wtorek, 28 października 2008

sentencja?

Baśnie są bardziej niż prawdziwe: nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać.– G.K. Chesterton



(prawda, że ładna? znalazłam dziś w jakimś starym zeszycie)















kiedyś jak będę duża to zrobię sobie, wydrukuję i złożę własną książkę kucharską. Będzie miała obitą materiałem okładkę i same takie przepisy które mi się podobają.

Na razie muszę się przyznać to takiej jednej małej słobostko-śmiesznostki.

Ostatnio ile razy pojawiam się w empiku ( a pojawiam się często - te drukowane robaczki zwane literkami są moimi najlepszymi przyjaciółmi) kieruję swoje kroki do półki z książkami kucharskimi. Niestety ich zawartość jest mocno rozczarowująca, oprócz książek Nigelli, które spełniają wszyskie wymagania (czytelność, składniki wypisane wyróżniającą się czcionką, i zdjęcia- do każdego dania przynajmniej jedno zdjęcie, jak również ładna oprawa graficzna całości) są może ze dwie czy trzy, które mi się podobają (Encyklopedia zup jest super i śliczna, ale cenę ma równie powalającą). To ciekawe, że zrobienie porządnej książki kucharskiej jest takie trudne (choć jak się zastanowić, to istnieje wiele rzeczy, których zrobienie wydaje się banalne, a bez kija i wyższego wykształcenia to lepiej nie podchodzić). Większość książek, które przejrzałam i mi się nie podobały to książki o tytule "Kuchnia ***" gdzie *** to nazwa kraju (Meksyk, Hiszpania, Chiny) dania są prezentowane regionami, a nie tak jak łatwiej by było szukać i logiczniej dobierać smakami, czy pogrupowane jako przekąski, dania głowne, zupy. Książki są przegadane- gdybym chciałam poznać historię i geografię kraju to kupiłabym sobie przewodnik, a nie książkę kucharską i na stronie prezentowane są cztery przepisy, a zdjęcie jest jedno. Szkoda.

Mój M. się ze mnie śmieje, jak przeglądam książki kucharskie, bo twierdzi, że patrzę pobieżnie na składniki, dłużej na zdjęcie, a i tak zrobię po swojemu tak tylko żeby wyglądało podobnie.


Częściowo to prawda - mam problemy z trzymaniem się przepisu, ale to z winy albo roztrzepania (ostatnio zamiast 50 przeczytałam 500 gram migdałow) albo analfabetyzmu w dziedzinie przeliczania miar. A czasem poprostu muszę poeksperymentować, a przepis to i tak tylko sugestia.








Dzisiaj zrobiłam muffinki zainspirowane serowymi mufiinkami dorotusa z "moich wypieków"
ale zmodyfikowane przeze mnie i moją miłość do udziwnień i żurawiny.






moje muffinki nie zawierały jogurtu, i składniki mieszłam w proporcjach na oko, do tego dodałam i do sera i do ciasta moją ukochaną suszoną żurawinę.









p.s.
mój smok jest intensywnie fioletowy, tłusty i niezwykle z siebie zadowolony (niekótrzy nazywają go lenistwem)
czy pokonał(e/a)ś już w tym tygodniu swojego smoka?

Brak komentarzy: