Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiśnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiśnie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 kwietnia 2014

wieczorne ciasto

ostatnio wieczorami nie chcę iść jeszcze spać (mimo, że jestem zmęczona). Powinnam, ale będzie to oznaczało szybsze nadejście Bardzo Złego, Bardzo Wczesnego Ranka, kiedy to trzeba iść do pracy, znowu.
Rozwlekam więc wieczory i choć niezbyt to mądre, to całkiem przyjemne.
Jak jedzenie tortów wieczorem.

Ten tort kojarzy mi się z mrokiem i zmierzchem. Wilgotny aromatyczny, ciemny.
Zrobiłam na urodziny babci i chyba trafiłam w jej gust. Mocno kakaowy biszkopt, kwaśny dżem i śmietanowy krem. Proste, a dobre

wieczorny tort
5 jajek
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
2/3 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki kakao
3/4 szklanki cukru

kwaśny dżem ( u mnie mrożone owoce -mieszanka truskawek, malin, porzeczek i wiśni podsmażona z odrobiną cukru i szczyptą żelatyny
)

opakowanie serka mascarpone (250g)
250ml śmietany kremówki
ok. 1/4 szklanki cukru pudru (do smaku)

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki i kakao wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (np. mikserem, na bardzo wolnych obrotach ).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm (lub jak u mnie keksówkę) wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (do suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.
Śmietanę ubić na sztywno, dodawać stopniowo serek i cukier.
Blaty przełożyć dżemem i kremem. Schłodzić



sobota, 21 lipca 2012

rozpusta imieninowa

Mama M. poprosiła mnie o ciasto na imieniny. Akurat trafiła na nagromadzony przez długi czas niepieczenia entuzjazm, więc jej "impreza" imieninowa zamieniała się w słodką orgię.
Była moja wariacja na temat tiramisu ( z sosem z octu balsamicznego i creme de cassis* zamiast kawy i dużą ilością malin, bardzo owocowa propozycja) i
tort bezowy z wiśniami i nutą herbacianą
9 białek
450 g miałkiego cukru
1 1/2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
1 1/2 łyżeczki octu balsamicznego

(1 1/2 raza ten przepis)
2 opak. śmietany 36%
wiśnie

80 ml mleka
80 ml śmietanki 30/36%
3 torebki herbaty earl gray
2 łyżki cukru
2 żółtka

Białka ubić na sztywno. Pod koniec ubijania dodawać po łyżce miałkiego cukru, mąkę ziemniaczaną i ocet.
Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia. Na papierze narysować okrąg, nieduży, dwadzieścia kilka cm średnicy. Wyłożyć na niego masę białkową. (ja zrobiłam jeden cały blat i jeden "obwarzanek") Wstawić do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i po 5 minutach przykręcić temperaturę do 150 stopni. Piec 1,5 godziny. Studzić w uchylonym piekarniku.

W międzyczasie wyrwać biednym wisienkom ich małe, drewniane serduszka (czyli wydrylować) i przygotować sos herbaciany: śmietanę, mleko i herbatę umieścić w garnuszku, podgrzewać, aż całość zawrze. Ostawić (torebki wyjąć i wycisnąć). Żółtka utrzeć z cukrem na puszysto, powoli, mieszając wlać zawartość garnuszka, a następnie całość znów wlać do garnuszka i podgrzewać, aż sos zgęstnieje.

Ubić śmietanę. Wyłożyć ją na bezę, polać sosem, dorzucić wiśnie, przykryć drugą warstwą (opcjonalnie).




letnie "tiramisu"
[uwaga duża porcja !]
opakowanie biszkopcików
2 koszyczki malin
3 opakowania serka mascarpone (łącznie 750g)
3 żółtka
pół szklanki (do smaku) likieru amaretto/toffi/tiramisu

2 łyżki gorzkiego kakao

4 łyżki octu balsamicznego
4 łyżki creme de cassis
2 łyżki wody

Żółtka utrzeć. Po trochu dodawać serek mascarpone i likier (do smaku) aż do połączenia wszystkiego w gładką masę.

Likier porzeczkowy (creme de cassis) , ocet balsamiczny i wodę wymieszać, maczać w otrzymanej biszkopciki i układać ściśle na dnie naczynia (można polać resztką sosu jeśli zostanie).

Nałożyć cienką warstwę kremu mascarpone na biszkopty, ułożyć na tym połowę malin, przykryć resztą kremu.
Oprószyć wierzch kakaem, ułożyć na nim resztę malin. Najlepiej podawać schłodzone.

