Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jajka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2014

wow będzie





Uparłam się i przy drugim podejściu zostały wykonane łabędzie z ptysiowego ciasta i cytrynowego kremu mascarpone. Nie wyglądają jak te"oryginalne", cukierniane, ale są. 
W moim wykonaniu składały się głównie z tego kremu, bo "korpusy" zrobiłam zdecydowanie za małe. Pan w cukierni , jak się dowiedziałam, robi je za pomocą szprycy z końcówką o kształcie gwiazdki. Musi mieć dużą szprycę :).
W każdym razie ciasto ptysiowe jest bardzo proste, a efekt wizualny zakładam, że zależy od zdolności/wyćwiczenia.

ptysiowe łabędzie
125 ml wody (pół szklanki)
szczypta soli
50g masła
75 g mąki
2 jajka
opakowanie serka mascarpone (250g)
kilka łyżek (do smaku) lemon curda* 
ew. cukier puder

Wodę i masło umieścić w garnuszku (ja dodałam jeszcze łyżkę cukru), podgrzewać aż masło się rozpuści i emulsja zacznie wrzeć. Zdjąć z ognia, wrzucić mąkę i mieszać aż masa będzie w miarę gładka i odchodzić od ścianek. Ostudzić** ciasto, ubić jajka (ze szczyptą soli) i wymieszać z masą. Nałożyć do szprycy i wyciskać kształty (proponuję z tej ilości 2-3 kadłuby wielkości pięści +4-5 głów, w razie gdyby "się zepsuły"). Piec w piekarniku nagrzanym do 200*C przez ok 30 minut. Przekuć (żeby powietrze sobie mogło wyjść), ostudzić.Wierzch odkroić, przekroić na pół, to będą skrzydła.
Mascarpone wymieszać z lemon curdem***, nałożyć (można za pomocą szprycy, ale widelec też się nada) do korpusów, wetknąć głowy i skrzydła. Można oprószyć cukrem pudrem.

* można kupić, można zrobić
** ważne! Ptysie nie będą chciały rosnąć jeśli jajka zostaną dodane do gorącego ciasta
*** można wymieszać mascarpone pół na pół z ubitą śmietaną kremówką, żeby było bardziej kremowe

wtorek, 14 stycznia 2014

pleśniak

Jakoś w zeszłym tygodniu postanowiłam zrobić M przyjemność i upiec pleśniaka, bo daawno temu wspominał, że lubi, a jest to ciasto niewymagające żadnych specjalnych składników, z wyjątkiem kwaśnego (!) dżemu, który tak się składa, że miałam (robiłam specjalnie kwaśny z przeznaczaniem do wypieków). Okazało się, że M., jak to M. był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, ale ciasto przerosło nasze (z Jego, to nie trudno, ale moje) oczekiwania. Pychota. Fakt, że w dużym stopniu zmieniłam proporcje: ciasto-dżem i pianka z białek (na korzyść dżemu i pianki). W styczniu piekłam już 2 razy i w obu przypadkach zniknęło błyskawicznie (zdjęcie zrobione ostatniemu kawałkowi, z drugiego "miotu", wieczorem tuż przed tym jak go pochłonęliśmy, więc jakość zdjęcia nie zachwyca). Pozwolę sobie tylko podkreślić, że warunkiem koniecznym smaczności ciasta jest kwaśny dżem.

Pleśniak
(mała porcja*)
100g masła
 3 jajka
1 i 1/2 szklanki mąki
łyżka kakao
3/4 łyżeczki proszku dopieczenia
1/3 szklanki + łyżka cukru
słoiczek kwaśnego dżemu**

Białka oddzielić od żółtek, odłożyć. Z masła, żółtek i mąki z łyżką cukru i proszkiem do pieczenia zagnieść ciasto (ja pomagałam sobie małymi ilościami zimnej wody, bo bardzo słabo się klei). Podzielić je na 3 części (jedna, na spód może być trochę większa), do jednej dodać kakao (i znów zagnieść), wszystkie włożyć  do lodówki na ok. 2 godziny aż stwardnieją. Tuż przed wyjęciem ciasta z lodówki ubić białka na sztywną pianę, pod koniec dodając 1/3 szklanki cukru (po trochu). Po wyjęciu ciasta z lodówki  rozdrobnić (ja robiłam palcami, ale przepis podaje żeby zetrzeć na tarce do jarzyn) większą jasną kule równomiernie na wyłożoną papierem blachę*, posmarować w miarę grubo i równomiernie dżemem, rozdrobnić na to ciemną kulę z kakao, przykryć to pianą z białek, a na wierzch rozdrobnić mniejszą jasną kulę.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180*C na 40-50 minut

*używałam formy do tart 10x40 cm
a korzystałam z przepisu na moich wypiekach, zmniejszając porcję z grubsza o połowę,
** mój słoiczek jest trochę mniejszy niż te do których byłam przyzwyczajona w Polsce, ma ok 200 ml

poniedziałek, 6 maja 2013

(m)rrrr!

