (zwłaszcza jeśli z wczorajszego obiadu została kasza gryczana).


Ciapalata***

torebka ugotowanej kaszy gryczanej
opakowanie serka wiejskiego
kostka (ok 150 g ) żółtego sera
troszkę soli pieprz

Wszystko wrzucamy na patelnię, mieszamy podgrzewając aż ser żółty się rozpuści i raczej nie dłużej bo biały zaczyna "puszczać soki". Doprawić i smacznego
* trochę lżejszymi są hormonizacja (psikanie za pomocą rozpylacza specjalnym preparatem wspomagającym zawiązywanie owoców) i nakładanie łuczków na grona. Robi się to po to, żeby się nie łamały pod ciężarem owoców, a jak taki łuczek wygląda to w lewym górnym rogu zdjęcia zbiorowego liściaków zobaczyć można
**cały czas mówię o szklarni, choć na świeżym powietrzu pomidory też cuchną i brudzą
*** bo tak jej na imię. Moje danie, moja nazwa

niedziela, 28 marca 2010

fioletowe sny



fioletowe bo mama kupiła mi 2 fioletowe bluzki. To jest mój aktualny kolor sezonu (miewam różne, zwykle dosyć intensywne, był już pomarańczowy i połączenie czerwonego z jasnym zielonym). Podobno nawet mi w nim dobrze. Mam też fioletowy tusz, który został wykorzystany do zrobienia moich naukowych pomocy z rosyjskiego* a normalnie służy do pisania pamiętnika (co trochę zarzuciłam). Mnie najbardziej podoba się "pomoc" w futrze, choć czarownica w ogrodniczkach jest mi bliska**, a kurtka w ręku bejsbolistki jest małym powodem do dumy. Ciekawe czy pomoże mi się to uczyć ?
Sny bo niewyspana jestem (praktyki ksssss) i bo ta niedziela jest jak sen ...
Zrobiłam to chilli con carne i paschę z tego przepisu i zmęczyłam się strasznie.Muszę przyznać, że oba przepisy mnie trochę rozczarowały. chilli M. jadł niedawno w knajpie i było o wiele lepsze. Temu "mojemu" czegoś brakowało...
tylko nie wiem czego, a składniki były takie:
  • 2,5 cebul
  • ząbek czosnku
  • 2,5 łyżki oliwy z oliwek
  • 1 1/3 łyżeczki chilli (w proszku) lub drobno posiekanej świeżej papryczki
  • 1 1/3 łyżeczki mielonej kolendry
  • 1 1/3 łyżeczki mielonego kuminu (kminu rzymskiego)
  • 5 ziarenek kardamonu, zmiażdżonych
  • 1,5 czerwone papryki
  • 1 kg zmielonej wołowiny
  • 2,5 puszki (400 g każda) posiekanych pomidorów
  • 5 łyżek keczupu pomidorowego (dobrej jakości)
  • 5 łyżek przecieru pomidorowego
  • 1 1/3 łyżki kakao (proszku)
  • puszka czerwonej fasoli
  • 1/2 dużej lub mała puszka kukurydzy (mój dodatek)
  • sól i pieprz cayenne do smaku
Przepis wzięłam stąd i choć zmniejszyłam ilość wszystkiego o 1/3 to porcja wyszła solidna ( na 7 osób z górką). A wykonanie choć czasochłonne nie jest trudne. To co da się należy pokroić w kostkę. Na (dużą!) patelnie i oliwę wrzucać w kolejności :
1. cebula i czosnek
2. przyprawy
3. papryka
4 . mięso (posolić, popieprzyć, zbrązowić)
5. pomidory z puszki, ketchup, przecier
6.fasola (zagotować)
7. kakao chilli pieprz i inne ostrości
ostatnim punktem jest gotowanie tego przez pewien czas na wolnym ogniu (w przepisie półtorej godziny pod przykryciem, ale my preferujemy gęste więc było bez przykrycia, dodatku wody, który był w przepisie i jakieś 45 minut)
Natomiast pascha rozczarowała mnie bo spodziewałam się ... sama nie wiem czego chyba innej konsystencji. Świetna by była na kruchym spodzie jako sernik, albo nadzienie do naleśników (i tak chyba będzie się u mnie pojawiać), ale sama jest zbyt nijaka. Przepis podaję za Anią ze Strawberries from Poland