*Inspirację dotyczącą octu balsamicznego i malin zaczerpnęłam stąd, ale ze względu na brak wody różanej wykorzystałam (kiedyś tam) creme de cassis i tak mi zasmakowało, że będę korzystać częściej (zwłaszcza, że ten który posiadam to podróba i bez octu nie smakuje tak dobrze)

środa, 24 sierpnia 2011

drzem

Rodzice wyjechali i zabrali mi aparat. Z tego powodu nie bardzo mam się czym chwalić. Ani nie gotowałam za bardzo, bo dla jednej osoby nie warto (zresztą i tak siedziałam w sklepie i czytałam książki na bezczela), ani zdjęć nie posiadam, żeby udokumentować, ani nie ma się czym chwalić jak już zrobiłam.
No bo czym tu się chwalić jeśli do dżemu użyłam cukru żelującego i mrożonych owców ? I co z tego, że jest prościej i szybciej i wiśni drylować nie trzeba, jak mi wstyd...
Wstyd, wstydem, a dawno się tu nie odzywałam. Początkowo chciałam "się odezwać" opowiadaniem, na pisanie którego naszło mnie przez czytanie zbyt podobnych książek*, ale o dziwo trochę nad nim przemyśliwuje i pisze się długo. Koniec końców postanowiłam jednak napisać o "wstydliwym dżemie" czyli sposobach na przerobienie 5 kg ostatniego już w tym sezonie rabarbaru.

kwaśna marmelada
ok.
400 g wiśni bez pestek
200 g malin i truskawek
200 g czarnej porzeczki
4-6 sporych ogonków liściowych rabarbaru
szklanka cukru żelującego

Owoce zasypać cukrem i podgrzewać na małym ogniu do uzyskania miękkiej "zupy". Zupę ostudzić i zmiksować/zblendować, a następnie przecedzić przez sito/gazę celem pozbycia się wszelakich pestek. Uzyskany płyn podgrzewać na wolnym ogniu. Rabarbar umyć obrać, pokroić na drobne kawałki. Połowę rabarbaru dorzucić i podgrzewać aż zacznie się rozpadać, a następnie dodać drugą połowę. Teraz podgrzewac już króciutko, a następnie przełożyć do słoiczków (mnie wyszły 2 takie standardowe)

*kontynuacja "Zawodu wiedźmy" Olgi Gromyko (amatorsko tłumaczona z rosyjskiego, bo oficjalne wydanie będzie dopiero za parę miesięcy), "Odnaleźć swą drogę" Aleksandry Rudej i jeszcze "Maga niezależnego" Kiry Izmajłowej, a nawet "Szamankę od umarlaków" Martyny Raduchowskiej (jedyna Polka w tej ekipie)

piątek, 6 sierpnia 2010

poprzestawiane


kiedy nie mam nikogo żeby mnie pilnował
jadam obiad na śniadanie*, desery na kolacje**
i pochłaniam przerażające ilości słodyczy

**na przykład zapiekane jabłko z wiśniami i cynamonem
jabłko pieczone
wersja jednoosobowa to:
1 jabłko średniej wielkości (najlepsze są odmiany późno jesienne i średnia wielkość)
1 łyżeczka dżemu wiśniowego
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka cukru
kilka wiśni z likieru (opcjonalnie)

Z jabłka wykrawa się ostrym nożykiem ten fragment z ogonkiem tworząc "wieczko". Łyżeczką drąży środek, wydrapując gniazdo nasienne i trochę miąższu. Gniazdo wyrzuca miąższ miesza z resztą składników i wkłada z powrotem do jabłka, przykrywa "wieczkiem" i wkłada jabłko zawinięte od spodu w folię aluminiową (lubi ciec sokiem) do nagrzanego na 180*C piekarnika. Piecze się 20-35 minut (zależy jaki stopień wypieczenia chcemy osiągnąć i jak duże jest jabłko)
dżem wiśniowy można swobodnie zastąpić innym (najlepsze są te kwaśne), albo w ogóle pominąć, można dodać do wnętrza jabłka odrobinę koglu-moglu lub ajerkoniaku. Właściwie to "wnętrzności" są zupełnie dowolne...

* "poleśniki" na śniadanieprzepis wypatrzony tu.
ja nie czułam jakoś tej kapusty, poparzyłam sobie palce usiłując ją zedrzeć i milion razy je dopiekałam, bo wydawały mi się jeszcze surowe.
Takie zwykłe racuchy, tylko bez jabłka i nie tak tłuste jak te oryginalne, co jest ich ogromną i niewątpliwą zaletą

sobota, 3 kwietnia 2010

mało świątecznie

Nie żebym zwykle czuła atmosferę świąt w powietrzu. Z Bożym Narodzeniem jeszcze jak cie mogę, ale z Wielkanocą zawsze jest trudno. Lubię tylko niedzielne śniadania. Reszta trochę mnie irytuje. Sprzątanie, Maciek w Gdańsku, mama zła i tak dalej.
Ze złych marudzących rzeczy powiem jeszcze , że mam praktyki i swoją porcję sprzątania (mój pokój) wykonałam dopiero w Wielki Piątek* (w który też do 12 siedziałam na uczelni praktykując) i że mama piecze "mazurek" z masą krówkową. Wszystkie podobne odpadają. Gdyby M. nie wyjeżdżał wybór byłby prosty - mazurek z masą cytrynową i bezą, ale M. wyjechał, mama nie lubi cytrynowych ciast**, ja jakoś nie mam ochoty robić mazurka pomarańczowego, czekoladowy*** istnieje dla mnie jako bożonarodzeniowy i co by tu zrobić ?
Na koniec dobił mnie tata odmawiając kupowania produktów "na te moje eksperymenty". Gdyby jeszcze całkiem sama wymyślała te przepisy to ... ale ja widziałam przepis (tu) na mazurek "śliwka w czekoladzie"! Uwielbiam śliwki w czekoladzie. Oczywiście najlepsze są te nałęczowskie z kakaową masą dookoła śliwki**** i których teraz nie mogę, ponieważ mam postanowienie.

Stanęło na zrobieniu blondies, czyli białego murzynka

blondies
  • 150 g białej czekolady, połamanej
  • 80 g masła
  • 1/3 szklanki drobnego cukru
  • 2 jajka
  • 3/4 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • pół szklanki posiekanych obranych migdałów
  • 50 g czekolady białej, posiekanej
Masło roztopić w niedużym garnuszku, dodać połamaną czekoladę (150 g), podgrzewać do rozpuszczenia się czekolady, cały czas mieszając. W osobnym naczyniu wymieszać mąkę, cukier, sól, proszek do pieczenia. Dodać jajka, ekstrakt z wanilii i ciepłą czekoladę, zmiksować na gładką masę. Na końcu wrzucić posiekane migdały i białą czekoladę (50 g), wymieszać.
Piec w temperaturze 180ºC około 25 - 30 minut. Wystudzić, pokroić.
Nie wiem czy dobre, bo idą z nami do dziadków, ale pachnie obłędnie.
Są jeszcze 2 plusy dnia dzisiejszego.
Pierwszy to babeczki, które zdążyłam jeszcze przed wyjazdem Maćka zrobić i mu wręczyć.
Wprawdzie tak się spieszył, że parząc palce wyciągaliśmy gorące, o zdjęciach nie było mowy, ale za to wyszły pycha, bo te dałam radę spróbować. Aha przepis stąd
Babeczki cytrynowe z bananem
200 g mąki
130-150g drobnego cukru
1 cytryna (sok i starta skórka)
1/2 łyżeczki aromatu cytrynowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 jajka
2 łyżki oleju
+ 1 banan pokrojony w plasterki*****

Wszystkie składniki wymieszać w misce ( za wyjątkiem banana). Nakładać do foremek na zasadzie : cienka warstwa ciasta, warstwa banana, cienka warstwa ciasta... aż foremeka będzie pełna. Piec 15-20 minut w temp 180*C.
Ciastka ślicznie się zarumieniły, pachniały dobrze i smakowały zadziwiająco dobrze! Byłam naprawdę zaskoczona jak dobre jest to połączenie. Czasem warto poeksperymentować, bo mimo gniotów (o jednym z nich za chwilę) powstają nowe klasyki smaku.
Ale wracając do gniotów. Jeden udało mi się dziś popełnić. Okazuje się, że pasta z fety, żółtek, soku z cytryny i mięty jest paskudna.
(ale wyglądała ładnie)dopisujemy do rzeczy "nie próbować ponownie" (razem z ciastkami z kukurydzy z puszki...), a na koniec wrócimy w weselsze rejony. Osoba memu sercu droga obchodzi niedługo urodziny. Jutro będę piekła ciastka (mam już upatrzony przepis) a do tego taka kartka (choć pewnie coś tam jeszcze do nie dodam)