Tarta z  różanym rabarbarem (i jajeczną pianką) (m)rrrr...
Jakiś czas temu w sklepie z ukraińską żywnością trafiłam na konfiturę z płatków róży, którą bez namysłu kupiłam. Już w domu okazało się, że jest trochę dziwna. Ma ciemny różowy kolor, jest cierpka w smaku, a płatki wyglądają jakby były podsuszone.
Ponieważ nie smakowała mi tak jak te kupowane w Polsce ( i nie wyżarłam jej łyżeczką prosto ze słoika) zeszło tak z pół słoika i dalej tak sobie stał i czekał co wymyślę z nim zrobić. W końcu wymyśliłam i oto efekt:


tarta z różanym rabarbarem i jajeczną pianką:
 kruche ciasto do wylepienia formy (ja zrobiłam "na oko" )
ok 400 g rabarbaru
ok 175 g konfitury różanej*
3 jajka (żółtko jednego z nich wykorzystałam do ciasta)
3-4 łyżki cukru
łyżeczka ekstraktu waniliowego lub wody różanej
łyżeczka mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej

Kruchym ciastem wylepić formę, schłodzić, podpiec. Rabarbar obrać, pociąć a około 1 cm kawałki i podsmażać z konfiturą aż będzie miękki, ale nie rozpadający się. Dodać mąkę ziemniaczaną wymieszaną z 1,5 łyżki zimnej wody i dokładnie zamieszać. Kiedy masa zacznie się "żelować" zdjąć z ognia i trochę ostudzić. Ubić białka na sztywną pianę, a potem dodać cukier, żółtka i ekstrakt. Na podpieczony spód wyłożyć najpierw masę rabarbarową, a potem jajeczną piankę. Piec wtem ok 180*C  przez ok. 15 minut aż pianka będzie dość sztywna i lekko brązowa na wierzchu.

*Myślę, że swobodnie, a nawet lepiej poradzi sobie zwykła konfitura, bo tu smak róży był słabo wyczuwalny, dlatego też dodałabym następnym razem wody różanej zamiast ekstraktu waniliowego do pianki.

  

niedziela, 3 marca 2013

rocznice

Maciej pojawił się na tym padole łez ćwierć wieku temu, a londyńskie metro ma go na koncie aż półtora (wieku).
Z okazji urodzin metra w muzeum transportu odbywa się wystawa najlepszych plakatów związanych z metrem. A że plakaty tfl są niesamowite, z jajem i zabawne, to chętnie wybraliśmy się obejrzeć 150 plakatów, które uznano za najlepsze.








 Nasz ranking wygrał plakat ze ślimakami. Niestety ciężko było mu zrobić zdjęcie, bo światła się w szybce odbijały...

Najwyraźniej przygotowują się już  także do dwusetnej rocznicy...





Z okazji urodzin M. tort musiał się pojawić nawet jeśli na imprezę nie było miejsca ani czasu.

tort cytrynowo-limonkowy
(biszkopt "rzucany" z tego przepisu)
5 jajek
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki mąki ziemniaczanej

1/2 opak. serka mascarpone
1/2 opak śmietany kremówki

lemon curd* limonkowo-cytrynowy

sok wyciśnięty i skórka otarta z 1 1/2 cytryn i 2 limonek 
2 żółtka
2 jajka
100 g cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka oliwy

Wszystkie składniki na lemon curd, prócz oliwy umieścić w garnuszku (odłożyć łyżkę skórek do dekoracji) i zagotować, mieszając. Pogotować, mieszając, przez 2 minuty. Jeśli będą grudki przetrzeć przez sitko lub zmiksować blenderem. Dodać oliwę i znów pogotować przez 2 minuty. Ostudzić
Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania stopniowo dodawać cukier, dalej ubijając. Dodawać po kolei żółtka, nadal ubijając. Mąki wymieszać, przesiać i delikatnie wmieszać do ciasta (ja to robię na bardzo wolnych obrotach miksera).
Tortownicę o średnicy 20 - 22 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto. Piec w temperaturze 160 - 170ºC około 30 - 40 minut (lub dłużej, do tzw. suchego patyczka).
Gorące ciasto wyjąć z piekarnika, z wysokości około 60 cm opuścić je (w formie) na podłogę. Odstawić do uchylonego piekarnika do ostygnięcia. Całkowicie wystudzić. Przekroić na 3 - 4 blaty.
Śmietanę ubić na sztywno, dodawać stopniowo serek , a pod koniec ubijania powoli lemon curd do smaku (może być konieczność trochę dosłodzić w stosunku do oryginalnego przepisu zmniejszyłam ilość cukru o połowę).
Biszkopt pokrojony na blaty posmarować resztką lemon curda, po czym przełożyć kremem i udekorować skórkami 