CYTRUSOWA PASCHA Z ŻURAWINAMI

400 g półtłustego twarogu
2 żółtka
1/2 szklanki suszonych żurawin
8 płaskich łyżek cukru pudru
skórka otarta z: 1 pomarańczy 1 cytryny i 1 limonki ( u mnie 1 pomarańcza jeden grapefruit)
1/4 szklanki przegotowanej wody
gaza


W małym rondelku rozpuszczam cytrusowe skórki, wodę i 3 łyżki cukru pudru. Mieszam, dopóki cukier się nie rozpuści, następnie zmniejszam gaz i gotuję skórki ok. 15 minut, co jakiś czas je mieszając. Następnie wrzucam do rondelka żurawiny i gotuję ze skórkami do czasu wyparowania niemal całej wody. Ściągam rondelek z gazu, odkładam do wystygnięcia.

Żółtka ucieram do białości z 2 łyżkami cukru pudru. Ser trzykrotnie przepuszczam przez maszynkę (można też zmiksować go w blenderze), po czym dodaję do niego resztę cukru pudru i zawartość rondelka (odkładam łyżeczkę skórek do ozdoby). Dokładnie mieszam.

Średniej wielkości miskę wykładam gazą, przekładam doń masę serową i lekko ją ubijam. Na wierzch miseczki kładę talerzyk, a na nim coś ciężkiego i taki pakunek chowam na noc do lodówki. Przed podaniem wyciągam paschę z miseczki i układam na talerzu, delikatnie ściągając z niej gazę, po czym ozdabiam wierzch odrobiną kandyzowanych skórek i żurawin.

* tata się spytał czy muszą być takie seksowne, ale co mu to przeszkadza?
**jakieś alter ego?

poniedziałek, 22 marca 2010

a we weekend...

miałam troszkę więcej czasu. W sobotę się obijała, a w niedzielę wręcz przeciwnie.
Zrobiłam zupę krem z pieczarek.
Była trochę delikatniejsza niż taka jaką robimy zwykle, ale. Właściwie nie, ale; zrobiłam ją ponieważ mama zostawiła cały gar ugotowanych pieczarek (i to w dodatku nieposolonych!). Nie wiem czy zamierzała zrobić sałatkę pieczarkową, a nie starczyło jej czasu, czy chciała zmusić do tego mnie. Na sałatkę nie miałam ochoty, a pieczarek szkoda. Więc zrobiłam zupę, tylko cześć pieczarek była gotowana (wolę taką oryginalną wersję)

Krem ze smażonych pieczarek
0.8 kg pieczarek (połowę można ugotować)
1 l bulionu
trochę oliwy
sól, pieprz

Pieczarki obrać pokroić w talarki i podsmażyć na patelni. Powinny mięć ciemny, "mokry" kolor. Wrzucić je do bulionu i zagotować. Gotować 5 minut, po czym wyłączyć, zmiksować, dosolić dopieprzyć. Podawać z grzankami, można do smażonych pieczarek dorzucić smażoną cebulkę.

Oprócz tego odkurzyłam dom, zmyłam podłogi, załadowałam zmywarkę, umyłam wannę i wyciągnęłam do spółki z Maciejem ze 30 wiader wody z kominkowego (nie żeby po kilku godzinach znów napłynęła). Chciałam, żeby chociaż na powrót rodziców było sucho i żeby taty piorun nie strzelił, ale wobec sił niesprzyjającej przyrody jestem bezsilna.
Na koniec zrobiłam pyszną lasagnę. Bazę przepisu wzięłam z książki "Kuchnia Miriano" (Miriano Baldacci, ale w polskiej wersji językowej), ale dodałam coś od siebie, a raczej coś dla siebie i coś dla Maćka. Najgorsze było to, że mimo, że od tygodnia miałam na to danie ochotę, gotowałam je prawie 2 godziny napotykając kilka trudności i wyszło pyszne, to nie byłam w stanie go ruszyć i zjeść z M. obiadu tak jak to planowałam. Na 10 minut przed końcem gotowania zaczął mnie boleć brzuch, ale tak mocno, że na myśl, że miałabym powąchać jedzenia robiło mi się niedobrze. M. spieszył się do kościoła, więc nie za bardzo mógł czekać a jedzenia szkoda. On jadł a ja posiłek spędziłam leżąc na podłodze, gdzie lasagna nie pachniała tak mocno. W rezultacie z romantycznego (wyłączyli prąd, więc były świeczki) obiady zostało pół lasagni, którą rodzice zjedli dziś na obiad. Dodajmy, że ból brzucha przeszedł mi w ciągu pół godziny i zjadłam kawałek, ale to nie było już to. Nie ma to jak fart; to zdecydowanie nie był mój tydzień.