* a to jeden z powodów "mama zła", a zła była, że bez kija nie podchodź.
**jak również tych z marcepanem, czekoladowych i własciwie wszystkich dobrych, lub lubianych przez Maćka. Ona lubi ciasta maślane ciężkie, kruche i francuskie
*** koniecznie cioci Boni !
**** oprócz śliwek w czekoladzie, które jadam tylko nałęczowskie są jeszcze krówki, które jadam tylko ciągutki i tylko z Milanówka w charakterystycznym żóltym papierku z paskami, brązowymi napisami i krówką nie za dużą, nie za małą i przypominająca prawdziwą krowę, a nie zmutowane niewiadomoco
***** można robić w wersji z wiśniami wtedy 2-3 garści wiśni, mogą być mrożone (wersja też przepyszna, ale dla mnie już nie nowa), ja zrobiłam pól porcji z bananem i pół z wiśniami

sobota, 27 marca 2010

krew jak czekolada


Po 3 latach od uzyskania pełnoletności (a obiecywałam sobie, że pójdę jak tylko odbiorę dowód) udało mi się pojawić w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa. Postanowienie, że tym razem już naprawdę trzeba pojawiło się w ferie, kiedy łażąc po "starych śmieciach"* natknęłam się na to Centrum. Dziwne, u nas na kampusie co kilka tygodni (pewnie co 8-9 bo tyle wynosi minimalny czas między jednym oddaniem a drugim) jest Wampiriada. Tylko, że zawsze jakoś trafią na moment kiedy mam okres, spieszę się gdzieś, albo jestem głodna i się źle czuję. No i musiałabym się przespacerować na stary kampus... To już lepiej jechać w sobotę z Izabelina na Saską Kępę.
Ale tym razem się udało. Wymogłam na M. że ze mną pójdzie. I nic to, że tuż przed okazało się, że bierze antybiotyk i nie może oddawać krwi i tak musiał pójść, choćby tylko jako wsparcie moralne, ściągnęłam go więc o zbyt wczesnej porze i pojechaliśmy.Oczywiście zapomniałam pani doktor spytać i nadal nie wiem jaką mam grupę krwi (dowiem się w poniedziałek, jak pojadę odbierać wyniki) i oczywiście nikt inny z mojej rodziny oddawać krwi nie może.
Dostałam ekwiwalent w postaci 8 czekolad, soczku i batonika. Soczek wypiłam batonika oddałam M. a czekolady zostały, przecież nie mogę ich ruszyć (dlatego zapobiegliwie wzięłam paczkę daktyli), nadal mam postanowienie i w nim trwam, choć jest coraz ciężej**. Od razu po wyjściu zaczęłam się zastanawiać jak by tu spożytkować te moje 4500 kcal. Odpowiedź nie była trudna - murzynek. Jakoś tak się złożyło, że nigdy go nie piekłam ( i jakoś tak, że nie zorientowałam się że brownies i murzynki to jedno i to samo).
W prawdzie ten egzemplarz powstał jeszcze ze starych zapasów (które normalnie musiały by mieć pas cnoty żeby się uchować tyle czasu, ale cóż postanowienie...), ale istnieje prawdopodobieństwo, że koleżanki jak się dowiedzą, że upiekłam takie "zwykłe" ciasto zmuszą mnie do ponownej próby tym razem połączonej z ich degustacją.
Szkielet przepisu wzięłam stąd, ale nie dodałam cytryny, a za to zużyłam żelowane wiśnie (mama zrobiła do naleśników) i dorzuciłam żurawiny.W przepisie nie podaję ilości, bo to chyba zależy od upodobań własnych ile dodatków, a nie ważyłam ile tego wyszło.
Brownies
200 g gorzkiej czekolady
200 g masła
5 jajek
400 g cukru
400 g mąki
1/2 łyżeczki soli

Czekoladę z masłem stopić w kąpieli wodnej lub mikrofali***, jajka utrzeć z cukrem i dolać przestudzoną masę czekoladową, mąkę, sól i9 dokładnie mieszam. Dodać dodatki i ponownie wymieszać, a następnie przelane (ciasto) do foremki piec 35 min w temp 200*C (nie należy sprawdzać patyczkiem, bo brownies jest gotowe mimo, że patyczek jest mokry)

I w ten sposób o godzinie 23 raczę się czekoladowym ciastem, które jutro będzie deserem, a daniem głównym chilli con carne...

*kiedyś mieszkałam na Saskiej Kępie, jak byłam mała
** już teraz uznałam, że lody mogę jeść
*** odkrycie! nie wiedziałam, że tak można!

czwartek, 25 marca 2010

wiosna !



Od wczoraj pracujemy (praktyki) z Bachą i Aśką na patio. Doprowadzamy je do porządku po zimie i jest z tym całkiem dużo roboty, całkiem męczącej. Ale widać efekty, nie musimy znosić towarzystwa koleżanek i jest ładna pogoda i towarzyszą nam śliczne kwiatki i biedronki. Dziewczyny jak zwykle mnie meczą żebym coś upiekła. To miło, bo to znaczy, że im smakuje.
Wczoraj za ich namową upiekłam tartę. Może nie taką jak myślały, ale była niezła, a pomysł całkiem mój i taki wiosenny, orzeźwiający.