*ja zrobiłam z podwójnej porcji (3 cytryny, 3 limonki) z założeniem, że chcę, żeby mi kremu zostało na kanapki

poniedziałek, 28 stycznia 2013

słoneczna cytrynka

Śnieg na szczęście już stopniał i zrobiło się cieplej. Chodzenie cały dzień w mokrych butach i spodniach jest żadną przyjemnością. Kupowanie kwiatów w śniegu wydaje się dziwne, a jak wiadomo każda ilość śniegu w Londynie jest klęską żywiołową. Teraz wymówek na "nie chce mi się iść do pracy" jest mniej i nie chce się jeszcze bardziej. Poprawiam sobie więc humor słonecznym, żółtym swetrem i żółtymi rajstopami, spódnicą, wysokimi obcasami i cytrynową tartą.

tarta cytrynowa*
2 cytryny
3 jajka
120 g masła
4 kopiaste łyżki mąki psennej
2  kopiaste łyżki mąki ziemniaczanej/kukurydzianej
ok. 100 g cukru

Trochę ponad połowę (ok 80 g) masła pokroić na drobną kosteczkę i zagnieść z przesianymi mąkami (odłożyć 1/2 łyżki mąki pszennej) żółtkiem (odłożyć białko) , łyżką cukru i odrobiną skórki cytrynowej. Wylepić formę (u mnie keksówka i i jedna tartaletka) wstawić do lodówki. Cytryny mocno naciskając przeturlać po blacie, zetrzeć skórkę i wycisnąć sok do rondelka, dorzucić resztę masła i 1/2 łyżki mąki, wymieszać i podgrzać. W jednym jajku z grubsza oddzielić żółtko od białka (tak żeby 1/2 białka odłożyć, a żółtko z resztą wrzucić do miseczki i) wymieszać z pozostałym jajkiem i ok 40 g cukru (50 lub więcej jeśli wolimy krem cytrynowy słodki nie kwaśny) na w miarę jednolitą masę, wlać połowę gorącego soku z cytryny, wymieszać, przelać do rondelka z resztą gorącego soku i podgrzewać cały czas mieszając aż zgęstnieje. Nagrzać piekarnik na 180*C podpiec ciasto na złoto (ok 10 min, najlepiej z papierem i fasolą lub kulkami do pieczenia na wierzchu), rozsmarować krem cytrynowy w wystudzonym , podpieczonym cieście1 1/2 odłożonego białka ubić z resztą cukru (ok 50 g) na sztywną pianę, którą rozsmarować na wierzchu (można zrobić ładne wzorki). Wstawić całość do piekarnika na 10-15 minut aż piana na wierzchu będzie lekko złota.  








*przepis znalazłam na kombajnie, zmniejszyłam proporcje o ok 1/3 i ilość cukru (bo chciałam krem kwaśny)

wtorek, 8 stycznia 2013

challenge nr 1 part 3

W dniu wczorajszym częściowo mi się nie chciało, częściowo mi się zapomniało napisać posta, a może zapomniałam, bo mi się nie chciało ? W każdym razie zamierzam zwalić choć część winy na M., który nie napisał ocen (zabrał się za to już po 12). Skoro nie miałam wszystkich materiałów, to jak mogłam pisać posta ?
Przy okazji złamałam zasadę (zasady są po to żeby je łamać) i nie-zasadę. Pierwsze to użyłam 2 razy jednego składnika, drugie - okazuje się, że Maciej mówiąc "obiad" myśli "danie", a wczorajszy obiad składał się z dwóch dań.
Pierwsze czyli zupa z zielonej soczewicy jest lekko tylko zmodyfikowaną wersją tego przepisu. Ode mnie dostała tylko czarooką fasolkę, trochę papryki w proszku i świeże pomidory zamieniłam na puszkowane. Jestem z niej o tyle zadowolona, że smaczna i sycąca nadaje się nie tylko na obiad, ale też na lunch do pracy.

Składniki z wyzwania: soczewica zielona, "czarnooka" fasola, pomidory w puszce
Dodatkowo: marchew
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 (Zupa w typie grochówki, można byłoby położyć jakieś warzywo na górze celem ozdoby...)
Kreatywność: 5 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 7.5 (Naprawdę dobra zupa, trochę lepsza niż wczorajszy obiad, ale znowu nie mam poczucia, że się jakoś specjalnie wybija) 

Zupa z zielonej soczewicy
250 g zielonej soczewicy
1/2 puszki black eyed beans
puszka krojonych pomidorów
4 łyżki oliwy (lub więcej, wg upodobań)
2  małe marchewki
1 cebula pokrojona w kostkę
ząbek czosnku
1 listek laurowy
oregano
sól i pieprz
2 łyżeczki octu z czerwonego wina

Na oliwie przesmażyć czosnek i cebulę (w dużym garnku na zupę). Dodać marchewkę i listek laurowy, chwilę smażyć. Następnie dodać opłukaną soczewicę i zalać 1 l zimnej wody (ja proponuję 3/4). Gotować, aż soczewica zmięknie.
Do miękkiej soczewicy dodać pomidory, fasolę i pozostałe przyprawy. Gotować kolejny kwadrans. Na koniec dodać ocet, wymieszać.

