Na pocieszenie pokrążyłam trochę po naszym zarośniętym ogrodzie. Wycięłam parę gałęzi i zrobiłam "bukiet" z gałązek leszczyny. Taki pozytywny zielony akcent na negatywny tydzień.*a jechanie do domu i babci M. bez M. jest dziwnym pomysłem.
Na pocieszenie pokrążyłam trochę po naszym zarośniętym ogrodzie. Wycięłam parę gałęzi i zrobiłam "bukiet" z gałązek leszczyny. Taki pozytywny zielony akcent na negatywny tydzień.
Wczoraj dostałam od Macieja kwiatki. Uwielbiam szafirki. Bo są w moim ulubionym, rzadkim dla kwiatów niebieskim kolorze i pachną jak spełnione marzenia, bo są wiosenne i takie drobne, takie delikatne.
A dzisiaj:

późno bo późno (jak się wraca o 5 do domu, to obiad nie będzie zbyt wcześnie), ale jestem.
ziemniaczane pure z pieczonym czosnkiem:



A tak swoją drogą, a propos leżaków. Byliśmy wczoraj z M., przed moimi zajęciami z rosyjskiego w bardzo fajnym miejscu. Kafejko- bar właściwie o nazwie cafe kafka. Znajduje się na ulicy Oboźnej (3), a oprócz stolików wewnątrz i kilku na zewnątrz można sobie wziąć leżak właśnie i pójść z nim na trawnik obok i na leżaku na trawniku popijać kawkę (żeby tak zjeść obiad trzeba by już mieć większe samozaparcie). Pokazał mi to miejsce Michał (to znaczy mnie tam zabrał bo mijam Kafkę zawsze idąc na rosyjski i wcześniej już ją widziałam). Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jakością, a nawet wykwintnością serwowanych potraw. Nazwy nie wywołują we mnie natychmiastowej chęci pożarcia, ani nawet miłego mrowienia na języku. Są takie zwyczajne "sałatka z grillowanym kurczakiem" nie przygotowuje na zestaw pyszności, miękkie soczyste mięsko i prażony sezam w sałatce (sezam był baaardzo na plus), "naleśnik z szynką i mozzarellą"**** podobnie, a połączenie czosnkowej nuty, ciągnącej się mozzarelli i szyki jest naprawdę niesamowite (tu moja smakowa wyobraźnia mnie naprawdę zawiodła). z tego powodu już dwa razy mało brakowało a zrezygnowałabym z jedzenia, a wczoraj byłam na siebie wściekła. Jak zawsze w restauracjach wybrałam dla siebie najgorsze możliwe danie (pewnie komu innemu by smakowało). Zawsze tak jest! Cała rodzina zamawia coś pysznego, albo chociaż dobrego, tylko ja zamówię sobie coś niejadalnego, nawet jeśli nie jest specjalnie wymyślne (w końcu już znam swoje możliwości) to okazuje się, że akurat tu nie potrafią go przyrządzić. A tak bym chciała potrafić wybierać z menu ...
W "kuchennym" angielskim jestem właściwie fatalna (nie żeby moje słownictwo w ogóle było zbyt duże), ale to chyba nie powód żeby się nie nauczyć ? Będzie łatwiej szukać nowych przepisów. No i jakoś tak czuję, że satysfakcja z prezentowania przepisu własnym wysiłkiem przetłumaczonego będzie przyjemnością nieporównywalnie większą. No i nie ukrywajmy - pretekstem do "dostania" książki była właśnie nauka angielskiego.



opuszczanie, okręcanie, czyszczenie pomidorów to straszna praca*! Krzaki pomidorowe cuchną, brudzą, są kruche i ciężkie. Trzeba uważać, na pędy boczne i na liściaki**. Liściaki kojarzą mi się z nowotworami i być może nawet są jakąś ich łagodną formą. Pojawiają się częściej na "dzikich" formach i odmianach. Polega to na tym, że w gronie zamiast kolejnego kwiatka pojawia się listek. Potem taki listek przekształca się w pęd i ciągnie grono do góry. Zarówno liściaków jak i pędów bocznych nie chcemy, ponieważ rosnąc zużywają asymilaty, które w innym wypadku zostałyby wbudowane w owoce. Liściaki są jakby bardziej "niebezpieczne" ponieważ rosną blisko owoców i są wstanie wessać asymilaty przeznaczone już dla owoców i zmieniają równowagę hormonalną w gronie. Jeśli udało się już wytworzyć owocki (zwykle 2 -3 ) to te owoce rozwijają się wolniej, a może im się nawet wcale nie udać. W rezultacie (opadną na pewnym etapie), jednak nawet jeśli się im uda to będą 2-3 owoce z grona w którym bywa 5-8 pomidorów, koktajlowych nawet 10. Na dodatek my nie chcemy żeby te pomidory** nam się za bardzo rozrastały, nie chcemy żeby się krzewiły. Prowadzimy je na tak zwany 1 pęd (czasem 2 do 3) i pilnujemy produktywności (wyprodukowana masa zielona/masę pomidorów).

Składniki:
Białka ubić na sztywno. Pod koniec ubijania dodawać po łyżce miałkiego cukru, łyżeczkę mąki kukurydzianej i łyżeczkę octu.
Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia. Na papierze narysować okrąg, nieduży, dwadzieścia kilka cm średnicy. Wyłożyć na niego masę białkową. Wstawić do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i po 5 minutach przykręcić temperaturę do 150 stopni. Piec 1,5 godziny. Studzić w uchylonym piekarniku.
Moje modyfikacje polegały na dodaniu odrobiny aromatu cytrynowego, zamiast octu winnego białego użyłam odrobiny czerwonego i trochę soku z cytryny, a skrobia była ziemniaczana, ale wygląda na to że wyszła mi ta beza jako pierwsza, choć próbowałam już kilkakrotnie