Tarta z wiśniami i mango
0.5 kg wiśni (u mnie mrożone)
1 szklanka cukru2 owoce mango1/4 szklanki śmietany kremówki
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej2 żóltka

130g miękkiego masła
175 g mąki1 żółtkoszczypta soli
1,5 łyżki cukru pudru

Na początek z "dolnych" składników trzeba zagnieść ciasto. Jeśli wybitnie nie bedzie się chciało kleić to można dodać odrobinę mleka. Zagniecione w postaci kuli, w folii włożyć do lodówki.
Wiśnie podsmażyć z cukrem (ilość wedle uznania), zlewając sok (nie będzie potrzebny, ale jest smaczny). Kiedy wiśnie będą gotowe (ja nie robiłam dżemu ani żelu tylko trochę posłodziłam i odsączyłam) obrać i pokroić w drobną kostkę mango, dorzucić łyżkę cukru, śmietanę mąkę ziemniaczaną i jajka zmiksować (można dodać mniej śmietany, albo wcale, u mnie mikser by nie wyrobił). Wyjąć ciasto, wylepić nim wysmarowaną i wysypaną (mąką, bułką tartą lub kaszą manną) formę podzióbać widelcem i podpiec (180*C) na beżowy kolor. Beżowe ciasto wyjąc z piekarnika, nałożyć wiśnie, zalać masą z mango i wstawić do piekarnika na 35-40 minut w temp. 180*C.
W moim wydaniu ciasto nie było zbyt reprezentacyjne i masa z mango była dość rzadka. Można by spróbować zrobić z niej "budyń" przed wlaniem na tartę.
To było wczoraj*A dziś było ziołowo. Przycinałam na patio cząber i lawendę i te fragmenty, które zdołały już wybić, a obciąć musiałam zabrałam ze sobą. Cząber wylądował w pasztecie z soczewicy z przepisu Ani ze Strawberries from Poland, który to chodził za mną i prosił**.


PASZTET Z SOCZEWICY Z PIECZONYM CZOSNKIEM

200 g zielonej soczewicy2 średniej wielkości marchewki obrane i pokrojone w cienkie plasterki
1 główka czosnku
1 średniej wielkości cebula drobno posiekana
1/2 łyżeczki kminku (zmiażdzonego)
1/4 łyżeczki suszonego chili (można zastąpić pieprzem cayenne)
1/2 łyżeczki świeżego cząbru3 jajka3 łyżki oliwy

W piekarniku rozgrzanym do 180*C należy umieścić czosnek (jeden ząbek odkładamy, a reszta ląduje w tych pergaminowych łuskach i piecze się aż będzie miękki)
W garnku umieścić soczewicę z 3 szklankami wody i solą. Gotować ok pół godziny aż zacznie się rozpadać a woda wyparuje.W międzyczasie na rozgrzaną oliwę wrzucić przyprawy, a chwilę później warzywa i pozostały czosnek. Smażyć aż zmiękną. Dodać do soczewicy (pieczony czosnek też) i podzielić zawartość garnka na pół. 1 część miksujemy z jajkami po czym mieszamy z drugą. Całość doprawiamy i przekładamy do wysmarowanej i posypanej bułką keksówki .
Pasztet piec przez ok. pół godziny w 180 stopniach C.

A lawenda wylądowała w lawendowych ciasteczkach z przepisu Liski

175g miękkiego masła
2 łyżki świeżych kwiatów i liści lawendy, drobno posiekanych (lub jedna niepelna lyzka suszonych kwiatów)
100g miałkiego cukru (caster)
225g zwykłej maki25g demerary

Wszystkie składniki prócz demerary zagnieść w ciasto. Podzielić na 4 części i uformować z nich wałki. Rozsypać demerarę w płaskiej misce i obtoczyć wałki, które następnie należy włożyć do siatki i schłodzić w lodówce. Schłodzone kroimy na plasterki i układamy na blachach ( u mnie były 2 wyłożone papierem do pieczenia, Liska podaje 3 wysmarowane tłuszczem). Wstawić do pieca na 15-20 do temp. 180*C i piec aż się zabrązowią na brzegach.
Ja oczywiście zapomniałam zakupić demerary, więc użyłam ciemnego muscovado i też wyszło ok, choć ten smak trochę dominuje (wydaje mi się, że listki były jeszcze mało aromatyczne)


*zdjęcia powyżej tej gwiazdki (+ biedronka najniżej) też są z wczoraj
** zrób mnie zrób mnie!

niedziela, 7 marca 2010

cynamonowy żywot mój

Ten weekend ( i co z tego że 4-dniowy?) upłyną pod znakiem cynamonu i lenistwa. Wczesnie chodziłam spać i choć napracowałam się przy cynamonowym torcie Macieja, to przecież z włąsnej woli i ciekawości i dało mi to wiele radości.
Najpierw w piątek upiekłam 4 blachy Bardzo Cynamonowego Biszkopta.