Drugie danie. Czyli sałatka ze szparagami podpatrzona została na Kwestii Smaku. Ale z oryginalnej sałatki zostawiłam tylko szparagi, jajko w koszulce i sałatę. Resztę zastąpiłam wyrazistym sosem serowym (który w moim wykonaniu składał się z dwóch serów i masła, ale podaję wykonanie ze śmietaną/śmietanką, bo tak będzie wyglądał lepiej i nie będzie zastygał).

Składniki z wyzwania: szparagi, sałata, jajka
Dodatkowo: roquefort, żółty ser
Oceny Macieja:
Wygląd: 4.5 Sałatka wyglądała bardzo ładnie ze szparagami i tak dalej przed dodaniem jajka w dziwnym kształcie (jak widać koncepcja jajka w koszulce niespecjalnie przypadła M. do gustu) i polaniem sosem o podejrzanym kolorze
Kreatywność: 7 (Szparagi + jajko w sałatce wydają mi się znacznie bardziej kreatywne niż soczewica + fasola w zupie)
Smak: 8.5 (Najwyraźniej mam słabość do roqueforta, jego połączenie ze szparagami i liśćmi bardzo mi odpowiada, gdyby nie jajko psujące trochę efekt to dałbym 9)

sałatka ze szparagami i jajkiem w koszulce z ostrym serowym sosem
1 jajko na głowę
4-5 szparagów na głowę
mieszanka sałat (2 garści na głowę)
ser roquefort
garść sera cheddar lub mozzarella
1/3 szklanki śmietanki 30% lub 1/2 szklanki 18 lub 12%*

Szparagom obciąć zdrewniałe końce, ugotować w osolonej wodzie. Sałaty opłukać ułożyć na talerzu, śmietanę/śmietankę podgrzać z serami aż utworzą jednolity sos.
Zrobić jajka w koszulkach. Do garnka wlać około 1 litra wody i zagotować dodając 1 - 2 łyżeczki octu winnego lub soku z cytryny (opcjonalnie) oraz szczyptę soli. Ustawić umiarkowany ogień. Do miseczki wbić jajko i delikatnie wylać je do gotującej się wody (wodę wcześniej zamieszać i utworzyć wir). Gotować przez około minutę, wyjąć łyżką cedzakową i ocenić czy całe białko jest już ścięte, żółtko natomiast ma pozostać płynne. Możemy gotować jajka jednocześnie, w jednym garnku.

* śmietanka będzie lepsza, ale wiadomo jest bardziej tłusta no i jak się nie ma to nie trzeba lecieć do sklepu można zastąpić normalną śmietaną
Oceny końcowe:
Ocena: 5 (Dania orbitowały wokół 7, -1 za 2 dania zamiast jednego ostatniego dnia, -1 za 2x roquefort)

Końcowy komentarz: Z perspektywy czasu trochę za wysoko oceniłem curry w stosunku do sałatki z pierwszego dnia, jednak różnica między poszczególnymi daniami była trochę większa. Natomiast zupę oceniłbym dokładnie w środku pomiędzy curry, a sałatkami więc to wyszło dobrze.

wtorek, 1 stycznia 2013

indulgence

W Nowym Roku wszystko ma się zmienić. Będziemy zdrowiej jeść, regularnie ćwiczyć (i w moim przypadku intensywnie szukać pracy).
Ale na razie był jeszcze Sylwester prawda?
Ostatnie chwile pobłażania, dogadzanie sobie rozpływającym się w ustach, intensywnie czekoladowym i absolutnie przepysznym ciastem Dawida Lebowitz'a i grzanym winem z kubka termicznego.


  A do drugiej kieszeni pomarańczka i aparat i idziemy obejrzeć fajerwerki przy London's Eye...

I nic to, że mosty zamknięto, ludzie darli się jak opętani i ktoś urządził nam prysznic z piwa imbirowego czy śmierdzącej podróbki szampana.
Nie daliśmy się za to wrzucić do wielkiej kałuży i udało mi się wyjść tłumu razem z moją czapką. No i pokaz był fajny. Ach i znalazłam bransoletkę




czekoladowe ciasto Dawida Lebowitz'a
250g gorzkiej czekolady
120g masła
65g cukru  (1/3 szkl.)
4 duże jajka w temp. pokojowej osobno białka i żółtka
2 łyżki mąki
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Formę (autor sugeruje keksówkę, ale każda inna, nieduża forma też się nadaje) wyłożyć papierem do pieczenia. W dużej misce postawionej nad garnkiem z gotującą się wodą rozpuścić czekoladę razem z masłem i wymieszać do uzyskania gładkiej masy. Do przestudzonej masy dodać połowę cukru, żółtka i mąkę. Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną masę. Stopniowo dodawać cukier. Wymieszać delikatnie pianę z masą czekoladową (lekkie do ciężkiego). Wlać masę do formy i wygładzić; piec 35 minut, aż ciasto stanie się pośrodku lekko sztywne.