Lasagna z cukinią i czerwoną fasolą
(klasyczna warstwa)
0.35 kg mięsa mielonego wołowego
200 g pomidorów bez skórki
marchewka
cebula
2 ząbki czosnku
kieliszek czerwonego wina
oliwa sól, zioła prowansalskie
pieprz
(warstwa dla mnie)
2 nieduże pory
1 mała cukinia
odrobina bulionu
(warstwa dla M.)
czerwona fasola
chilli
czerwone wino
(sos beszamelowy)
0.5 l mleka
1,5 łyżki mąki
50 g masła
gałka muszkatołowa
(dodatkowo)
parmezan
ew. inny ser na wierzch


Na początek zrobiłam sos do klasycznej warstwy. Pokroiłam drobno cebulę, marchewkę i czosnek. Podsmażyłam na oliwie dodałam mięso, zrumieniłam. Do tego kieliszek wina i pokrojone sparzone pomidory. Posoliłam, dodałam zioła i dusiłam na wolnym ogniu przez jakieś pół godziny.
Pora pokroiłam w cienkie paseczki, wrzuciłam na oliwę, i na drobne kosteczki pokroiłam cukinię. Posoliłam i podsmażyłam całość na koniec zalewając łyżką (wazową) bulionu i odstawiłam. Potem zrobiłam sos beszamelowy : Utarłam masło z mąką w garnuszku, następnie postawiłam na małym ogniu i mieszałam. W międzyczasie podgrzałam mleko. Po pięciu minutach mieszania i gotowania zaczęłam powoli dolewać gorące mleko, Mieszałam (!). Gotowałam przez 10 minut posoliła popieprzyłam i dodałam gałki. Na koniec została warstwa M. do zrobienia, gdyż jej bazą jest standardowa "masa mięsna" pozostała po nałożeniu pierwszej warstwy. Po prostu dodałam do nie czerwonej fasoli z puszki, wina i chilli i zagotowałam.
Mój makaron nie wymagał podgotowania więc wylądował w wysmarowanym masłem, żaroodpornym naczyniu. Na niego poszła warsja klasyczna, mięsna, polana sosem beszamelowy, to posypałam parmezanem, przykryłam kolejną warstwą makaronu. Na niego poszła cukinia, również polana sosem i posypana parmezanem; przykryta makaronem. Ostatnia warstwa została potraktowana tak samo i ponownie przykryta makaronem, który został posypany parmezanem ( co było błędem i w trakcie pieczenia makaron został zastąpiony zwykłym, żółtym serem . Całość wylądowała w piekarniku na jakieś 0.5 h w temp180*C
Moja foremka była nieduża (25x10x7 cm), ja obliczałam ją na nas, 2 ale przy oszczędniejszym gospodarowaniu spokojnie starczy i na 4 osoby.

P.S.
z powodu złego samopoczucia i braku światła zdjęcie tylko takie

poniedziałek, 1 lutego 2010

dzień jest dzisiaj szaaary i paskudny. Muszę włączać wszystkie światła by być w stanie funkcjonować i jeszcze idę do pracy uczyć się warzywnictwa (nudna praca=okazja do nauki czy czytania). Egzamin w środę, a tym czasem idziemy do pracy (w misce jest makaron do zupy).

zupa z przepisu Liski z White Plate, ale ja robiłam z pamięci

składniki
puszka pomidorów
puszka ciecierzycy
2 ząbki czosnku
1,5 szklanki bulionu
makaron typu wstążka
sól pieprz i przyprawy do smaku
oliwa z oliwek

posiekany czosnek podsmażamy z oliwą, dodajemy pomidory, gotujemy chwilę (15 min) by dolać bulionu dorzucić ciecierzycę i ponownie pogotować 5 minut. Połowę zupy miksujemy i mieszamy z odstawioną połową, zalewamy makaron i smacznego !

Oryginalny przepis tu