Składniki na biszkopt do tortownicy 20 - 22 cm:

* 5 jajek
* 3/4 szklanki cukru

* 3/4 szklanki mąki pszennej
* 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę.
Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając.
Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (ja to robię na bardzo wolnych obrotach miksera).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm wył
ożyć papierem do pieczenia (ja piekłam w 20 cm, biszkopt
urósł do wysokości formy).
Boków formy niczym nie
smarować, papierem wykładamy tylko dno. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (lub dłużej, do tzw. suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.

Przepis cytuję za Dorotus, a moje modyfikacje polegały na tym że: 1. piekłam w blasze 30x40 cm 2. dodałam pól opakowania cynamonu do każdej porcji biszkopta ( co wyszło ok 6 g - nie wiedziałam że aż tyle) 3. nie zrzucałam biszkoptu z pól metra bo mama obawiała się o swoją podłogę

W przerwach między pieczeniem biszkoptów zrobiłam drożdżóweczki z cynamownem z innego przepisu Dorotus

Składniki na 2 duże blachy:

* 1 szklanka letniego mleka
* 2 jajka
* 4 szklanki mąki pszennej
* 6 łyżek cukru
* 1/2 kostki masła (125 g), roztopionego i ostudzonego
* 4 dag świeżych drożdży lub 2 dag drożdży instant
* szczypta soli

Na nadzienie:

* 1/4 kostki masła, roztopionego
* około pół szklanki cukru
* kilka łyżeczek cynamonu
* rodzynki (opcjonalnie)
* jajko do posmarowania

Z drożdży, 2 łyżek cukru, 2 łyżek mąki i połowy mleka zrobić zaczyn. Odstawić do wyrośnięcia do podwojenia objętości. Do miski przesiać mąkę, dodać sól, jajka, resztę mleka, resztę cukru i wyrośnięty zaczyn. Dobrze wyrobić i wlać masło. Wyrabiać, aż zacznie odchodzić od ręki, odstawić do wyrośnięcia. Kiedy podwoi objętość wyłożyć na stolnicę, podzielić na 4 części. Każdą rozwałkować, posmarować roztopionym masłem, posypać cukrem i cynamonem, jeśli ktoś lubi - w tym momencie można dodać również rodzynki. Zwinąć jak roladę, pokroić w plasterki, ułożyć na blaszce zachowując odstępy - sporo urosną. Posmarować roztrzepanym jajkiem.

Piec około 10 - 15 minut w temperaturze 180°C.
Metoda dla maszynistów:

Wszystkie składniki na ciasto umieścić w maszynie do pieczenia według kolejności: płynne, sypkie, na końcu drożdże. Nastawić program do wyrabiania i wyrastania ciasta 'dough'. Po tym czasie ciasto wyjąć, uformować bułeczki i dalej postępować według powyższego przepisu.

Ja skorzystałam z wersji "dla maszynistów", zrobiłam z połowy porcji i dodałam rodzynki.Drożdżówki wyszły świetne i takie akurat na 2-3 kęsy.

W sobotę od rana kroiłam, układałam i klęłam. Dużo. Ale w końcu wyszło. Z pomocą modeliny, której najpierw nadałam, w przybliżeniu, kształt góry, a potem pokroiłam na plasterki, udało mi się uzyskać dla blatów odpowiedni kształt i ułożenie. Potem skończyłam z wiśniami* i z czekoladą. Bo tort przekładany jest masą z wiśni z dużą ilością cynamonu (znowu), małą cukru i pewną ilością wódki (której czuć nie było) oraz masy czekoladowej z cynamonem i chili. Przłożenie poukładanych już warst poszło całkiem gładko, ale wtedy zaczęła się mordęga. Lukrowa Masa Plastyczna. Będzie mi się po nocach śnić. Bezczelnie zupełnie lepiła się do stolnnicy, potem jak posłużyłam się mąką ziemniaczaną to się rozrywała, znowy lepiła się do stolnicy, a potem zaczęła wysychać. Wyschnię ta nie chciała się ze sobą lepić, więc wszelkie łączenia były aż nadto widoczne, każda poprawka tylko pogarszała sprawę (zwłaszcza próba zlepienia wodą), więc w końcu się poddałam, udekorowałam** tort za pomocą dwóch rodzajów cukru trzcinowego (które mi się zbryliły, więc udawały kamyczki) i odrobiny cynamonu i udałam się ni nim na imprezę.