słówko dnia: indulge - dogadzać, pobłażać, kaprysić, oddawać się nałogowi, cierpliwie znosić czyjeś kaprysy (indulgence - pobłażanie)

niedziela, 19 lutego 2012

fondant

Zawsze wydawało mi się, że takie ciastko musi być pracochłonne i trudne w wykonaniu i to nie moja liga, a wychodzi na to, że jest proste, pyszne i błyskawiczne (i bardzo kaloryczne, ale o tym ciiiii)

Znalazłam trzy przepisy (więcej nie szukałam): tutaj i tutaj i w "Kuchni Polskiej XXI wieku" Wojciecha Modesta Amaro i z każdego wzięłam coś dla siebie. Od Doroty proporcje, od Arka sposób na sprawdzenie kiedy wyjąć z piekarnika, a od WMA pomysł, żeby zjeść 2-3, a resztę zamrozić i mieć pyszny deser w odległości 15 minut kiedy zapragnę.

fondant
230 g gorzkiej czekolady, posiekanej
140 g masła
pół szklanki mąki pszennej
1,5 szklanki cukru pudru
3 duże jajka
3 duże żółtka
2 łyżki likieru (u mnie nalewka wiśniowa)

Przygotować foremki. Wysmarować je dokładnie masłem, oprószyć delikatnie mąką lub kakaem. Masło i czekoladę roztopić ( w kąpieli wodnej*/ lub mikrofali), wymieszać. Do ciepłej (nie gorącej) dodać przesianą mąkę i cukier, zmiksować do połączenia. Dodać jajka i żółtka, likier, zmiksować.Gotową masę czekoladową równo rozdzielić pomiędzy foremki.
Piec w temperaturze 220ºC przez około 14 minut. Czas pieczenia będzie uzależniony od piekarnika i wielkości foremek. Może trwać od 10 - 16 minut. Wierzch powinien być wypieczony, ale środek wciąż płynny (góra się zetnie a boki zaczną odstawać od foremki). Gorące wyjąć z piekarnika, odczekać ok minuty, nożem lekko oddzielić od naczynia, po czym przełożyć na talerz. Podawać z sosem owocowym, lodami lub świeżymi owocami, albo samo :)


* to znaczy w metalowej miseczce, nad garnkiem z wrzącą wodą - woda nie powinna dotykac dna miseczki

czwartek, 16 lutego 2012

zawsze musi być ten pierwszy raz

Maciek wprawdzie zawsze, natychmiast po tym stwierdzeniu dodaje, że istniej wiele rzeczy i czynności, których nie chciałby robić nawet ten pierwszy raz, ani w ogóle. Myślę, że smażenie faworków zalicza się u niego do tej drugiej kategorii. Zwłaszcza, że coś tam marudził, że może mniej tłuste, jak go pytałam czy woli pączki czy faworki.
Mama poproszona o pomoc bezczelnie jej odmówiła mówiąc że nie umie, nie wie, nigdy nie robiła. Fakt faktem, że palców u moich kończyn na pewno starczy żeby policzyć ciasta, które zrobiła za mojej pamięci. A przy paczkach czy faworkach nie widziałam jej tym bardziej nigdy.
Ponieważ ciasto drożdżowe i ja nie dogadujemy się zbyt dobrze postawiłam na faworki. W każdym przepisie jest trochę inaczej i co do większości mam poważne wątpliwości (w jednym trzeba walić wałkiem, w drugim nie, w jednym jest odpoczywanie ciasta, w innym nie itd). W końcu zawierzyłam "Kuchni Polskiej", która wad ma wiele (pisałam już o tym tu), ale przynajmniej był rysunek przedstawiający "przewijanie", które wcześniej stanowiło dla mnie zagadkę. Miło, że obrazek był, bo (choć pewnie świadczy to o moim niskim poziomie inteligencji i wyobraźni przestrzennej) nie wpadałabym jak to zrobić. Zrobiłam faworki z poniższego przepisu, kazałam mamie spróbować i poskarżyłam się, że wolałabym takie chrupiące, na co usłyszałam:
-No bo powinnaś je była bardziej przemrozić i zrobić cieńsze.
- Skoro wiedziałaś to czemu mi nie powiedziałaś?!
- No bo jak ja mam ci powiedzieć skoro jeszcze nie zrobiłaś?

Ręce opadają jak już zrobiłam to po grzybach przecież!
A na kota też zawsze można liczyć "Wiewióreczko nie wchodź mi tu,
bo zadepczesz śnieg" odwracam się na ułamek sekundy, a śnieg zadeptany.

Chrust / faworki
200 g mąki
3 żółtka,
sól,
3-4 łyżki gęstej śmietany
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia (opcjonalnie)
1 łyżka spirytusu

500g tłuszczu do smażenia
cukier puder do posypania

Mąkę wymieszać ze śmietaną, zrobić zagłębienie i dodać żółtka, szczyptę soli i proszek. Wymieszać wszystkie składniki( w tym miejscu dodałam też spirytus, ale nie wiem czy dobrze) i wyrobić ciasto na jednolitą masę. Ciasto ma mieć gęstość ciasta kluskowego (sic! - nigdy nie robiłam klusek! A w dodatku w większości przepisów w tym miejscu powinnam walić w ciasto wałkiem przez 2-20 minut. Ja rozwałkowałam ciasto kilkakrotnie składając je i rozwałkowując jeszcze raz, a potem dla pewności pookładałam jej jeszcze trochę wałkiem i odłożyłam na chwilę dla "odpoczynku", a we międzyczasie tłuszcz się rozgrzał) Ciasto wałkować partiami dosyć cienko (zrobiłam tak cienko jak umiałam), starając się jak najmniej podsypywać mąką. Krajać radełkiem (co to ?!) lub nożem na paski szerokości 3 cm, długości 15 cm. Każdy pasek przekrajać w środku, wzdłuż na przestrzeni 5-6 cm i przewinąć. Zrobić próbę temperatury tłuszczu wrzucając kawałeczek ciasta, jeżeli zaraz podpłynie i szybko się zarumieni, można smażyć. Ciasto omieść z mąki pędzelkiem, wkładać na tłuszcz i smażyć z dwóch stron na jasnozłoty kolor przewracając widelcem. Wyjąć osączyć na bibule, przełożyć na talerz, oprószyć cukrem. Okładać w piramidkę na okrągłym, szklanym półmisku ( a to po co ?). Chrust można przyrządzić bez proszku spulchniającego.

Przepis (bez moich komentarz w nawiasie) pochodzi z "Kuchni Polskiej", a to inne przepisy które podglądałam: 1 i 2

czwartek, 9 lutego 2012

bo na ochotę nie ma rady

Nie przepadam za ciastami z kremem. Nie jestem fanką budyniu. Do tej pory kremówki mogły dla mnie nie istnieć. Ale odkąd zobaczyłam przepis na kremówkę tu (okraszony komentarzem na temat wyższości domowych wypieków nad kupnymi) nie mogłam przestać o niej myśleć.
Zrobiłam.
Większość dzisiejszego dnia spędziłam zabierając się do pracy, albo robiąc ową upragnioną kremówkę.
A potem się okazało, że mój braciszek urobił mamę na truskawki.
Czasem jednak młodsi bracia się przydają - choćby po to żeby w połowie lutego można było raczyć się domową kremówką z truskawkami. Bomba! M. stwierdził, że jest to jedno z najlepszych ciast jakie w ostatnim czasie upiekłam, a przecież on celuje w ciasta owocowe, kwaskowate i sam stwierdza, że ciast z kremem nie lubi.

kremówka
(stąd)
ciasto:
2-2,5 szkl. mąki krupczatki
1 kostka masła (stara kostka - 250 g)
3 łyżki kwaśnej śmietany
3 żółtka
szczypta soli, szczypta cukru
krem:
1 szkl. cukru + 1-2 łyżki cukru z wanilią
3 łyżki mąki
150 g masła
4 żółtka
1/2 l mleka

+ cukier puder

Ciasto: mąkę (z solą i cukrem) posiekać dokładnie z zimnym masłem, dodać zimną śmietanę i żółtka, zagnieść szybko ciasto, dobrze schłodzić (najlepiej przez noc). Rozwałkować cienko na placek wielkości podwójnej dużej blachy, przekroić na pół, upiec w 200'C, ostudzić.

Krem: Cukier i cukier z wanilią wymieszać z mąką, utrzeć z masłem na bardzo gładką masę. Pod koniec wetrzeć żółtka. Do kremu powoli wlewać wrzące mleko, następnie całość gotować na wolnym ogniu cały czas mieszając, aż masa dobrze zgęstnieje. Przestudzonym kremem przełożyć płaty ciasta, schłodzić, posypać cukrem pudrem

P.S. użyłam słowa "kremówka" tylko 6 razy (łącznie z tym) doceńcie moją powściągliwość ^^

niedziela, 6 lutego 2011

lekko leciutko

choć tucząco i z migdałami. Mój pierwszy suflet. Trochę mnie ten deser przerażał, choćby z racji "stop you will colapse my suflet!" przeczytanego w jakimś komiksie. Ale chyba można uznać tą pierwszą próbę za udaną.

suflet migdałowy z białą czekoladą

2 łyżki masła
150 g drobno mielonego cukru
4 duże jajka oddzielnie żółtka, oddzielnie białka
75 g mąki pszennej
200 ml mleka
125g zmielonych migdałów (oryginalnie były to orzechy laskowe)
30 g drobno startej białej czekolady

Należy nagrzać piekarnik (200*C), rozpuścić masło i wysmarować nim formki, a następnie oprószyć cukrem. Żółtka z 50g cukru na wysokich obrotach ubijamy na puszysty, jasny krem, zmniejszamy obrotyy i dodajemy mąkę. Kolejno mleko z 50g cukru doprowadzamy w rondelku do wrzenia, a następnie, po trochu, mieszając wlewamy do żółtek. Całość przelewamy z powrotem do rondla i podgrzewamy przez 2 minuty. Nakrywamy i zostawiamy do przestudzenia (robi się taka klucha, ale najwyraźniej to dobrze, choć mnie wystraszyło, że nie mieszałam wystarczająco dobrze)
Teraz ubijamy pianę z białek. 1/3 dodajemy do schłodzonej masy żółtkowo-mlecznej, potem dodajemy do niej jeszcze migdały i czekoladę i delikatnie mieszamy z resztą ubitej piany, a gotowe "ciasto" wlewamy do foremek. Pieczemy suflety około 20 minut do wyrośnięcia i stężenia. Na koniec oprószamy cukrem pudrem i podajemy na ciepło z sosem czekoladowym.

Przepis pochodzi ze "Złotej Księgi Czekolady" i jest w nim podane, że wychodzi z tego 6 porcji (i że czas przygotowania to 30-40 minut, ale to akurat prawda) tylko nie podali jakiej wielkości posiadają foremki. Ja robiłam w małych muffinkowych i 8 nie zmieściło całego ciasta. Zamieniłam orzechy laskowe na migdały, a jeśli będę robić ten deser następnym razem to na pewno zmniejszę ilość cukru, bo moim zdaniem były zdecydowanie za słodkie (i już ich nie oprószałam cukrem pudrem)

czwartek, 6 stycznia 2011

mandarynki

Zaszła potrzeba utylizacji mandarynek. Ich Główny Konsument, z pewnego zaprzyjaźnionego domu, pojechał na rejs bezczelnie ich ze sobą nie zabierając. Problem nie polega na tym, że reszta domowników nie lubi mandarynek. Lubią. Tylko, że Słomiana Wdówka żyje głownie dużymi ilościami herbaty z sokiem malinowym i cytryną, a słodycze mogłyby dla niej nie istnieć i mandarynkę zje najwyżej jedną. M. też nie wciśnie w siebie więcej niż 3 dziennie, a do przejedzenia zostało prawie pół skrzynki jako, że Główny Konsument, w sezonie żywi się tylko i li mandarynkami, nutellą i kawą, sporadycznie dorzuci żółty ser.

Utylizację zaczynamy, więc od ciasta klementynkowego. Które wyszło, ku mojemu zdziwieniu, pyszne. I nic to, że zignorowałam kwestię czy utylizowane mandarynki są klementynkami cz też nie (goryczka w cieście mnie nie przestraszyła - Słomiana Wdówka pewnie by się ucieszyła), ani to, że migdałom do stanu zmielenia było daleko (Całe blanszowane migdały wylądowały w melakserze i wyszło coś o konsystencji startego sera pecorino - z takimi grudkami). Wyszło nawet lepiej. Ciasto jest puszyste, migdały przyjemnie sprężynują pod zębami, a dodatek czekolady dodał całości charrakterku.

ciasto klementynkowe (przepis Nigelli, za moje wypieki)
* 4-5 klementynek (ważne, właśnie klementynki), ok. 375 g
* 6 jajek
* 225 g cukru
* 250 g zmielonych migdałów ( ja dodałam :200 g jak wyżej, 50 w płatkach)
* 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
+ ok. 50 g drobno połamanej gorzkiej czekolady, lub polewa czekoladowa


Klementynki umyć i w całości (ze skórami) gotować pod przykryciem 2 godziny (z wodą). Odsączyć, ostudzić. Przeciąć na pół i wyjąć ewentualne pestki. Zmiksować je blenderem na pulpę. Dodać pozostałe składniki i dalej miksować. Masa jest dość płynna. Przelać do formy wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą lub kaszą manną. Nigella sugeruje tortownicę o średnicy 21 cm
Piec około 1 godziny w temperaturze 175ºC (w większej formie krócej) do tzw. suchego patyczka. Można przykryć folią aluminiową od góry, by się nie spaliło.
Ja dorzuciłam pod koniec pieczenia czekoladę na wierzch i jak się rozpuściła rozsmarowałam nożem.

piątek, 31 grudnia 2010

koń trojański

i zakupy te zupełnie bezsensowne* i te bardziej praktyczne** choć też nie - niezbędne.
i jajko z dwoma żółtkami - mała niespodzianka przypominająca wakacje w Wolsztynie bardzo nudne, ale na śniadanie były jajka na miękko z dwoma żółtkami każde, a radiu płyta Emu Varius Manx.

browni klasyczne (przepis ze "Złotej Księgi Czekolady")
150g mąki pszennej
180g masła
300 g cukru
150 g gorzkiej czekolady
100g grubo posiekanych orzechów włoskich
3 duże jajka
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka aromaty waniliowego
1/4 łyżeczki soli

Podaję oryginalny przepis. Mój zmodyfikowany do konia trojańskiego zawierał w miejsce aromatu trochę brandy i łyżeczkę cynamonu, a dodatkowo jeszcze 1/3 tabliczki mlecznej czekolady Cadbury, w drobnych kawałeczkach i powstał z połowy porcji by upchnąć go do formy z IKEI w kształcie tegoż konia (też czerwony).

Czekoladę z masłem należy rozpuścić w kąpieli wodnej lub jak kto woli w mikrofali. Ostudzić, dodać cukier, wanilię, jajka i powoli wmieszać mąkę z proszkiem i solą. Na koniec orzechy; przełożyć do formy (kwadratowa 20x20cm) i wstawić do nagrzanego piekarnika (180*C) na 25-30 minut

*2 pocztówki i ozdobna taśma do pakowania prezentów w miejsce farby do metalu, której nie było
**syrop malinowo-różany, parmezan, grapefruity i pomarańcze
i myślę że można udawać, że zdjęcie miało być ruszone

piątek, 24 grudnia 2010

24 XII



W świętach lubię wybieranie prezentów - jestem w tym naprawdę dobra i sprawia mi to przyjemność (choć w tym roku miałam problem z wybraniem tych najłatwiejszych - dla siebie, dla Młodego i dla mamy)
Lubię choinkę ze światełkami ( w tym roku mamy śliczną jodełkę) i kolorowy papier.
Lubię śmieszne kształty pierniczków i wymyślać jak powinna być ubrana choinka
Lubię dania wigilijne pierogi, łazanki, choć łazanki powinny być z boczkiem a ryb i barszczu nie lubię ale są jeszcze ciasta...

Nie lubię tłoku w sklepach, że nigdzie nie ma akurat tego, co wymyśliłam, łamać się opłatkiem z "bliskimi", ani chodzić na Wigilię do dziadków. Tego, że M. wyjeżdża i że nie mogę mieć mojej własnej Wigilii gdzie będą tylko naprawdę bliskie mi osoby.

O pierniczkach i daniach wigilijnych nie powiem za dużo. Tylko tyle, że jestem zachwycona kształtami foremek, które kupiłam sobie ongiś w Ikei i pomysłem, który przewędrował przez kilka rodzin zanim dotarł do mnie i w tym roku został wreszcie wykorzystany. Mowa o "szkiełkach" w pierniczkach, które powstają poprzez pokruszenie landrynek i wsypanie po szczypcie okruszyn w dziurki w pierniczkach przed pieczeniem. Wychodzi świetnie.

a teraz kilka przepisów z poprzedniego posta:

spaghetti alla carbonara (z książki "Kuchnia Miriano")

500g spaghetti nr 7
200g boczku (najlepiej w cienkich plastrach)
60 g startego parmezanu (lub sera pecorino)
4 jajka
2 łyżki oliwy
pieprz, sól

Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, boczek kroimy w paseczki bądź kosteczki i podsmażyć do chwili aż tłuszcz zrobi się przezroczysty. Jajka roztrzepać w dużej misce, dodać ser, sól, pieprz, dobrze wymieszać i postawić jak najbliżej garnka z gotującym się makaronem (w celu ogrzania masy). Makaron odcedzić, przełożyć na patelnię z boczkiem i zalać masą jajczaną (oryginalny przepis podaje żeby makaron i boczek dorzucić do miski z jajkami, ale ja po prostu zmniejszam ogień do minimum i manewruję na patelni). Kiedy jajka zgęstnieją tworząc kremowy sos należy natychmiast makaron podać ( w tym celu dobrze mieć przygotowane talerze)

Podany przepis to porcja na 4 osoby i przepis podstawowy można z boczkiem podsmażać cebulę, albo dodawać czosnku, a nawet robić wegetariańskie carbonara ( z cukinią). Osobiście jest chyba moim ulubionym rodzajem włoskiego makaronu, stosunkowo szybkie w wykonaniu i potrzeba raptem 3 składniki.

Kopczyki kreta

3 garście płatków owsianych
3/4 szklanki cukru
3-4 łyżki gorzkiego kakao
2-3 łyżki mąki pszennej
skórka z 3 mandarynek lub 1 pomarańczy
1/5 szklanki wody
ew. 2-3 krople aromatu pomarańczowego

Skórkę należy pokroić w drobną kosteczkę, podsmażyć z cukrem na patelni, gdy się ładnie zarumienią zalać wodą i zagotować syrop, dodać kakako i mąkę i dokładnie wymieszać, do dość gęstego syropu dodać płatki za zamieszać tak żeby całe się pokryły syropem. Wkładać na papier do pieczenia i piec ok 30 min w 175*C. Ciasta są miękkie i mokre o ciekawym posmaku.

P.S.
Śpieszyłam się więc zapomniałam o paru rzeczach, takich jak zdjęcia czy najważniejsze:

Wesołych Świąt
żeby ten raz do roku żołądek był pojemniejszy
świat (na co dzień) jakby trochę bardziej sprawiedliwy i przyjemniejszy
żeby spędzić go z rodziną
i dużo prezentów pod choiną

(tak wiem głupie częstochowskie rymy)

grudzień