Jubilat dostał ataku śmiechu na widok swojego tortu (ale wierzę, że się cieszył, a nie uznał, że jest tak pokraczny), a resztę fascynowała głownie "pokrywa śnieżna". B.L.*** nie mogła ni jak zrozumieć, co mam na myśli mówiąc, że to lukier i kupiłam go w postaci masy plastycznej.
Moim zdaniem wyszedł bardzo smakowity i myślę, że sama pozbawiłam go jakiś 25% objętości (choć lukier odkładałam - paskudny jest).
Należałoby, chyba podsumować robienie tortu, bo moje wywody mętne wyszły cokolwiek.

Cynamonowe Góry Macieja (tort)

4 blaty biszkoptu:
(na 1 blat)
* 5 jajek
* 3/4 szklanki cukru

* 3/4 szklanki mąki pszennej
* 1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
* 6g cynamonu

Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę.Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, po kolei żółtka, mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (cały czas ubijając).
Dno blachy wyłożyć papierem do pieczenia,a boków formy niczym nie smarować. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut ( do tzw. suchego patyczka).
1/2 kg wiśni
6g cynamonu
5 łyżek brązowego cukru
1/4 szklanki wódki

3 łyżeczki żelatyny
kilka łyżek gorącej wody

wiśnie smażyć z cynamonem i cukrem dolewając porcjami wódkę, połowę wiśnie należy zmiksować przed końcem smażenia, wymieszać z pozostałymi, a na koniec masę z gorącą rozpuszczoną żelatyną. Odstawić do wystygnięcia.
200 g gorzkiej czekolady
250 ml śmietany kremówki 30 %
4 łyżki brązowego cukru
2 łyżeczki cynamony
łyżeczka chili

Śmietankę podgrzać z cukrem niemal do wrzenia. Wrzucić połamaną czekoladę i mieszać podgrzewając do rozpuszczenia czekolady, dodać cynamon i chili. Wymieszać. Odstawić do wystygnięcia.
1/2kg plastycznej masy lukrowej

Mając wszystkie składniki przygotowane, wycinamy z blatów pożądane kształty, przekładamy na zmianę czekoladą lub wiśniam
i. Lukier rozwałkowujemy na kilka pasków, którymi przykrywamy "górę" i nadajemy im odpowiedni wygląd.


*wiśnie smażyły się już od piątku, ale tak nieregularnie i jakby na drugim planie.
** to znaczy spróbowałam zasłonić najgorsze fragmenty
*** Babcia Lecha

środa, 10 lutego 2010

szybko szybko mija dzień cały

Maciek jest wielbicielem Szekspira, aczkolwiek wybrednym. Czytuje tylko tłumaczenia Barańczaka. Co ciekawe sonety, które lubi w wykonaniu Soyki są w większej części w tłumaczeniu Słomczyńskiego, a odkryłam to dziś usiłując znaleźć te sonety ponieważ zbliżają się urodziny Mego Ukochanego. Mam nadzieję, że nie zabierze się za czytanie mojego bloga przed urodzinami, zepsułoby mu to niespodzianki. Zwłaszcza, że chciałam wspomnieć o dzisiejszym miłym zaskoczeniu.
Zachęcona przepięknymi tortami pokazanymi na tej stronie postanowiłam, że zrobię Maciejowi na urodziny tort w stylu angielskim. W tym celu zamówiłam białą masę plastyczną i muszę się tylko zastanowić czym ją zabarwić (no i oczywiście jeszcze jak tort wykonać).
Zamówienie złożyłam wczoraj, dzisiaj rano już przyszło ( na stronie jest napisane w ciągu 2 dni roboczych). To się nazywa obsługa!
Projekt tortu już tkwi w mojej głowie, a wybór tematu nie był trudny. Góry oczywiście ! Myślę o upieczeniu ze dwóch blach biszkoptu, wycięciu z niego trójkątów różnej wielkości i układaniu z nich "gór". Ponieważ Maciek nie przepada za tortami czekoladowymi wymyśliłam, że biszkopty będą zawierały dużo cynamonu, masa którymi będę łączyć kawałki ciasta będą jedna wiśniowa ("dżem" wiśnie z cynamonem i becherovką zamówiłam również z myślą o tym jego nieszczęsnym torcie, ale w związku z zatrważającą jego ilością i konsystencją, zrezygnowałam), a druga jednak czekoladowa, z chili, a na górę biały plastyczny lukier, u stóp gór ułożę cukrowy plecak i czekan. Mam nadzieję że mi się to wszystko nie rozwali.
Jeżeli już jesteśmy przy ciastach i wiśniach, to wczoraj upiekłam chlebek gryczany, którym raczyłyśmy się z Dorotą* oglądając w kinie "Księżniczkę i żabę"(ostatni z mojej listy filmów do obejrzenia na już, teraz czekam jeszcze na "Alicję w Krainie Czarów"). Film taki sobie, ciasto całkiem, całkiem. Zagadałam absolutnie biedną Dorotę, ale najwyraźniej nie bawiła się tak całkowicie źle skoro sama zaproponowała spotkanie w piątek ? (W sobotę idziemy z Michałem** na obiad, a w czwartek ten posiłek spożywam z dziadkami, całkiem nieźle jak na małą, zagubioną wiedźmę). Chlebek oparłam na tym przepisie, wymieniając tylko śliwki wiśniami, gruszki jabłkiem, a figi dużą ilością żurawiny.

Chlebek gryczany z owocami

Składniki(podaję za Anią z Strawberries from Poland):
3 duże jajka
1 i 1/3 szklanki mąki pszennej
2/3 mąki razowej
3/4 szklanki oleju
1/2 szklanki płatków gryczanych
1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki zwykłego cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
1,5 łyzeczki mielonego imbiru
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1/4 łyżeczki soli
1 szklanka obranego ze skórki,
pokrojonego w kostkę jabłka
1 szklanka wypestkowanych, wiśni
1 szklanka suszonej żurawiny


Jajka roztrzepuję z olejem. W dużej misce mieszam składniki suche - mąkę, płatki gryczane, sól cukier biały i brązowy, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. Jajka z olejem wlewam do składników suchych i mieszam wszystko łyżką. Dodaję owoce. Mieszam (ciasto będzie dość gęste) i przekładam do wysmarowanej tłuszczem dużej keksówki.

Piekę około 1 h i 15 min., do suchego patyczka, w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Oprócz tego naprawiłam***, moją skrzynię ze skarbami (oba zawiasy były do "poprawienia"), spłakałam się jak bóbr, napisałam 2 listy i jeden wiersz, którym się nie pochwalę, bo ominęłam etap pisania wierszy w podstawówce, więc ten był moim 3 w życiu i brzmi adekwatnie. Za to listy idą mi trochę lepiej, lubię je pisać i idzie mi to szybko. Jedynym problemem jest nadążenie z nawałem tematów, które chciałabym poruszyć, myśli, którym nie chcę dać umknąć. "Żeby tylko nie zapomnieć!" dokończyć myśli, którą aktualnie piszę podążając za następną, lub odwrotnie. Nie zapomnieć myśli, która pojawiła się w trakcie pisania, ale pozwoliłam jej uciec skupiając się za bardzo na tym co aktualnie piszę. Charakter mojego pisma zostawia wiele do życzenia, ponieważ spieszę się pisać listy. Kiedyś przepisywałam listy "na czysto", zwłaszcza, kiedy uparłam się że każdy mój list do M. będzie pisany "sposobem"****. Teraz już nie bardzo mi się chce. teraz zastanawiam się nad kserowaniem listów, które piszę. Otrzymane listy zawsze chowam do pudła ze skarbami, ale bez tego co ja napisałam są takie niepełne, czasem nawet nie wiadomo o co w nich chodzi, bo odpowiedź jest ściśle związana z jakimś fragmentem listu, do którego nie można zajrzeć (wysłało się go), a się go nie pamięta (adresat odpowiadał długo, czytamy list po latach). A czasem tak zwyczajnie mi żal rozstawać się z moimi bazgrołami. Zamykam w nich kawałek mojej duszy i sposobu myślenia i choć wierzę, że do listów pisanych do Maćka będę miała dostęp, to co z innymi kawałkami mojej duszy?

* Dorot, koleżanka z podstawówki i gimnazjum, nasz klasowy Dobry Duch, osoba, która nie potrafiła (nie potrafiła, nie udawała że nie potrafi) wymienić 3 osób, których nie lubi.
** Michaś, kolega z ławki z liceum. Jedna z najbardziej pozytywnych osób jakie znam. Jedyna która tak się cieszy widząc mnie na ulicy (wymachiwanie rękami - on zawsze zamaszyście gestykulował, krzyczenie przez pół ulicy, zbieganie pod prąd ruchomymi schodami).
*** o ile można powiedzieć, że naprawione jest coś co wygląda tak jak na zdjęciu powyżej (na szczęście to ta mniej reprezentacyjna strona)
**** na przykład przepisywałam list tak by dało się go odczytać tylko z lusterkiem,albo wycinałam literki z gazety, tylko, że wtedy listy musiały być, krótkie, bo inaczej spędzałabym wieki na ich pisanie.